piątek, 12 listopad 2010 11:18

"Sprawiedliwym wśród narodów świata"

Napisane przez

Dwadzieścia pięć lat zajęło Martinowi Gilbertowi, brytyjskiemu historykowi (noszącemu od 1995 r. tytuł lorda, zarazem doktora honoris causa uniwersytetu oksfordzkiego) przygotowanie monografii o "niewysłowionych bohaterach Holocaustu", jak głosi jej podtytuł, czyli przedstawienia z całym bogactwem regionalnych i narodowych przypadków - od Niemiec po Wschodnią Galicję, od Norwegii i Danii po Francję i Holandię, wreszcie od Litwy przez Wegry po Albanię (!) i Bałkany - głęboko intrygujacego, po dziś dzień, fenomenu "Sprawiedliwych", w różnych miejscach Europy, nie wyłączając Watykanu. A zatem – heroicznego i szlachetnego, samarytańskiego zachowania ludzi, którzy pomimo panującego terroru i groźby kary (często własnej śmierci i narażenia rodzin) nie zawahali się w latach wojny i niemieckiej okupacji wyciągnąć pomocnej dłoni w stronę prześladowanych Żydów.

Słowo "sprawiedliwy" wywodzi Gilbert z tradycji biblijnej, kiedy mianem tym opatrzono po raz pierwszy Shifre i Puah, piastunki dworu faraona, ktore uratowały i wychowały małego Mojżesza, bohatera świętego Pięcioksiągu, który "wywiódł swój naród żydowski z domu niewoli do krainy mlekiem i miodem płynącej". "Nie-Żydów", a dobroczyńców narodu Izraela, zwie się odtąd "Sprawiedliwymi". Nigdy nie bylo ich jednak tak wielu, tak nieoczekiwanych i zdumiewających (w swoim spontanicznym altruizmie i poświęceniu) jak w erze Holocaustu, w czasach II wojny światowej. Jaki był tego głębszy mechanizm, jaka ludzka motywacja, dlaczego "jedni zdradzali ? a drudzy pomagali"?
Ponad 500-stronicowa praca Gilberta, autora klasycznej pozycji "The Holocaust" (która stała się podstawą głośnego serialu telewizyjnego u progu lat 80.) jest niewątpliwym wydarzeniem. Dla mnie głównie jako powiew atmosfery z zupełnie innej epoki stosunków i relacji, jakie panowały kiedyś pomiędzy środowiskami żydowskimi a rozmawiającymi z nimi grupami innych narodowości. Przypomniała mi ona czas szlachetnych nadziei, złudzeń i wiary, że nie tylko staramy się poznać i przeniknąć uniwersalny fenomen natury ludzkiej, skali poświęcenia dla innych ? że usiłujemy oddać honor wyjątkowym jednostkom i całym grupom narodowościowym z przeszłości, ale nade wszystko tworzymy nowe układy pomiędzy ludźmi różnych wierzeń i tradycji, na przyszłość ? inspirując się przykładem zachowań "sprawiedliwych". Że mówimy wspólnie o tym, co w człowieczeństwie najszlachetniejsze i moralnie najwyższe, o tak potrzebnym także w naszych czasach altruizmie ? i potrzebie powrotu do tego fundamentalnego przykazania miłości bliźniego, w duchu motta wyjętego z dawnej żydowskiej tradycji, pięknego i jakże wzniosłego: "Ten kto uratował jedno życie, ten naprawdę zbawił cały świat"...
Niestety, rzeczywistość miała dość szybko mocno ochłodzić nasze głowy. Pierwotny idealizm rozpoczętego dialogu zderzył się zwłaszcza w ostatniej dekadzie z wyjątkowo brutalną polityką prowadzoną przez rządy Izraela przeciwko Palestyńczykom, z nasilającymi się tylko, kolejnymi falami odrażających antypolskich kampanii, bezpardonowo wymierzonymi w Polaków i w ich dobre imię. Nie mówiąc już o moralnie odpychającym mechanizmie manipulacji, jaki wyszedł, niczym szydło z worka, po idealizowanym "dialogowaniu". Nie robiono dłużej publicznej tajemnicy z tego, dlaczego dopiero w latach 80. wydobyto nagle i kanonizowano na kształt mitu zapomniany wcześniej Holocaust, obudowany natychmiast całymi instytucjami, książkami i filmami ? bo zmieniła się przekładnia polityki światowych organizacji żydowskich i zaprzestano, także w Izraelu, nazywania uratowanych, "mydłem"! Sam Gilbert rownież bynajmniej nie kryje, że koła izraelskie długo zastanawiały się, czy w ogóle warto mówić o przypadkach "sprawiedliwych", bo wielu polityków stawiało raczej na "pełną demaskację zbrodni i horroru" i eksponowaniu "unikalności doświadczenia Żydów, tylko Żydów", w przeciwieństwie do "innych", nader łatwo i bez namyslu szeregowanych do kategorii rzekomo "obojętnych i z gruntu niechętnych" widzów potworności Holocaustu. Takie są realia, na taki wyschnięty ze złudzeń grunt trafia dziś książka Martina Gilberta, jak pojazd kosmiczny z innej epoki, praca autora rzeczowego i powściągliwego, który nie dawał się wcześniej wciągać w doraźne akcje ani w zawirowania polityczne. Jak przybysz z innego świata pochyla się on znów nad tym cudem prawdziwego człowieczeństwa, które kazało w latach wojny zapomnieć o sobie i wszelkich barierach czy uprzedzeniach, reagować natomiast właśnie tak, jak uczyła tego Ewangelia, wychowanie czy wpojony silnie moralny kod ? że nie wolno zostawiać bliźniego w niedoli, że należy dawać schronienie tropionym i zabijanym, że trzeba uratować ich dzieci przed zagładą. Wzruszające jest to, że czynili to często i przede wszystkim prości, zwykli ludzie, Polacy w Generalnej Guberni, Belgowie, Holendrzy i Francuzi. Oczywiście, byli w tej kategorii także dyplomaci i królowie, dostojnicy Kościoła i wysocy urzędnicy, którzy ryzykując swój prestiż i stanowiska, postawili na frontalne przeciwstawienie się porządkowi dyktowanemu im przez Trzecią Rzeszę. Ale prawdziwie pasjonujące są właśnie te ludzkie przypadki, takie jak Gertrudy Babilińskiej, wynajętej opiekunki do dzieci, która niczym bohaterska matka-lwica, chroniła przez cały czas okupacji w Warszawie i Wilnie, na koniec wręcz dowiozła do utworzonego po wojnie Izraela, traktowane jak "swoje dzieci", osierocone potomstwo Stołowickich. Albo belgijski ojciec Bruno (wyeksponowany na okładce książki), który znalazł najpierw liczne rodziny gotowe przechowywać żydowskie rodziny z dziećmi, a następnie poświęcił całą swoją energię, czas i ograniczone środki, aby zapewnić całej sieci konspiracyjnej przetrwanie i ochronę, mimo licznych rewizji i stałych najazdów Gestapo na jego siedzibę klasztorną. Czy prawie legendarna historia osady Le Chambon-sur-Lignon w południowo-środkowej Francji, gdzie dzięki opiece całego środowiska, bez potrzeby krycia się, przetrwała liczna społeczność żydowska...
Cała praktycznie książka Martina Gilberta wypełniona jest takimi historiami z archiwów i kartotek Mordechaja Paldiela z Yad Vashem, opowieściami zdumiewającymi i ujmującymi zarazem. Ratowali Żydów zarówno indywidualni Niemcy, jak i Włosi. Obywatele krajów faszystowskich, których armie rozorały niemal całą Europę, niosąc jej zgliszcza i zniszczenie, masowe egzekucje i obozy koncentracyjne. W krajach, takich jak Dania, Holandia, całe grupy społeczeństwa zdobywały się na akty dużej odwagi. Duńscy rybacy wywieźli na swoich kutrach, przemycili przez Bałtyk, tysiące rodzin żydowskich do Szwecji. W Holandii, na znak moralnego protestu wielu ludzi nałożyło opaski z gwiazdami Dawida, solidaryzując się z prześladowaną mniejszością. W Bułgarii koronowany monarcha przeciwstawił się praktycznie niemieckiej presji wysiedlania i eksterminowania Żydów, roztoczył szczególną opiekę nad tymi podwładnymi. Przykładową rolę w ukrywaniu Żydów zajęło też wielu dostojników Kościoła i kręgi Watykanu ? prawda, jakiej długo nie chciano uczciwie zaprezentować i ogłosić.
To radosna i krzepiąca serce lektura, przemawiająca do każdego tak szerokim w dodatku wachlarzem przykładów kontynuowania w czasie II wojny światowej i niemieckiej okupacji Europy ? biblijnej tradycji "dobrego Samarytanina". Czytamy w książce Gilberta zarówno o warszawskiej grupie konspiracyjnej "Żegota", która przynosiła pomoc tysiącom Żydów, jak i o polskich siostrach zakonnych, franciszkankach czy elżbietankach pod Warszawą, mających w tej mierze zgoła wyjątkowe zasługi. W Jedwabnem, kreowanym ostatnio jako przykład "polskiej hańby", okazuje się, że byli ludzie tacy jak Antonina Wyrzykowska, która kryła siedmiu Żydów i broniła ich heroicznie przed starającymi się ich dostać hitlerowcami. Przeżyli oni do wyzwolenia i odeszli wraz z Armią Czerwoną. Generalnie "The Righteous" Martina Gilberta wydają właśnie Polkom i Polakom, jakże licznym w gronie "Sprawiedliwych", prawdziwie budujące i historycznie akuratne świadectwo, co jest aspektem książki godnym podkreślenia. Podobnie jak wielu wcześniejszych przed nim badaczy tematu "Sprawiedliwych" Martin Gilbert zadaje na koniec sam sobie podstawowe pytanie: czy jest jedno wytłumaczenie nieprzeciętnej odwagi i siły przekonań tylu i tak różnych bohaterów jego opowiadania? Zestawia najczęściej spotykane i otwarcie wyrażane przez ratujących motywy: naturalny odruch, wpojony instynkt pomocy bliźnim, zasady religii czy wiary, które nie pozwalały w momencie próby zachować się inaczej.
Przytacza też dość powszechny i prawdziwy motyw pomocy Żydom, dyktowany umotywowaną i głęboką nienawiścią do okupanta i narzuconego przez niego porządku. Zwolna buduje jednak wyższe piętro moralnych i kulturowych zasad, jakie determinowały wybór i imperatyw zachowania w społeczeństwach o starej i ugruntowanej własnej cywilizacji. Pomoc byla niemal regułą wśród ludzi, ktorzy wcześniej się znali, cenili i przyjaźnili. Ochrona bywała skutkiem tradycji niezależności i liberalizmu określonych środowisk (przypadek choćby cytowanej już Le Chambon-sur-Lignon). Albo też praw klanu, jak wynika z dość nieoczekiwanego przykładu dostarczonego przez albańskich chłopów. Czy jednak trzeba, i należy za wszelką cenę szukać typowych "kluczy kulturowych", by przesądzić, które społeczności czy grupy środowiskowe bardziej skłonne były ryzykować nawet swój status dla ratowania innych, skazanych na wyniszczenie przez arbitralne, fanatyczne, totalitarne prawo?
Osobiście przychylam się nie tylko do sądu tych, ktorzy poprzestają na akceptacji i uznaniu dla każdego ludzkiego odruchu poświęcenia wobec bliźniego, chęci skutecznego przyjścia z ratunkiem i pomocą, czymkolwiek byłby on szczegółowo motywowany, a skala odmian była w sumie, jak demonstruje to dobitnie książka (dająca w końcu też tylko "czubek góry lodowej", małą próbkę prawdziwej epopei) wręcz przeogromna. Po prostu, doświadczenie "Sprawiedliwych" uczy nas, że było wówczas wielu ludzi po prostu naturalnie dobrych, prawych, wrażliwych i gotowych do ludzkich odruchów. Jak ten sam test wypadłby dziś, w społeczeństwach i grupach o których tu mowa? Lepiej nie myśleć ? czy należy wierzyć, że nie gorzej niż wówczas, w latach II wojny światowej?
Chciałbym jednak zakończyć te uwagi bardziej osobistym wyznaniem. Już otwarcie pierwszych stron książki Gilberta o "Sprawiedliwych" uruchomiło u mnie caly strumień silnie emocjonalnych wspomnień. Rzecz zadedykowana zostala Mordechajowi Paldielowi i jego szlachetnej misji, głównemu badaczowi akt Sprawiedliwych w jerozolimskim Yad Vashem, którego poznałem osobiście przed laty, właśnie na terenie tego, znanego na cały świat muzeum, słynącego z drzewek sadzonych dla utrwalenia pamięci bohaterów ratujących cudze życie, właśnie przy okazji takiej ceremonii, oddawania hołdu grupie 26 Polek i Polakow, przywiezionych tam z inicjatywy chicagowskiego prawnika, wtedy mojego przyjaciela, Harvey'a Sarnera w grudniu 1990 roku, przed czternastu laty. Co więcej, to mnie przypadlo wówczas tłumaczenie dla przybyłych rodaków słów Paldiela i wielu innych prominentow izraelskich, uratowanych dzięki pomocy ludności polskiej, słów wyrażających ogromną wdzięczność wszystkim tym, ktorzy "uratowali honor Polaków" (cytuję dokładnie zwrot użyty wtedy przez dzisiejszego lidera parlamentu, Knesetu).
(...)

Wojciech A. Wierzewski
Wyświetlony 7998 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.