piątek, 12 listopad 2010 11:54

O wolne społeczeństwo

Napisał

Dobrze jest, kiedy ktokolwiek prezentujący opinię na jakiś temat, rozpoczyna dyskusję od podstaw. Adam Maksymowicz słusznie zaczyna o trywialnych rzeczach, czyli powiązaniach gospodarczych między różnymi sektorami. Szczególnie istotne są surowce naturalne, znajdujące się na początku łańcucha gospodarczego. Właśnie z nich wytwarza się dobra kapitałowe, narzędzia, maszyny i półprodukty, które w procesie produkcyjnym w połączeniu z pracą tworzą dobra konsumpcyjne. Spostrzeżenia są słuszne, ale brakuje w nich jeszcze kilku innych niezwykle istotnych uwag.

Po pierwsze, potrzeby ludzkie są nieograniczone. Nikt stąpający po świecie nie może spełnić wszystkich swoich zachcianek, ponieważ środki są ograniczone. To oznacza, że miejsce do gospodarowania jest nieograniczone, tak jak nieograniczone są ludzkie zachcianki. Fakt, że istota myśląca, homo sapiens, staje przed problemem rzadkości zmusza go do działania, czyli wybierania między różnymi alternatywnymi sposobami zaspokajania swoich potrzeb. Struktura tych potrzeb jest siłą rzeczy całkowicie zależna od działających osób. Hierarchia jest określania subiektywnymi preferencjami. To oznacza, że jeden woli dobro A, inny dobro B, trzeci jeszcze inne dobro itd. Co ważne: na każdym kroku musimy wybierać między jednym dobrem a dobrem drugim.
Z tego wynika, że jeśli ludzie przestają kupować kapelusze i firmy je sprzedające bankrutują, to nie oznacza, że ludzie "nie chcą" kapeluszy. Oni "efektywnie nie chcą" kapeluszy, w tym sensie, że wolą wydawać pieniądze na coś innego (szachy, spodnie, lody, wino etc.). Owszem, któż by nie chciał mieć więcej kapeluszy; większość z tych osób z korzyścią wsadziłaby sobie ich kilka do szafy. Jednakże nie jest to możliwe, ponieważ za kapelusze trzeba zapłacić określoną cenę. Ich nie rozdaje się za darmo, ponieważ dobra są rzadkie. I dlatego konsumenci wybierają między różnymi dobrami i są kapitanem, który steruje całym procesem gospodarowania.
Problem jednak polega na tym, że dobra konsumpcyjne nie są dane nam z góry, od razu. Te dobra należy wytworzyć. W związku z tym należy zatrudnić rozmaite czynniki produkcji, nazywane ogólnie "pracą", "ziemią" (która obejmuje także dobra naturalne) i "kapitałem" (przetworzona ziemia pomieszana z pracą) w celu tworzenia dóbr ostatecznych. Każdy towar można stworzyć na niesamowitą liczbę sposobów. Towary konsumpcyjne są niezwykle zróżnicowane, a co dopiero mówić o sposobie ich wytwarzania. Stąd czynniki produkcji można wykorzystać w ogromnej ilości procesów gospodarczych. Człowiek może być zatrudniony jako hydraulik, robotnik, sprzątacz itd. Oczywiście, każde z tych zatrudnień w innym miejscu, przy innej maszynie, w innym budynku itd. Analogicznie kawałek ziemi może posłużyć za teren na basen, hotel, centrum handlowe itd.
Wróćmy jeszcze na chwilę do przykładu z kapeluszami. Co jeśli "przemysł kapeluszowy" zaczyna bankrutować? To oznacza, że posiadacze pieniędzy nie przeznaczyli odpowiedniej ilości pieniędzy na przemysł kapeluszowy, aby ten mógł się utrzymać na rynku. Takie są ich preferencje. Przez te właśnie preferencje i suwerenne decyzje (a nie jakiś "rynek", "niewidzialną rękę" czy też inne epickie świecidełko) biznes poniósł wyższe "koszty" i nie jest w stanie ich pokryć ze sprzedaży.
Można powiedzieć, że przedsiębiorca w sektorze kapeluszowym przepłacił pracowników. Zapłacił im więcej, niż otrzymał przychodów. Mógł zatem zapłacić im mniej, aby osiągnąć zysk. Jednakże to nie takie proste. Wbrew temu, co twierdzą socjaliści, przedsiębiorcy nie mają „monopolistycznej” siły w ustalaniu płac. Jeśli bowiem ustawią płace za niskie, niższe od produktywnego wkładu pracownika, to ich konkurenci zatrudnią takich pracowników. To właśnie konkurencja między przedsiębiorcami, a także niespecyficzność "pracy", czyli możliwość podejmowania się jej w innych miejscach, sprawiają, że ich wartość nie zależy od jednego sektora.
Żeby zrozumieć ten przykład, można pomyśleć o dobrach takich jak żelazo (mniej specyficzne) i żelazko (bardziej specyficzne). Jeśli konsumenci są mniej zainteresowani prasowaniem swoich ubrań, to cena żelazka spada zdecydowanie gwałtowniej niż cena żelaza. Dlaczego? Dlatego, że są przedsiębiorcy, którzy gotowi są przeznaczyć żelazo, które nie poszło na żelazka, do innych produktywnych miejsc (sprzęt elektroniczny, narzędzia, maszyny itd.). Z kolei żelazko ma niezbyt wiele alternatywnych zastosowań (zrzucanie żelazka na twarz w filmie „Kevin sam w domu”?). Przedsiębiorca ma zatem trudne zadanie. Musi szacować, jaki będzie popyt na jego produkt, i szukać do jego wytworzenia nisko wycenionych środków produkcji. Jeśli osiąga sukces, to zdobywa zyski. Jeśli ludzie nie kupują jego produktów, to oznacza, że jest słabym przedsiębiorcą i zmarnotrawił zatrudnione środki produkcji, które powinny były pójść w inne miejsca. Sam mechanizm rynkowy wystarczy. Nie ma co krytykować złych przedsiębiorców, im już się dostało stratami. Z kolei nie ma co opodatkowywać skutecznych przedsiębiorców, ponieważ jest to ukaranie tego, który nie zmarnotrawił środków, tylko wykorzystał je w sposób znacznie lepszy niż inni.
Jak wobec tego zapewnić największe bogactwo społeczeństwu? Skoro ustaliliśmy już, że zadowolenie zależy od indywidualnych preferencji ludzi, to należy, oczywiście, realizację tych preferencji w całości powierzyć tym właśnie ludziom w ramach dobrowolnej współpracy. To oznacza, że ludzie mogą ze sobą handlować i współdziałać tak długo, jak nie rozpoczynają ataku na inne osoby i ich własność. Dzięki temu w wolnym społeczeństwie realizowane są potrzeby najważniejsze i te, na których realizacji najbardziej ludziom zależy. W takim systemie produkcja jest ustawiana pod odbiorcę.
Postawmy teraz sobie pytanie: czy w dzisiejszym społeczeństwie firmy działają na zasadzie dobrowolności? Czy ich ostatecznym testem jest sprzedaż dobra konsumentowi? Oczywiście nie. Bardzo wiele firm i majątków jest tworzonych w oparciu o współpracę z państwem. Najbogatsi Polacy w Polsce, okupujący listę "Wprost", to ludzie, którzy zyskali bardzo wiele na kontraktach państwowych. Co chwilę słyszymy w wiadomościach o przetargach, kontraktach, dziwnych transakcjach itd.
To łamie naszą wcześniejszą zasadę nieagresji. Należy pozostawić ludzi w dobrowolnych relacjach. Pozyskiwanie bogactwa przez podatek jest niekompatybilne z kierowaniem procesów gospodarczych pod zaspokajanie potrzeb. Jeśli ludzie potrzebują jakiś dóbr, to nie trzeba ich finansować podatkami, należy pozostawić im pieniądze w rękach, aby mogli to zademonstrować. Jeśli, na przykład, chleb jest niezwykle pożądanym dobrem, to nie trzeba go nacjonalizować i finansować podatkami. To nie jest potrzebne. Skoro bowiem chleb jest życiodajny i niezwykle istotny, to ludzie będą na niego wydawać pieniądze i dawać sygnał przedsiębiorcom, że należy produkować chleb. Chleb jest dobrem konsumpcyjnym. Czy inaczej jest z dobrami produkcyjnymi, takimi jak surowce naturalne? Z pewnością proces jest dłuższy, ale zasada pozostaje ta sama. Nawet łatwiej jest funkcjonować w takim biznesie, ponieważ dobra produkcyjne są mniej specyficzne, niż dobra ostatecznie wytworzone. Na żelazo jest wielu chętnych i wiele osób, które są gotowe je nabywać po różnych cenach. Jeśli jeden przemysł zrezygnuje z surowca, to zawsze pozostaje mnóstwo innych, które z chęcią go nabędą do swojej produkcji (najbardziej niespecyficznym środkiem produkcji jest "praca"; człowiek jest w stanie podejmować się ogromnej liczby zadań i zmieniać "zatrudnienie" łatwiej niż maszyna czy surowiec).
Nacjonalizowanie określonej gałęzi sprawia, że firma w niej nabywa środki nie dlatego, że realizuje potrzeby konsumentów (czy też przedsiębiorców, którzy przewidują popyt konsumentów i potrzebują środków do realizacji tego celu), ale dlatego, że ma powiązania z budżetem państwa. Przez to produkcja jest nie dla odbiorcy zainteresowanego, ale dla odbiorcy politycznego, który opodatkuje na ten cel społeczeństwo. W ten sposób wypierana zostaje działalność dobrowolna i sektor prywatny zaczyna tracić na rzecz państwowego, przymusowego.
Takie kroki przynoszą jasny rezultat: nieekonomiczne przesuwanie środków w stronę niepożądanych przedsiębiorstw. Gdyby bowiem te przedsiębiorstwa były pożądane, zatrudnienie w nich i ich produkcja, to żadna siłowa interwencja państwa nie byłaby potrzebna. Wystarczyłoby pozwolić ludziom na demonstrowanie swoich preferencji i nie przeszkadzać przy nawiązywaniu przez nich swobodnych umów.
Co zatem z tym górnictwem? Nie powinno nas interesować to, czy jest ono rentowne, czy nie. Jeśli jest rentowne, to można je przesunąć do sektora prywatnego, gdzie będzie sprawnie funkcjonować. Jeśli jest nierentowne, to również należy je przesunąć do sektora prywatnego, gdzie zbankrutuje albo zmieni sposób gospodarowania. Nie ma najmniejszego powodu, aby finansować z budżetu państwa górnictwo, obojętnie, czy jest rentowne, czy też nie, tak samo jak nie ma powodu, aby nacjonalizować restauracje i hotele. Ani moralnego, ani ekonomicznego. Twierdzenie, że należy utrzymywać miejsca pracy, pomija w całości aspekt tego, że finansowanie przez budżet bierze się z pieniędzy obywateli. Albo z wyższych podatków, albo z drukowania pieniądza (albo z zadłużania się, co w dłuższym okresie sprowadza się do tych dwóch). W ten sposób obywatele są pozbawieni bogactwa, jakie mogliby inwestować/wydawać gdzieś indziej i tam właśnie zwiększać zatrudnienie.
Powiedzmy, że konsumenci wydali pieniądze, na przykład, na sektor komputerowy zamiast "kapeluszowy". Więcej pieniędzy wpływa do tego sektora i zaczyna on osiągać większe niż zazwyczaj zyski. Oznacza to, że tam wyjątkowo opłaciła się produkcja. Co to oznacza? Że właśnie tam bardziej opłacało się zatrudniać pracowników, niż w "przemyśle kapeluszowym". Nic nie spada z nieba. Jeśli zaczynamy sztucznie wspierać (sztucznie, czyli przez przymusową redystrybucję) upadające firmy, to dajemy kopa wszystkim innym. To oznacza, że mały handel słabnie, ponieważ jest obciążany podatkami na rzecz sektora państwowego (oczywiście, nie tylko górnictwa, ale innych też). To oznacza, że jest drogi kredyt ? z powodu finansowania przez banki emisji obligacji w celu pokrycia przewagi wydatków nad podatkami. To oznacza, że drogi jest kredyt ? przez wysoką inflację spowodowaną drukiem pieniądza na spłatę pożyczek, których się nie spłaci podatkami.
Teraz konkretnie, skupiając się na górnictwie. To, że ktoś czeka na węgiel jeszcze nic nie zmienia. To nie decyduje o zapotrzebowaniu. Jestem w stanie sobie wyobrazić sytuację, że jutro w sklepach komputerowych będą ogromne kolejki po superkomputery. Albo, na przykład, w salonach ogromne kolejki do kupna samochodów. Kiedy tak by się stało? Gdyby cena wynosiła zero. Wtedy z pewnością kolejki byłyby ogromne i ludzie przepychaliby się do takim znakomitego towaru. Jaki zatem wyciągamy wniosek?
Taki, że nie ma sensu mówić o popycie, bez mówienia o tym, przy jakiej cenie on się pojawia. Dlatego nie ma sensu, na przykład, mówić o "nadprodukcji" czegokolwiek, dopóki nie odniesie się do tego, jaka jest cena tego czegoś. Tak samo nie ma sensu mówić o "dużym popycie" na produkt bez stwierdzenia, jaka jest cena tego produktu. Kiedy zaczynamy wkraczać na grunt ceny, to już krok jeden do problemu kosztów. Jeśli ustawimy cenę węgla na poziomie zero, gwarantuje to kolejki takie, że nie będziemy w stanie się połapać, ilu ludzi w nich stoi, tak się będą przepychać.
Powiedzmy, że cena węgla jest zerowa. Łatwe do przewidzenia jest, co się stanie. Ludzie będą walczyć o jego zdobycie. Nagle pojawia się ktoś, kto mówi: górnictwo trzeba zamknąć, ponieważ jest nierentowne. Wtedy nagle ktoś ripostuje: ale zaraz! Ileż ludzi tu przyszło! Jaka niesamowita kolejka! Jakiż zbyt! Nie można zamknąć kopalni. Czy taka osoba będzie miała racje? Oczywiście nie. Sam fakt, że jest zbyt, niczego nie zmienia. Zbyt nie jest ważny w bezwzględnych ilościach albo w liczbie klientów. Nie jest nawet ważny w tonach węgla. Ważny jest w tonach po danej cenie za tonę. Stąd jeśli przychody są mniejsze niż ponoszone koszty, to oznacza, że kopalnia ma być zamknięta. To, oczywiście, powinno być w kwestii mechanizmu rynkowego, a precyzyjniej mówiąc, przedsiębiorcy produkującego produkty kopalni przeznaczone na zbyt. Jak już zaznaczaliśmy, problem denacjonalizacji jest poza kwestią, czy coś jest rentowne, czy nie. Nawet jeśli górnictwo byłoby rentowne, to i tak należałoby je przesunąć do sektora prywatnego. Przejdźmy teraz właśnie do tej kwestii praktycznej, jak to zrobić.
Najczęstsza propozycja to "prywatyzacja" z przekazaniem jakiemuś "strategicznemu inwestorowi". Propozycje wahają się od UPR-owskiej licytacji, czyli po prostu kto da więcej, do rozmaitych kontraktów, kombinacji, ustalania warunków, przetargów itd. Pierwsza zasada ma zaletę, że jest wolna od korupcji i zapewnia najwyższy zarobek dla państwa. Jednakże pojawia się problem natury etycznej: czy państwo ma moralne prawo zarobić na kopalni pieniądze? Na co te pieniądze pójdą? Czy na emerytów, za których pieniądze kopalnia została stworzona, czy na biurokratów, wydających pieniądze według własnego uznania? A co z górnikami? Czy ludzie, którzy pracowali przez wiele lat w tych miejscach, nie mają mieć do nich absolutnie żadnego prawa?

(...)

Wyświetlony 6003 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.