piątek, 12 listopad 2010 14:38

"Tam, gdzie konają bezdroża"

Napisane przez

Tekst Andrzeja Fromma "Tam, gdzie konają bezdroża" nie jest właściwie kontrowersyjny, jak sugeruje odredakcyjny komentarz nru 6-7 "Opcji".

On jest sam w sobie kontrowersją, burzą myśli i wojną ze wszystkimi, a jednocześnie próbą intelektualnego dystansu. Trudno się zorientować, czy tekst jest czystą literaturą w konwencji protest-songu, czy dramatycznym osobistym protestem i wołaniem o pomoc. Bez względu na to, czym jest, traktuję go bardzo poważnie, bo tak czy inaczej jest prawdziwy, opisuje zjawiska i emocje, jakie niewątpliwie istnieją.
Z "bezdrożami" trudno polemizować, bo nie ma w nich jasnej tezy, poza tą, że źle jest być biednym i że źli ludzie źle urządzili świat (z czym nie sposób się nie zgodzić). Zamiast więc polemiki zgłaszam dwa "pytania na marginesie", traktując podmiot liryczny tekstu Fromma jako rzeczywistą osobę, a nie wytwór wyobraźni autora. Pytanie numer jeden: W naszym znękanym kraju, w którym ? jak rozumiem ? autor przeżywa wszystkie opisane upokorzenia nędzy, mieszka i pracuje dorywczo kilkadziesiąt tysięcy obywateli Ukrainy, Wietnamu i zapewne paru innych jeszcze nacji. Znam takich przedstawicieli tych nacji, którzy zarabiają po trzy tysiące złotych miesięcznie, mówiąc łamaną polszczyzną i wykonując czynności niezbyt wyrafinowane (remonty, sprzątanie, handel). Jak to możliwe, że ludzie, którzy nie muszą tu być i pracować, jednak tu są i pracują i to dlatego, że gdzie indziej jest gorzej i trudniej? Jak to możliwe, skoro przecież ? jak sugeruje Fromm ? tu jest już dno?
Pytanie drugie: Czy autor zastanawiał się nad jakąś bardziej konstruktywną puentą? Czy rzeczywiście chce "pogrzebać nadzieję w miejscu, gdzie konają bezdroża"? Zakładając, że jego słowa nie są czystą prowokacją, tylko brakiem pomysłu, proponuję następujące pozytywne warianty: a) sprawdzić, czy któraś z umiejętności, jakie posiada autor, nie ma wartości rynkowej ? w okolicy bliższej lub dalszej (zwracam uwagę, że Ukraińcy pokonują do ok. tysiąca kilometrów, żeby popracować w Polsce, a Wietnamczycy jeszcze więcej); b) zastanowić się nad możliwością zbudowania minispołeczeństwa alternatywnego, bo skoro ? jak rozumiem ? autor opisuje sytuację tylu ludzi, że ich liczba "sięga progu tolerancji organizmu zwanego państwem", to czemu nie sprzymierzyć się z nimi? Przecież są wśród nich "pielęgniarki, lekarze, nauczyciele, renciści". Każdy z nich coś umie, coś może zaoferować. Autor może zapewne zaoferować coś w zamian. Tak można stworzyć alternatywny system handlu i usług, podobny do tych, których kilka tysięcy istnieje na świecie, a kilka ? w Polsce. Nie zmieni to wprawdzie nędzy w luksusy, ale może sprawić, że życie stanie się znośne, ciekawe i przepełnione nadzieją. Dla jasności i uspokojenia: zgadzam się z sugerowaną przez autora tezą, że w Polsce panuje bezduszna oligarchia i trudno jest żyć. Również dla jasności przedstawiam się: jestem zdecydowanym zwolennikiem wolnego rynku, byłym przedsiębiorcą prywatnym, który zaczynał od zera i skończył na własne życzenie, bez stałych dochodów, z małą rodziną. Wierzę w sprawczą moc ducha, więc chętnie umocnię go w Autorze, gdyby potrzebował jakiejś wymiany myśli.

Witold Falkow
Wyświetlony 9647 razy

Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.