piątek, 12 listopad 2010 14:43

Zboczeńcy!!!

Napisane przez

Nie pamiętam już szczegółów ani dokładnych dat. Jakieś 10, a może więcej lat temu, w jakiejś gazecie wyczytałem interesującą acz mało smaczną historię. W jednym z dużych miast włoskich, przy okazji jakiejś wielkiej awarii kanalizacyjnej w centrum, odkryto, że w publicznym szalecie zainstalowano skomplikowany i kosztowny system kamer i mikrofonów... Ktoś zadał sobie trud i poniósł znaczne koszty, aby w większości kabin WC zainstalować kamery i mikrofony włączane automatycznie w chwili użycia zamka blokującego drzwi kabiny.

Kamery umieszczono w lampach, w kratkach wywietrzników, w kaloryferach, a mikrofony zainstalowano za klozetowymi spłuczkami. Obrazy i dźwięki, zarejestrowane przez tę aparaturę, były następnie przekazywane drogą radiową do znajdującego się w pobliżu budynku, gdzie utrwalano je na taśmie magnetycznej... Gwoli ścisłości należy dodać, że całą tę aparaturę zainstalowano demokratycznie, tzn. zarówno w męskich, jak i damskich szaletach... Bez wchodzenia w szczegóły, policyjne śledztwo wykazało, że podglądanie i podsłuchiwanie przypadkowych ludzi w trakcie wydalania stanowiło przygotowanie do filmu artystycznego...
Własciwie komentarz jest tu zbyteczny. Sztuka współczesna, a dokładnie to, co za sztukę chce uchodzić, osiągnęło taki poziom, że transmisja z defekacji nie wydaje się czymś drastycznym czy niesmacznym. Brak norm estetycznych, rozpad norm moralnych, obezwładniająca i posunięta do granic utraty instynktu samozachowawczego tolerancja (róbta, co chceta), musiały prędzej czy później zaprowadzić sztukę w okolice kiszki stolcowej i klozetowej muszli... U nas tego jeszcze chyba nie było, acz mamy idiotów obierających kartofle w galerii sztuki, jakieś penisy w świętokradczym ujęciu, wypchane zwierzęta. Są też tercety muzyczne, z liderami o fizjonomii gorszej od popękanej muszli klozetowej.
USA są jednym z tych krajów, w których funkcje publiczne państwa wobec społeczeństwa traktuje się jeszcze w miarę poważnie. Powaga ta wymaga zabijania sprawców pewnych przestępstw. Resocjalizacja to całkiem dobry temat na akademickie wykłady dla studentów I roku, którzy uwierzą w każdą bzdurę, byle tylko podać ją w pseudonaukowym opakowaniu... Na uprawianie resocjalizacji można też od biedy zezwolić przeintelektualizowanym studentkom psychologii w trakcie wakacyjnych obozów w zakładach karnych dla sprawców drobnych wykroczeń. Nikomu nie zaszkodzi, nikomu specjalnie nie pomoże, ale może wzbogaci doświadczenia. W przypadku sprawców najpoważniejszych przestępstw wszelkie żarty są niedopuszczalne. Zdaję sobie w pełni sprawę, że to, co za chwilę napiszę, może spowodować u tzw. Przypadkowego Czytelnika szok, a nawet nieodwracalne zmiany w psychice (uprzedzam!!!). Otóż, podstawowym celem każdego państwa (polskiego również!) nie jest zapewnienie zbytu na świńskie półtusze. Mało, celem takim nie jest też zapewnienie równowagi cen na rynku pierza kurzego, a nawet i kaczego! Gorzej. Celem takim nie jest też utrzymanie miejsc pracy na linii kolejowej Pcim Górny-Pcim Dolny. Powiem wręcz brutalnie i bez ogródek: celem takim nie jest nawet utrzymanie miejsca pracy salowej ze szpitala im. Rydygiera we Wrocławiu!
Celem takim jest za to eliminowanie osobników, którzy samym swoim istnieniem zagrażają porządkowi publicznemu. Jako się rzekło wyżej, w USA cel ten traktuje się na serio, osobników takich wieszając, rażąc prądem, gazując kwasem pruskim czy ? to ostatni krzyk mody w tej dziedzinie ? wywołując u nich zawał serca za pomocą stosownej iniekcji.
USA to jednak kraj, gdzie normalność uwielbia mieszać się z dziwactwami. Skomplikowany, amerykański system prawny, całkowicie nie do pojęcia dla europejskiego prawnika, umożliwia niekończące się, trwające po naście lat procedury odwoławcze skazanych na karę śmierci. W efekcie w amerykańskich celach śmierci siedzi po kilka tysięcy ludzi, którzy już dawno powinni byli stanąć przed najwyższą, ostateczną Instancją, tą w Zaświatach...
Skutki tego bywają przeróżne. Nie należą do rzadkości sytuacje, w których do więzienia przyjeżdża wyjątkowo odrażający bandyta. Przywożą go w pomarańczowym uniformie, z kajdankami na nogach i rękach, w których trzyma cały swój więzienny dobytek: kilka par bielizny, szczoteczka do zębów itp. Po kilku, kilkunastu latach poświęconych na apelacje delikwent umiera śmiercią naturalną lub ginie na fotelu czy w komorze będąc... milionerem.
Skąd te miliony!? Z honorariów za udzielanie wywiadów, za prawa do publikacji "wspomnień spod stryczka", za prawa do sfilmowania scenariusza według "historii życia wielokrotnego zabójcy"... Słyszałem nawet o przypadku, w którym jakaś zboczona wariatka zapłaciła kilkanaście tysięcy USD za... przepoconą podkoszulkę seryjnego mordercy oczekującego na egzekucję. Bywa też, że idący na śmierć zbrodniarz może pochwalić się własnym, specyficznym fanklubem. W latach 70. na południu USA, człowiek, który zamordował siekierą 6-osobową rodzinę, w trakcie 9-letniego przewodu odwoławczego zbił fortunę, udzielając na prawo i lewo wywiady, sprzedając wielkim sieciom TV prawo do kręcenia filmów na swój temat oraz udzielając praw autorskich do powieści osnutych na kanwie jego życia. Zbił też fortunę, sprzedając firmie reklamowej prawo do korzystania z jego wizerunku, który umieszczono na koszulce T-shirt z napisem "Ma się tylko jedno życie"... Ilość ofert, listów i pieniędzy była tak wielka, że bandzior bez opuszczania celi musiał zatrudnić sekretarki, księgowe. Doszło do tego, że więzień ogłosił, iż ma widzenia Boga, który domaga się, aby skazany poprowadził krucjatę na rzecz wolności. Kilku telewizyjnych kaznodziei z miejsca ogłosiło, że skazany jest... Jezusem Chrystusem.
Sprawa wreszcie znalazła szczęśliwy finał, gubernator wyznaczył ostateczną datę egzekucji. Skazaniec ogłosił wszem i wobec, że w ostatnią noc chciałby oddać się wyjątkowo wyuzdanej orgii seksualnej. Do jego biura, mieszczącego się w hotelu nieopodal więziennego muru, napłynęło tysiące listów od kobiet, od nastolatek po sędziwe matrony, gotowych udać się do celi śmierci i oddać się kopulacji z sześciokrotnym mordercą na kilka godzin przed jego egzekucją. Południe USA to kraina raczej surowa w sprawach damsko-męskich, władze więzienne powiedziały stop. Już po egzekucji, jedna z wielbicielek bandziora zarzuciła stanowe władze błagalnymi listami, w których prosiła o sprzedanie jej... penisa skazańca. Po egzekucji odczytano testament skazanego, który ostatni raz zachował się z fasonem: całą zgromadzoną fortunę przeznaczył na zbożny cel, na jakąś fundację walczącą chyba z białaczką. Prasa zawyła z zachwytu i uznała skazanego za wielkiego człowieka.

(?)
Jerzy Burliński
Wyświetlony 6269 razy
Więcej w tej kategorii: « Powrót z matrixa Cui bono? »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.