sobota, 13 listopad 2010 12:44

Na początek drogi - Przewodnik reakcji

Napisane przez

Był przełom lat 1989/90. W jednym z warszawskich mieszkań zebraliśmy się- studenci przeróżnych katolicko-prawicowych organizacji – aby powołać do życia jakieś porozumienie.

"Wznosimy głowy, hardzi i dumni: sic transit gloria sovietici mundi" ? tak śpiewa Jacek Kowalski, wspominając "imprezy heroiczne" czasów podziemia; ale takie były i nasze nastroje ? nastroje młodych ludzi, którym w atmosferze końca PRL-u oszczędzono gorzkiego smaku pozornej beznadziejności walki z komunizmem, a niemal za darmo dano odczuć słodycz przywracanej niepodległości. Grupy i grupki pielęgnujące swe ideały, często tak delikatne jak egzotyczne rośliny, w zaciszu półlegalności czy konspiracji ? teraz wychodziły na powierzchnię życia publicznego. Rozglądaliśmy się: kto przeciwnik, kto przyjaciel. Nasze spotkanie, zwołane w celu powołania "porozumienia młodzieży", miało zadeklarować wspólnotę zasad akademickiej "prawicy".
Dyskutowaliśmy punkt po punkcie projekt deklaracji ? z początku szło nieźle, aż do punktu mówiącego o uznaniu przez nas "zasad katolickiej nauki społecznej". Wtedy w naszym zgodnie katolickim gronie zaiskrzyło i zagrzmiało. Podczas gdy formuły o KNS-ie broniły zażarcie uformowane przy duszpasterstwach akademickich stowarzyszenia chadeckie, przeciw niej wystąpili ofensywnie konserwatywni liberałowie, monarchiści i narodowcy. Byłem uczestnikiem tego niezwykłego frontu sprzeciwu ? i pamiętam dobrze, jak wychodząc na środek pokoju pełnego podekscytowanej młodzi waliłem w zdziwione twarze chadeków swoje katolickie (!) argumenty przeciw wpisywaniu katolickiej nauki społecznej...
Mój Boże, dziś gdy o tym myślę, zdaję sobie sprawę, jak różne były motywy uczestników sytuacyjnego "stronnictwa", w którym wystąpiłem. Jedni odrzucali formułę o KNS-ie, gdyż kojarzyła się im z Jackiem Kuroniem (który wonczas licytował się z działaczami katolickimi przywiązaniem do katolickiej nauki społecznej), inni podejrzewali, że chodzi tu o antyliberalny podstęp "socjalizmu" (z katolicką twarzą), jeszcze inni mieli encyklikom społecznym za złe promocję demokracji liberalnej... I wszyscy oni zgodnie ? i chyba szczerze ? obstawali przy zastąpieniu inkryminowanego fragmentu mocną deklaracją o naszym pełnym przywiązaniu do "prawd wiary i zasad etyki katolickiej". I znowu ? dla jednych z nas oznaczało to powiedzenie więcej i mocniej o naszym katolicyzmie integralnym (nie ograniczonym do "katolicyzmu społecznego"), a dla drugich było to zapewne sposobem ograniczenia bezpośredniego oddziaływania katolicyzmu do sfery etyki indywidualnej. Słowa były te same, ale rozumiano je rozmaicie. Gdy dwóch lub trzech mówi to samo ? to nie zawsze to samo mówią; gdy dwóch lub trzech słyszy to samo ? nie zawsze to samo usłyszą; a co dopiero z pojmowaniem! Minęło kilkanaście lat. Nasza niepodległość jest kulawa ? ale dała jednak możliwość rozwoju intelektualnego środowisk prawicowych. Mimo to wciąż mam wrażenie, że
podziały ideowe są chaotyczne,
a odmienne stanowiska w różnych sprawach bywają przypadkowe. Czasem uczestniczymy po prostu w jakiejś komedii pomyłek ? ale w takiej, która nie toczy się na scenie oddzielonej od naszego życia, tym bardziej więc dotkliwie przekształca się w tragedię rozłamów. Abstrahując od zwykłych ludzkich małości, wiele fal zderzających się burzliwie na powierzchni debat wzbudza zwykła ignorancja ich uczestników ? zawiniona lub niezawiniona. Nieraz wygląda to tak, jakby na naszej prawicy ideowej każdy uchwycił swoje "ziarno prawdy" i bronił go do upadłego, nie bacząc, że przyjmuje jakąś cząstkę za wyczerpującą całość. Tak jest na burzliwiej powierzchni debat, gdzie neoficcy "liberałowie" widzą socjalizm w każdej funkcji państwa przekraczającej wymiary nocnego stróża; gdzie neoficcy "narodowcy" widzą raka zdrady w każdej myśli o jakiejś realnej unii państw narodowych; gdzie neoficcy "integryści" nie schodzą poniżej wymagania zakazu dla wszelkich "fałszywych kultów"...
Dość już tego! Trzeba wyjść z tego... kociokwiku, w którym marnotrawią się energie narodowe, a poważne spory przekształcają się w jałowe logomachie.
Najpierw musimy wyjść z chaosu pojęć.
To kwestia używania rozumu, ulubionego tworu Bożego ? który jest w stanie z doświadczenia biegu rzeczy wydobywać ich istotę, stałe związki przyczyn i skutków, cały ład rzeczywistości naturalnych i moralnych. Chodzi więc o ożywienie myślenia w kategoriach odkrywania zasad (a nie tylko gromadzenia spostrzeżeń). Potrzebna jest bowiem nam wiedza o tym, czym są naprawdę, w rzeczywistości: człowiek, dobro wspólne, sprawiedliwość ? a nie jak je pojmuje ten czy ów. Potrzebne jest nam także ustalenie treści i zakresu używanych pojęć ? byśmy mogli uchwycić różnicę (realną czy tylko pojęciową?) w używaniu takich słów, jak np.: wspólnota i społeczność, państwo i naród.
Odrzucając chaos, nie zgadzamy się jednak na sztuczny "porządek" ideologii ? a więc na konstruowanie idealnego państwa. Zresztą nie wszystko trzeba pospiesznie od początku budować ? czasami wystarczy coś świadomie odziedziczyć. To kwestia odnowienia tradycyjnych doktryn i instytucji ? które wyrastały wiekami, a nie były dziełem jednego umysłowego przewrotu czy projektu jednego reformatora. Faktycznie chodzi więc o odnowienie doktrynalnych tradycji przedrewolucyjnych i podjęcie tych wątków tradycji kontrrewolucyjnej, które nie zaraziły się od swego wroga chorobą abstrakcji. Nasza refleksja musi mieć zatem posmak "tego, co było zawsze" ? a stronić odruchowo od tego, co od początku wymyślone. Stałym punktem odniesienia powinien więc być
dorobek cywilizacyjny europejskiej Christianitas,
zapewne niedoskonałej jak wszystkie dzieła ludzkie, ale jedynej zrealizowanej formy naszej cywilizacji opartej na, by tak rzec, małżeństwie ? nierozdzielnym i płodnym ? natury i łaski, rozumu i wiary, instytucji i ducha, państwa i Kościoła. To, że ta cywilizacja ? cywilizacja łacińska ? wyrosła pod opieką Kościoła katolickiego (Kościoła rzymskiego pewnego głoszonej Prawdy i chcącego do niej nawracać całe narody), nie budzi zapewne żadnych oporów przynajmniej w szeregach współczesnej prawicy; to, że była ona dziełem katolickich królów i książąt, jest zaś, być może, powodem zażenowania współczesnych demokratów, liberalnych i chrześcijańskich (przynajmniej tych przejętych modnym mistycyzmem "jedynie słusznego" ustroju). No cóż, można krytykować katolicką monarchię ? ale to właśnie od niej nic lepszego do tej pory nie wymyślono. Dawni królowie odeszli, ich godnych następców brak ? lecz do dziś my wszyscy, niezależnie od stosunku do demokracji i monarchii, żyjemy na kredyt tamtego dziedzictwa.
Odnawiając tradycję, powinniśmy jednak konfrontować jej dziedzictwo ze zmiennymi życia społecznego, niestety także z tymi, które uznajemy słusznie za objaw jakiegoś obniżenia formy lub nawet chorobę. To kwestia realizmu, który dostrzega, że to, co wieczne, urzeczywistnia się dla nas przez to, co powstaje i ginie. Chodzi więc o podjęcie ryzyka nowej refleksji, zwłaszcza w tych kwestiach, z którymi przeszłe pokolenia ? być może pod wieloma względami szczęśliwsze ? nie musiały się mierzyć w ogóle. Właściwie tu dopiero sprawdza się prawdziwa, nieantykwaryczna wierność naszym ideałom. Gdy konserwatysta uznający prymat dobra wspólnego (przeciw personalistom) stara się zrozumieć także prawdę twierdzenia z pozoru odwrotnego, że "państwo jest dla człowieka"; gdy zwolennik ustroju wolnościowego upomina się o właściwe rozumienie "sprawiedliwości społecznej"; gdy nacjonalista, przekonany zwolennik państwa narodowego, uznaje zrzeszenia międzypaństwowe za instytucje równie naturalne; gdy krytyk demoliberalizmu umie docenić rzeczywiste wartości demokracji klasycznej i nie postponuje zdrowego republikanizmu (po staropolsku: republikanctwa); gdy katolicki "integrysta" nie ogranicza się do wyrzekań na upadek obyczajów i marzeń o "nowym średniowieczu", lecz usiłuje znaleźć sposób realizacji społecznego obowiązku religijnego także w łonie zlaicyzowanego "społeczeństwa pluralistycznego" ? wtedy właśnie wysokie ideały działają na rzecz konkretnego dobra schorowanych społeczeństw, a nie tylko dają satysfakcję swoim wyznawcom. Czas na podjęcie tej pracy ? na meblowanie głów poprawnymi pojęciami, na ożywienie tradycji doktrynalnej, na nową refleksję. To potrójne zadanie znajduje się przed nami. Spróbujmy więc pomyśleć ? podobno to nie boli. A nawet gdyby!

Paweł Milcarek
Wyświetlony 4642 razy

Najnowsze od Paweł Milcarek

Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.