sobota, 13 listopad 2010 13:05

Ekohisterycy

Napisał

Wielokrotnie spędzałem wakacje na południu Włoch. Wybierałem to miejsce z wielu powodów. Było tam mniej turystów, morze z kryształową ciepłą wodą, wyborna kuchnia i rajskie plaże. Jakież było moje zdziwienie, gdy kilka lat temu po przyjeździe w to samo miejsce wybrałem się na ulubioną plażę i zastałem ją ogrodzoną przenośnymi barierkami.

 

Obok barierek wbity w piasek plaży był maszt, na którym powiewała flaga z białą pandą i napisem WWF. Jako że to południe Włoch, barierek pilnował (nie tylko, by nie przechodzić, ale także, by nie zginęły) młody mężczyzna. Zaciekawiony całą sytuacją spytałem go, co tu robi. Pilnuję dziedzictwa narodowego, jakim jest słynna grota, gdzie mieszkał cezar Tyberiusz, i pilnuję, by turyści nie dewastowali rzadkiej odmiany skorupiaków, które obrały grotę za swą siedzibę ? odpowiedział jednym tchem. Zdziwiłem się, bo ogrodzono przytulny zaułek plaży, wybierany często przez turystów, którzy cenią spokój (nie było tam barów, pryszniców etc.).
Już chciałem się wycofać, gdy siedzący obok barierki młody chłopak powiedział ze znudzeniem, by poczekać 10 minut, bo o 16.00 WWF-owiec kończy pracę. Spytałem strażnika-ekologa, czy to prawda. Przyznał, że za chwilę się już zbiera do domu. Usiadłem obok czekającego Włocha i zadałem strażnikowi kolejne pytanie: czy wandale i chuligani też po 16 na plażę nie chodzą i jaki sens ma jego praca, bo właśnie po sjeście turyści masowo wylegają na plażę. Odparł, zabierając swe rzeczy, że nie interesuje go to, bo on tu nieźle zarabia. Ot to, to... Intuicja podpowiadała mi, że mam do czynienia albo z idiotą, albo z naciągaczem... A ja spotkałem rasowego ekologa.
Każdy z nas spotkał się w życiu z propagandą ekologiczną wymierzoną głównie przeciw technicznej cywilizacji. W ostatnich latach histeria tej propagandy osiągnęła już taki poziom, że zaczęła zagrażać postępowi technicznemu i naukowemu, a przede wszystkim zdrowemu rozsądkowi. Ilekroć obserwuję "akcje" ekologów, zadaję sobie pytanie ? jak można przeciwstawiać się tym działaniom? Najskuteczniejszą metodą jest demaskowanie ich pseudoekologicznych kłamstw. Przystępując do tej drobiazgowej analizy, chcę na początku wprowadzić pewną konieczną dystynkcję: istnieje zasadnicza różnica między miłośnikami przyrody (do których i ja się zaliczam), których nie widać na co dzień w hałaśliwych chuligańskich akcjach, a ekowojownikami, którzy nie przebierają w środkach, by zwrócić na siebie uwagę i pozyskać fundusze na swą nieetyczną działalność.
Ekowojownicy niejednokrotnie sami zagrażają przyrodzie (np. akcja podpalania schronisk górskich z 1998 roku w Górach Skalistych w USA, by chronić przed turystami naturalne środowisko rysia. Efektem tej akcji były liczne pożary, w których zginęły setki zwierząt. Podobną akcją były protesty polskich ekologów w okolicach Góry św. Anny, gdzie protestując przeciwko wycięciu pasa leśnego na autostradę, okaleczali drzewa poprzez wbijanie w nie długich stalowych gwoździ, by zrywały łańcuchy w piłach drwali, często raniąc dotkliwie pracujących). Największą jednak nieuczciwością ruchów pseudoekologicznych jest to, że poprzez kłamliwą propagandę i dramatyczną dezinformację stworzyli w społeczeństwie fobie i obawy przed postępem technicznym.
Listę kłamliwej propagandy ekologów rozpoczyna często teza mówiąca, że człowiek poprzez swą działalność techniczną przyczynił się do niespotykanego dotychczas w historii wymierania gatunków zwierząt. Teza ta była bardzo często podnoszona przez zagorzałego ekohisteryka, jakim jest Al Gore ? kandydat na prezydenta USA. Wielce dziwi fakt (choć już nie powinien), że ktoś taki jak kandydat na prezydenta może wygłaszać tak prymitywne tezy. Każdy ze szkoły średniej wie, że w przeszłości w odległych epokach były epizody tak masowego ginięcia gatunków, że przy życiu pozostawała zaledwie niewielka ilość. Ekolodzy jednak, by przekonać społeczeństwo do swych racji, głoszą, że: Każdego roku z powodu gospodarczej działalności człowieka wymiera bezpowrotnie 50 tys. gatunków zwierząt (Deklaracja WWF z 1996 roku).
Wielokrotnie przez różne organizacje światowe, biologów, botaników i naukowców proszono WWF o przedstawienie listy tych gatunków, zawsze otrzymywano tą samą odpowiedź, że liczą się fakty, a nie szczegóły!
Już pierwszym symptomem kłamstwa jest to, że ekolodzy na całym świecie podają inne dane. W Polsce w "Rzeczpospolitej" możemy przeczytać, że każdego dnia wymiera 140 gatunków roślin i zwierząt (K. Forowicz, 7.02 2000). Liczby podawane przez ekologów zmieniają się nawet kilkunastokrotnie w ciągu jednego miesiąca! Jeżeli otrzymujemy sprzeczne dane, budzić to powinno pewne podejrzenia ? jednak przeciętny odbiorca takich, nawet sprzecznych, informacji dojdzie do innego wniosku: wokół nas w wyniku postępu technicznego dzieje się ogromna rzeź i niebawem przyjdzie nam żyć w świecie plastikowej imitacji przyrody! Tego rodzaju wizja jest rozsiewana przez "ekologów" w społeczeństwie. Wspomniany już Al Gore w swojej książce Earth in the Balance (Ziemia na szali) pisał równie absurdalne rzeczy, jak na przykład opis dotyczący poziomu zanieczyszczeń w Polsce: W niektórych regionach w Polsce regularnie sprowadza się dzieci pod ziemię do głębokich kopalń, żeby je chronić od różnych gazów i zanieczyszczeń powietrza. Można sobie wyobrazić, jak nauczyciele ostrożnie wychylają się z tych kopalń i sprawdzają, czy już można bezpiecznie wyjść na powierzchnię. (Al Gore, Earth in the balance, s. 8). Co więcej, książką tą Gore zdobył sobie popularność jako ekspert od ekologii. Cóż, jakie ruchy ekologiczne, tacy i eksperci...
Kolejną ekologiczną mantrą jest teza o morderczym wpływie samochodów na nasze życie. Wedle ekologów samochody są odpowiedzialne za 90 procent ołowiu w naszym powietrzu (nie przeszkadza to większości ekologów na akcje dojeżdżać własnymi samochodami). Wedle "ekologów" ołów ze spalania benzyny przedostaje się rzekomo do pożywienia, a nawet bezpośrednio do organizmu.
P. A. Kalinowska w książce Ekologia ? wybór przyszłości pisze wprost: Szacuje się, że średnio w kościach ludności w Polsce zawartość ołowiu wynosi 30 mg/g. Wystarczy wziąć kartkę i ołówek, by zobaczyć, jak śmieszna i głupia jest ta informacja. Przy zawartości sugerowanej przez autorkę 30mg/g ołowiu dorosły mężczyzna miałby tylko w samym układzie kostnym 100 gramów ołowiu, co jest niemożliwe, bo wielokrotnie przewyższa dawkę śmiertelną. Autorka zapewne pomyliła miligramy z mikrogramami, ale książka mimo to jest zalecana przez MEN dla uczniów szkół średnich. Można by uznać ten przypadek za zwykłą pomyłkę, ale publikacje ekologów roją się od tego rodzaju "pomyłek" (mylą oni mikrogramy z nanogramami, jak przypadek W. Voigta, który na łamach Der Spiegel, nr 46 z 1998 r. przekonywał o tym, że kadm stosowany przy kanałowym leczeniu zębów jest śmiertelny, bo są tam używane ogromne ilości tego środka...). Ma to jeden cel; wzbudzić strach w czytelniku, który wcale nie musi się na tym znać...
Sukcesem ekohisteryków jest niewątpliwie zaszczepiona w społeczeństwie chemiofobia. Jeżeliby spytać przeciętnego Polaka, co by wybrał: żywność naturalną czy nawożoną chemicznie, bez wahania odpowie, że naturalną. Nie zdajemy sobie bowiem sprawy, że pokarm jest mieszanką tysięcy związków chemicznych właśnie i nie ma żadnej różnicy między składnikami naturalnymi a chemicznymi, między wytwarzanymi przez żywe organizmy czy syntetyki wytwarzane przemysłowo. Ekohisterycy wmówili nam, że należy nawet płacić wielokrotnie więcej za żywność, byle była wolna od konserwantów i dodatków syntetycznych. Nawozy sztuczne w ustach ekowojowników przeciwstawiane są nawozom organicznym, takim jak kompost, odchody zwierzęce czy nawet ludzkie. Dziwne jest to o tyle, że już w szkole podstawowej uczyliśmy się wszyscy na biologii, że rośliny pobierają z gleby tylko składniki nieorganiczne ? i jest to całkowicie obojętne, czy zasilamy nawozami mineralnymi czy organicznymi. Obornik czy odchody zasilają rośliny dokładnie w te same elementy, co nawozy mineralne: w azot, fosfor i potas. Azotany podawane w nawozach sztucznych są też jak najbardziej naturalne, a mają jedynie odpowiednie dla roślin stężenia. Dodać azotanu do gleby to tak jakby wylać tam kilkadziesiąt więcej wiader odchodów zwierzęcych ? nie ma zasadniczo żadnej różnicy! (warto tu też przypomnieć, że wegetarianie (co drugi ekolog nim jest) spożywają dużo więcej azotanów, z którymi tak walczą na co dzień ? wystarczy wypić 100 gram soku buraczanego, by przekroczyć dzienną dopuszczalną dawkę azotanu w Polsce. Ekowojownicy są jednak przekonani, że należy walczyć z azotanami a swój sposób odżywiania uważają za dużo lepszy od diety mięsnej). Podobną histerię wywołali „ekolodzy” wokół żywności, do której dodaje się związki organiczne (konserwanty), zapobiegających rozwojowi bakterii i grzybów. Nie zauważają, że to dzięki konserwantom możemy jeść żywność niezepsutą, lepszą, a i bardziej zdrową niż w czasach, gdy na przykład kupowano kilkudniowe mięso, przechowywane pod ladą na targu.
Dzięki "ekologom" słowo konserwanty jest wyrażeniem pejoratywnym, a nie zdajemy sobie sprawy, że najlepszym konserwantem jest na przykład sól kuchenna (zatrzymuje rozwój bakterii i pleśni), a kwas benzeosowy, salicylowy i sorbowy są produktami jak najbardziej naturalnymi. Już Paracelsus zauważył, że wszystko jest trucizną i nie jest trucizną, bo tylko dawka czyni truciznę. Jak trafnie zauważa prof. Stefan Mastalerz: Wystarczy dla przykładu wspomnieć, że można się otruć na śmierć, zjadając kilkadziesiąt naturalnych igieł cisa albo szklankę pestek z jabłek, a najbardziej popularnych lekarstwem, zażywanym w dużych dawkach przez miliony ludzi, jest aspiryna, produkt całkowicie syntetyczny.
W większości produktów spożywczych znajduje się, na przykład, rtęć (jest jej najwięcej w źródlanej wodzie!), ołów (najwięcej w rybach morskich i świeżych owocach) czy kadm (w ogromnej dawce w ziemniakach), choć nawet o tym nie wiemy (nikt z nas nie podejrzewa, że sól kuchenna w dawce 200 gram jest śmiertelna, podobnie jak spożycie 10 gram czystej kofeiny (ok. 100 filiżanek kawy). Jednak "eksperci" przekonują nas, że: Ołowiu natura nie wymyśliła, wprowadził go do środowiska sam człowiek. Wobec związku ołowiu nasz organizm jest bezbronny (K. Forowicz, "Rzeczpospolita", 1.07 1998 roku). Pewnie autor tego tekstu był chory, gdy w szkole była przerabiana tablica Mendelejewa i podstawy chemii. Ale by być ekologiem, ta wiedza jest przecież niepotrzebna, a nawet szkodliwa...
Podobnie pseudoekolodzy straszą nas rtęcią ? zbicie termometru jest dla nich ekokatastrofą, gdyż nawet śladowa ilość rtęci jest rzekomo śmiertelna. Jakoś nie zauważają, że metal ten jest jednym z podstawowych składników np. amalgamatu, czyli tego, czym dentyści przez lata wypełniali nam ubytki w zębach. Metal ten może wydostać się z plomby bezpośrednio do jamy ustnej i być spożyty z posiłkiem. Większość badań nie wskazała jednak na ani jeden przypadek noszenia plomb amalgatowych i zatrucia, natomiast dobitnie wskazała, że brak plomb jest problemem nie tylko estetycznym. Dawniej, gdy stłuczono w domu termometr zbierano co większe kulki płynnego metalu, współcześnie, po histerii wywołanej przez "ekologów", po stłuczeniu termometru w Stanach Zjednoczonych czy w krajach skandynawskich dzwoni się na telefon alarmowy Instytutu Chemicznego z prośbą o interwencję! Ekolodzy milczą, gdy lekarze powołują się na fakt, że w dawnej medycynie (a nawet współczesnej medycynie Wschodu!) stosowało się kilkugramowe dawki rtęci w celach leczniczych, jako środek przeczyszczający!
Kolejną mantrą powtarzaną przez zielonych wojowników jest konieczność całkowitego zrezygnowania z tworzyw sztucznych w naszym życiu. Nie zdają sobie sprawy, że niektórzy z nich mają wszczepione (niestety) np. sztuczne szczęki czy zastawki serca, całkowicie wykonane z tworzyw sztucznych. Na manifestacjach popijają napoje w butelkach z tworzyw sztucznych, a gdy w ferworze walki wpadną na rozbitą przez siebie samego szybę w MacDonaldzie, trafiają do szpitala, gdzie wprowadza się im lekarstwa przez rurki wykonane przez znienawidzony polichlorek winylu. Potem wychodzą na ulice i wrzeszczą, że należy go całkowicie wyeliminować z naszego życia...
Głośna była kampania Greenpeace wraz z WWF na rzecz wycofania smoczków i zabawek dziecięcych, jeżeli choć w minimalnym stopniu zastosowano w nich "elementy sztuczne, takie jak np. ftalany". Na pierwszy rzut oka podłoże tej akcji jest jak najbardziej słuszne, bo kto nie chce dbać o zdrowie naszych milusińskich! Jednak gdy się przyjrzeć jej bliżej, odkrywamy prawdziwe intencje ekowojowików. Akcja jakoś dziwnie rozpoczynała się przed Bożym Narodzeniem, gdy rodzice kupują pod choinkę ogromne ilości zabawek. Inicjatorzy akcji zgłosili się zaś do producentów zabawek z propozycją zaniechania kampanii po wpłaceniu na ich konto ogromnej kwoty (podobnie jak Polscy "ekolodzy" w protestach przeciwko budowie hipermaketów). Jednak gdy ci się nie zgodzili, umieścili w większości wysokonakładowej prasy całostronicowe ogłoszenie przestrzegające rodziców przed kupowaniem tego rodzaju zabawek. Oczywiście, rodzice zgodnie ze słuszną zasadą "ostrożności nigdy dość" zaniechali zakupów u wskazanych przez ekologów producentów. Intencje ekologów rzekomo dbających o dzieci okazały się więc li tylko finansowe. Jeżeliby przyjrzeć się zarzutom stawianym producentom zabawek używania rzekomo rakotwórczych składników, to okazuje się, że dużo większe rakotwórcze działanie mają, na przykład, składniki zawarte w ananasach, bananach, malinach i bakłażanach. Jak wskazują naukowcy, gdyby rośliny te były obecnie wynalezionymi produktami chemicznymi, to przy przepisach forowanych przez „ekologów” nie miałyby najmniejszych szans na dopuszczenie do handlu.
Podobną histerię wywołano przy okazji chlorowania wody, "ekolodzy" podnieśli wrzask, że chlorowana woda ma właściwości rakotwórcze i należy całkowicie zrezygnować z dodawania „chemii” do wody. Substancją odpowiedzialną za powstawanie raka ma być chloroform, rzekomo zabójczy nawet w małych dawkach. Nie przyjmują do wiadomości, że chloroform występuje w dużo większym stężeniu na przykład w owocach cytrusowych. Kompletnie pomija się też fakt, że chlorowanie jest najskuteczniejszą metodą uzdatniania wody, „surowa” zaś woda jest nośnikiem bakterii wywołujących dur brzuszny, biegunkę czy żółtaczkę. Z durem brzusznym poradzono sobie właśnie w krajach, gdzie chloruje się wodę, kraje pozbawione tej metody borykają się nadal z tą przykrą chorobą.
Skutki nawoływań ekologów okazały się wręcz "namacalne" w Peru, gdzie władze zbałamucone przez wrzaskliwych "ekologów" w 1991 roku zrezygnowały z chlorowania wody. Niemal natychmiast wybuchła tam epidemia cholery, w wyniku której zachorowało ok. miliona osób, było też wiele ofiar śmiertelnych. Oczywiście, odpowiedzialności za ten fakt ekolodzy nie przyjmują. Według danych WHO w krajach trzeciego świata brudna woda (tak zwana naturalna) jest przyczyną 80% wszystkich chorób ? do takiego stanu chce Greepeace doprowadzić zdobycze naszej cywilizacji!
Kolejnym straszakiem jest wmawianie przez "ekologów", że nie ma nic gorszego dla naszego zdrowia, jak kontakt z produktami radioaktywnymi. Ta niewidoczna choroba dziesiątkuje według nich uprzemysłowione społeczeństwa w sposób cichy i niezauważalny przez raka i białaczkę. Tak więc utrzymują tezę, że nawet niskie promieniowanie jest szkodliwe i należy go unikać za wszelką cenę. Z tego powodu możemy obserwować paradę ignorantów, którzy wydają sprzeczne przepisy. W Polsce Ministerstwo Zdrowia przestrzega przed jakimikolwiek promieniami radioaktywnych (wspierając cicho "ekologów" w blokadach np. elektrowni atomowych, promując tym samym elektrownie węglowe drogie i zatruwające środowisko naturalne), a z drugiej strony popiera działalność uzdrowisk, gdzie kuracjusze mogą raczyć się "leczniczą" wodą. Owe walory lecznicze to właśnie promieniowanie! W Lądku Zdroju litr wody leczniczej zawiera 1500 jednostek Bq, a w Świeradowie już 2500 Bq! Co więcej, wedle rozporządzenia Ministra Ochrony Środowiska z 1994 roku ustala się, że woda uznana za leczniczą musi mieć 74 Bq na litr. Z jednej strony utrzymuje się zatem tezę o szkodliwości nawet najmniejszego promieniowania, a z drugiej promuje się je jako zdrowotne!
Strach przed jakimkolwiek promieniowaniem spowodował, że społeczeństwo oprotestowuje budowy elektrowni atomowych. Nie przemawia do agitatorów, że liczba ofiar śmiertelnych w katastrofach elektrowni atomowych jest śladowa w porównaniu w wypadkami w kopalniach, które są głównym dostawcą węgla do elektrowni wytwarzających potrzebną nam energię. Te elektrownie węglowe powodują, że co roku ginie więcej górników niż w katastrofie w Czarnobylu (do katastrofy mogło tam dojść tylko z powodu sowieckiej dbałości o porządek i ład w pracy).
Jak podają statystyki, w USA w ciągu ostatnich 25 lat nie było ani jednego wypadku śmiertelnego związanego z radioaktywnością. Ale media karmione są informacjami z ust ekologów, takimi jak ta, że w wyniku awarii w Czarnobylu w całej Skandynawii poniosło śmierć wiele tysięcy reniferów. Niestety, renifery nie padły z powodu radioaktywności, lecz wybito je właśnie na polecenie skandynawskich ekologów, którzy nie chcieli dopuścić, by zjadano skażone mięso (jak się potem okazało, kilogram mięsa renifera miał 1/5 dawki promieniowania litra wody ze Świeradowa, przypominam: leczniczej!). O tej sprawie wiedzą ekolodzy, ale sprawę ewidentnej pomyłki wolą przemilczeć i do niej nie wracać. A oto ciekawa informacja, którą przyniósł New Scientic w czerwcu 1996 roku: wedle brytyjskich uczonych w Kornwalii, gdzie stężenie radonu jest dużo większe od innych miejsc na Wyspach Brytyjskich, zauważono, że liczba zachorowań na nowotwory jest znacznie mniejsza. Takiego psikusa zrobiła natura "ekologom"...
(?)
Roman Konik
Wyświetlony 5460 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.