sobota, 13 listopad 2010 13:14

Jadowity motyl

Napisane przez

Kilka dni przez dżunglę. Mroczno. Duszno. Gorąco. To było prawdziwe indiańskie polowanie. Z dmuchawkami. A także z codziennym rytuałem smarowania ciała zwierzęcym łajnem (dla zabicia ludzkiego zapachu).

 

Kiedyś w sklepie myśliwskim w USA zaproponowano mi specjalne "perfumy", które dają ten sam efekt. Powąchałem je i szybko opuściłem sklep, w przekonaniu, że właściciel jest niebezpieczny dla otoczenia. Jedna fiolka wrzucona do systemów wentylacyjnych Pentagonu i trzeba by zbudować nowy (Pentagon). Ta sama fiolka upuszczona z niezdarnej łapy na podłogę i trzeba by przewietrzyć całe województwo. Teraz, w dżungli, pożałowałem tamtej decyzji ? ach, gdybym miał przy sobie ów zajzajer...
Jego zapach, podawany w higienicznych kropelkach na skórę za uszami, to byłoby ciacho z kremem waniliowym w porównaniu z obowiązującą mnie obecnie indiańską procedurą maskującą. Polegała ona na zanurzaniu rąk w buro-zielonych plackach pozostawionych przez dzikie zwierzęta (moim zdaniem cierpiące na niestrawność). Potem się człowiek dokładnie nacierał. Na całym ciele! Z twarzą włącznie.
Czasami, kiedy nie mogliśmy znaleźć żadnego placka, stosowaliśmy zastępczo bobki wielkości małych pączków. Pochodziły z tego samego, że tak powiem, źródła co placki i miały tę wadę (poza wszystkimi wadami OCZYWISTYMI), że były twarde. Trzeba je było wstępnie zamaczać, ale potem i tak szorowały skórę jak pumeks.
Za to pachniały zdecydowanie bardziej, co cieszyło moich Indian. Ja powoli przestawałem mieć zdanie. Kilka dni przez wilgotną dżunglę. Monotonny marsz od świtu do nocy, czyli zawsze po około dwunastu godzin. Taki drobiazg jak zapach tracił znaczenie.

Szliśmy we trójkę. Dwóch czerwonoskórych i jeden biały. A jednak gdyby ktoś na nas popatrzył z boku, nie różniliśmy się kolorem ? wszyscy jednakowo sraczkowaci. Pardon, w tonacji gnijącego podłoża pod stopami.
Wybraliśmy trasę wzdłuż małej rzeki bez nazwy ? przy wodopoju najłatwiej spotkać zwierzynę.
Bez nazwy... Właściwie to ona miała jakąś nazwę, ale było to jedno z tych indiańskich słów, które dla białego człowieka są niewykonalne ? żeby je wymówić, musiałbym mieć dodatkowy nos. Z kolei w zapisie trzeba by używać wyłącznie głosek "m", "n" i "b" oraz całej chmary akcentów, apostrofów i innych kreseczek oznaczających dźwięki, których nie słychać.

(...)
Wojciech Cejrowski
www.ccc.art.pl
Wyświetlony 7539 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.