sobota, 13 listopad 2010 13:20

Tam, gdzie konają bezdroża

Napisał

Szanowne Panie, Szanowni Panowie, Szanowni Państwo. Nazywam się Andrzej Fromm, mam dwie córki (osiemnaście i cztery), syna (lat dwanaście) i żonę, która całe nasze tałatajstwo utrzymuje przy życiu. Mam też 42 lata (co podkreślam, choć do niedawna broniłem tezy, że wiek to wyłącznie cecha charakteru) – i niech tych kilka słów wystarczy Wam za wstęp.

A piszę do Was z pogranicza. Z obszaru, na którym daleko do konstatacji "nie stać nas na to, tamto, siamto i owamto", za to coraz bardziej po drodze z kategorycznym "nie stać nas na nic". Ze strefy ograniczonej frustrującym, mimo to akceptowalnym "nie możemy mieć wszystkiego" ? i budzącym grozę "nic nie możemy mieć". Znad granicy poniżenia: cienkiej, czerwonej linii, oddzielającej kulturę od barbarzyństwa, rozsądek od szaleństwa, chłodną logikę racjonalnych argumentów od obłędu, a wyważone zdania intelektualnej dysputy od poczucia totalnego rozchwiania i zagubienia. To takie... słowa znad urwiska. Zdania z domieszką łez.
Tylko w tym momencie mogę napisać taki list ? póki tkwię na pograniczu. I tylko teraz możecie mnie wysłuchać. Nie musicie, możecie ? prawdę powiedziawszy, po tamtej stronie zobojętnieję, nie dbając, co z mymi słowami uczynicie. Tamtą stroną włada nicość: tam dogorywają gościńce, konają bezdroża, ścierniska gryzie szloch, tam zdycha determinacja.
Z tamtej strony biedy skowyczy cisza: albowiem prawdziwej nędzy odjęto swobodę publicznej wypowiedzi.

Komu krwawią knykcie
"Być biednym to nie grzech, ale straszny wstyd" ? zwykł powtarzać amerykański humorysta Kim Hubbard. Fakt, wstydzę się: ubóstwo zwykło milczeć, tymczasem prawdę o nędzy zamierzam Wam wykrzyczeć, swój krzyk dedykując ludziom bezzasadnie zakładającym, że orientują się, o czym mówią, snując wywody o biedzie. Więcej niż zadedykować. Powściągliwość bywa godna szacunku w obliczu nadmiaru, nie w niedostatku, a wulgarność, jak powiadają, to ujście dla emocji, przyznam zatem szczerze: chcę opluć im twarze (mam powód, zatem mam też i prawo).
Pluję wiec w twarz: menedżerom przeszłości, którzy ponoć nie zdawali sobie sprawy z wysokich kosztów transformacji ustrojowej i towarzyszących jej bolesnych zjawisk społecznych. Bowiem jeżeli o tym nie wiedzieli, nie zasługiwali na laur przewodzenia, jakim obdarzył ich Naród. A jeśli wiedzieli i nie mówili, nie zasługiwali tym bardziej. Błaznom, deliberującym, czy bieda sprowadza się do tego, że na coś kogoś nie stać, czy też oznacza niemożliwość zaspokojenia podstawowych potrzeb, w następnej kolejności ględzącym o kształceniu umiejętności, roli służb socjalnych, otwieraniu kanałów mobilności i społecznej sprawiedliwości.
Tandeciarzom, szczycącym się uniwersytecką wiedzą, wyliczającym linię ubóstwa dla społeczno-ekonomicznych gospodarstw domowych, zależną od wielkości gospodarstwa domowego, potrafiącym odróżnić biedę od nędzy, a skrajne ubóstwo od minimum egzystencji, lecz nie rozumiejącym, że "Wiedza sama w sobie jest niczym, jeżeli nie służy jakiemuś celowi" (Diogenes), zaś "Wiedza bez sumienia to upadek duszy" (François Rabelais).
Ferajnie najemników przyrośniętych do stanowisk, zapatrzonych w partyjne, rządowe i samorządowe apanaże, bałamutnie apelującym o podjęcie publicznej dyskusji o ubóstwie i rozważającym, co z polską biedą począć ? w obawie, by ta nie zmiotła ich ze sceny.
Piewcom liberalizmu, owym zafrasowanym gnomom, sięgającym do wora perspektyw makroekonomicznych i efekciarsko wyławiającym zeń cudowne recepty na wzrost gospodarczy i owocną przyszłość, obłudnie wymachującym wiedzą zamkniętą w kastowych, pozbawionych efektywnych prób ekstrapolacji w mikroskalę makrodiagnozach.
Tym nawołującym do uelastycznienia rynku pracy przez obniżenie kosztów zatrudnienia, skoro naród zafundował sobie płace i świadczenia na poziomie jakoby wyższym, niż wynikałoby to z jego wydajności.
Wreszcie ulepionym z mamałygi pustosłowia pętakom zwącym siebie politykami, cynicznie kupczącym nadzieją wobec biorących ich arlekinadę za troskę o bliźnich, a semantyczne gierki wyjałowionymi z treści wywodami leksykalnymi za odpowiedzialne refleksje o stanie państwa.
Owóż nikt z wyżej wymienionych nie wie, co to jest bieda, naganną niewiedzę czerpiąc wprost z czarnej dziury braku doświadczenia. Nawet jeżeli kiedykolwiek słyszeli z ust pięcioletniego chłopca: "Tato, jestem głodny!", jeśli widzieli jego ojca, któremu w gardle pęcznieje glista rozpaczy, który usiłuje przezwyciężyć bezradność uderzając pięścią o kuchenną ścianę ? nic o biedzie nie wiedzą, głupcy! Głupcy i durnie ? by z biedą walczyć, mało ją określać, rozpoznawać, ustalać czy przeliczać. Biedę należy czuć ? a oni nie mają pojęcia, z czym żre się ją na co dzień. Chyba więc, że dzielili los biedaków.
Że to ich syn łaknął chleba.
Że to oni wyżebrali bochenek od sąsiada.
I że to im krwawiły knykcie.
...Wtedy jednak nie słyszeliby mego krzyku: realna nędza głuchnie ("Venter non habet aures" ? brzuch nie ma uszu), a namacalna bieda ślepnie i nie składa liter. Powiadali starożytni: "Primum vivere, deinde philosophari" ? co najakuratniej przełożył Bertold Brecht: "Najpierw żarcie, potem morał można dać".
Aby skutecznie nieść ulgę cierpiącym na epilepsję, medyka nie muszą dręczyć konwulsje, z drugiej jednak strony: "Żaden lekarz nie będzie dobry, jeżeli sam nigdy nie chorował" (Konfucjusz). Jak twierdził Immanuel Kant: "Nie znamy rzeczy a priori, z wyjątkiem tych, których sami doświadczamy". Co to są "realna nędza" i "namacalna bieda"? Poczekajcie, poczekajcie. Wergiliusz w "Eneidzie" rzecze: "Experto credite!" ? "Wierzcie temu, kto sam doświadczył". Poczekajcie: wciągam powietrze do płuc, że tak powiem.

To tylko łzy
Gdy ponad pięć milionów Polaków codziennie ryzykuje ekonomiczny kataklizm, blisko dwóm milionom nie wystarcza na najtańsze jedzenie i ubranie, prawie milion nie dojada, bytując na granicy głodu, gdy Polski Czerwony Krzyż informuje, że ponad dwieście tysięcy polskich dzieci jest notorycznie ? notorycznie! ? niedożywionych, a Rzecznik Praw Dziecka podaje, że sześćset tysięcy "nie spełnia obowiązku szkolnego" ? to nie jest bieda.
To statystyka.
Gdy wzruszeniem ramion kwitujesz socjologiczne dywagacje o ubóstwie, wzdragasz, przysłuchując blekotaniu telewizyjnych głów, ze swadą perorujących o reformowaniu i restrukturyzacji, gawędzących o prawidłowościach rozwojowych, dziedzictwie przeszłości, o "homo sovieticus", trujących złogach sowietyzmu i żonglujących "racjami ekonomicznymi" pospołu z pojęciami w rodzaju "postaw roszczeniowych" czy wręcz "wygórowanych roszczeń" ? zasadnie postępujesz, bo to również nie jest bieda.
To polityka.
Gdy czynności tak prozaiczne jak wymiana uszczelki w cieknącym kranie, pękniętej szyby czy żarówki sięgają wymiarów finansowej tragedii, a ty rezygnujesz z żebraniny o zasiłek, ponieważ jego wysokość nie wystarcza na dojazd i powrót z Urzędu Gminy; gdy strzepujesz do garnka okruszki z szeleszczącego malizną woreczka po makaronie bezjajecznym; gdy wypatrujesz tańszego o 15 groszy cukru i przemierzasz kilometry, by zdobyć najtańszy w okolicy olej; gdy grubość kromki chleba plasujesz poza estetyką; gdy wychodzisz na targowisko po dwa jajka, a kaszę jęczmienną kupujesz sypiąc w dłoń ekspedientki skrupulatnie wyliczone pięcio-, dwu- i jednogroszówki; gdy szerokim łukiem omijasz choćby "ciuchlandię"; gdy cieszysz się, zdoławszy ukraść ze sklepowej półki kostkę masła i oblanego lukrem pączka; gdy nie płacisz za czynsz, wodę, energię elektryczną i gaz, rachunki odkładając w stos ścigający się z siostrzanym, zawierającym nie zrealizowane recepty na lekarstwa dla dzieci, a twe rozdarcie zszywa zblazowane pytanie inkasenta: "Płaci pan czy mam wyłączyć?"; gdy zdejmujesz z palca obrączkę, by zamienić ją na kęs chleba, bryłę węgla, podręcznik dla córek i buty dla syna ? to też nie jest bieda.
To przejściowe trudności gospodarcze.
Gdy dostrzegasz w oczach latorośli przebłysk świadomości: że książki-nauczanki o tym, jak to jest ze Świętym Mikołajem, niebem księżycowym i słoniem afrykańskim, że pyszny smak drażniącego gardło "picia, po którym się nie kaszle", że klocki Lego, czekolada, banan ? i inne, oczywiste do niedawna prezenty-spodziewanki naraz zaliczyć trzeba do asortymentu rarytasów dostępnych znienawidzonym niespodziewanie szkolnym koleżankom i kolegom, tym wybranym, szczęśliwszym, lepszym; że widok wracającego ze sklepu i wykładającego na kuchenny stół różne-różniste-różności taty, że wyjazdy na poszukiwanie skarbów wiosny, lata, jesieni i zimy, że zabawa pełna śmiechu na trzy piętra i sąsiadów zza ścian, że mama radosna... ? że był to sen kolorowy, legenda, marzenie; gdy obserwujesz bunt uzewnętrzniony zawirowaniem wstążek w warkoczach siedmioletniej córki: "Tato, dlaczego?!" ? do diabła, to też nie jest jeszcze bieda! To tylko łzy.
Kiedy w takim razie można mówić o biedzie?

Przecierając twarz
Gdy rzeczywiście zakleszczasz się w sobie, wegetujesz, ograniczając do zabiegów sycących jeno biologię? Gdy aspiracje dzieci, śladem ziemniaczanych obierków, upychasz w worku z odpadkami, a jedyne, co możesz im przekazać, to gorycz? Gdy drżysz, spoglądając na termometr za oknem, wybornie wiedząc, jak niewiele kalorii wykrzeszesz ze zziębniętych dłoni i do jakiej temperatury martwy piec rozgrzejesz strwożonym sercem? Gdy zaglądasz w oczy matki twoich dzieci, oczy bezbarwne i szkliste, gdy widzisz spływające po policzkach kaskadami żalu krople rezygnacji, usiłującej rozpalić ten sam piec listami z kiedyś, kiedyś, i z dalej od skądkolwiek, szepczącej zduszonym, wypranym z emocji, beznamiętnym głosem, że pamięć nie daje już siły, a marzenia nie ocucą wymarłych talerzy? Wtedy więc?
A może wówczas, kiedy żyjesz, czekając na życie? Gdy dumą i honorem postanawiasz zająć się kiedy indziej? Gdy doszczętnie znienawidzi cię twe własne odbicie i zorientujesz się, że najgorszą stroną bytu nędzarza jest brak możliwości wyboru? Gdy zgorzknienie puchnie frustracją, apatia przeistacza w agresję, a ty starasz nie wycofywać, poszukując okruszyn przydatności ? świadom, że twe działania pozostaną bezpłodne? Gdy słońce zachodzi z gniewem i złością? Gdy ciągle jest zima, a nigdy nie ma Bożego Narodzenia (Clive Staples Lewis)? Gdy idziesz ulicą, obok drepcze twój wierny pies: porażka, a "potęgę smaku" odnajdujesz wyłącznie w strofach wiersza Zbigniewa Herberta? Czy może wtedy, kiedy empatia staje się słowem pustym jak wiatr, śmierć potrzebą duszy, a ty rozważasz, w jaki sposób zrejterować, by kłopotów nie przysporzyć rodzinie? Gdy nie znajdujesz powodu, żeby oddychać, martwym będąc, choć wiedzieć o tym nie chcesz?!
O, tak. Wtedy ocierasz się o biedę. Rzec można: twarzą. Ocierasz jedynie, choć niekłamana bieda czai się tuż obok. Prawdziwej biedy dotykasz, gdy zrozumiesz, że to co konieczne, jest niemożliwe. Że chcieć to mało, skoro nie możesz. Gdy wiesz już jak żyć i co to znaczy być wolnym i pojmiesz, że to za mało, by przeżyć ? wiedzieć, co zrobić z życiem ? bo wolność dają pieniądze.
I że cała reszta to bełkot.
"Życie bez namiętności nic nie jest warte" ? zauważyła przed laty pisarka Joanna Chmielewska. "Namiętność ograniczona możliwościami, bardziej niż wartości przydaje życiu bólu" ? skomentowała moja żona. Zaiste prawdziwie powiedziane ? i powiedziane nazbyt powściągliwie.
Bieda peszy.
Żenuje.
Tłamsi.
Zniewala.
Upokarza.
Przestraja percepcję, modyfikując ją na kształt szczurzej. Żąda jednego: przeżyć.
Dotrwać.
Przetrwać.
Wytrwać.
Trwać!
Bieda upadla.

Wądoły upodlenia
Gdy przedszkolaki przeklinają, uczniowie podstawówek wymuszają haracze, młodzież znęca nad zwierzętami, licealiści podrzynają gardła rodzicom (i mordują nawzajem), nauczyciele dźgają nożami uczniów (i vice versa); gdy na przestrzeni ośmiu lat czterokrotnie rośnie liczba bójek i pobić wśród nastolatków, policja nie ma czasu i pieniędzy na łapanie przestępców, a policjanci "przytulają parę złotych na boku" ? to jest bieda.
Gdy zacierane są różnice między informacją a propagandą; gdy system ubezpieczeń społecznych na dobrą sprawę nikogo nie ubezpiecza; gdy jedną czwartą samorządowego budżetu zżera administracja; gdy 70 procent wody dostarczanej odbiorcom dwudziestu największych polskich miast nie nadaje się do picia; gdy z powodu nieuiszczonych rachunków Telekomunikacja Polska odcina połączenia telefoniczne bankrutującym szpitalom, personel innego miesiącami nie otrzymuje wynagrodzeń, organizując głodówki i wychodząc na ulice z transparentami "prosimy o chleb"; gdy gangrenuje się ideę wolontariatu, za "wykazywaną inicjatywę" chwaląc ludzi gotowych pracować za "dajcie mi szansę się zaczepić", za n-ty "okres próbny", za obietnicę stażu, za darmo... tak, tak ? to również jest bieda.
Gdy zapisy Konstytucji warte są mniej niż papier, na którym je wydrukowano; gdy najperfidniej omijają prawo ci, którzy je stanowią; gdy niektórzy sędziowie, prokuratorzy i adwokaci nie tylko wiążą się ze światem przestępczym, ale i kierują gangami, gdy elity oskarża się o korupcję niedługo po oskarżeniu lekarzy o szastanie "Pavulonem"; gdy minister spraw wewnętrznych wali publicznie na odlew: "Tam, gdzie jest to możliwe, należałoby działać zgodnie z przepisami", a nikt nie zauważa i nie wytyka ministrowi "lapsusu", więc dwie trzecie Polaków deklaruje respektowanie prawa, "o ile jest ono sprawiedliwe"; gdy minister zdrowia frymarczy zdrowiem najuboższych, rozdymając kampanię leków za złotówkę ("Zastanówmy się, czy jeśli emeryt zaoszczędzi miesięcznie dziesięć złotych, to będzie dużo czy mało. Ja uważam, że dużo" ? powiedział na antenie Polskiego Radia, wszelako minister źle uważa, bo to nie jest dużo, to podłość); wreszcie gdy premier "przywraca strategiczny wpływ państwa", a poświęcając się dla dobra kraju i dbając o interes narodowy, w tym interes najbiedniejszych (pamiętacie expose? "Gospodarki i życia społecznego nie będziemy dźwigać kosztem najuboższych, bezrobotnych i bezradnych") sprzedaje Polakom nadzieję, a naród łyka jego słowa niemal jak bocian żabę (niemal, bo żwawo niczym bocian, lecz bezrozumnie jak tylko człowiek potrafi) ? wtedy także mamy do czynienia z biedą.

(...)
Andrzej Fromm

Wyświetlony 7580 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.