sobota, 13 listopad 2010 13:23

Samorządność wprowadzana odgórnie

Napisane przez

8 marca 1990 r. wprowadzono "Ustawę o samorządzie terytorialnym", która stworzyła prawną podstawę rozwoju samorządności w Polsce. Łatwiej jednak wprowadzić zmiany prawne niż zmienić ludzką mentalność, a tymczasem samorządność - aczkolwiek wymaga sprzyjających jej rozwiązań prawnych - jest nade wszystko pewną postawą, wyrażającą się w zainteresowaniu sprawami społeczności i podejmowaniu działań na rzecz wspólnego dobra. Jakkolwiek działania są wyrazem takiej postawy, jej sedno tkwi w umysłach ludzi: w poczuciu odpowiedzialności za losy społeczności, za dobro wspólne; w solidarności wzajemnej; w myślowym zaangażowaniu w lokalne problemy.

Piśmiennictwo anglojęzyczne opisuje takie podejście mianem civility, które można tłumaczyć jako "postawa obywatelska" czy jeszcze ściślej: "cnota obywatelska". Civility odnosi się bowiem bardziej do sfery przekonań niż czynów. Pojęcie to dobrze oddaje predyspozycje konieczne do tego, żeby można było mówić o zaistnieniu samorządności. I tu zarysowuje się pytanie kluczowe dla dokonujących się w Polsce przemian: na ile reformy zmierzające ku budowaniu Rzeczpospolitej samorządnej przekładają się na zmiany dokonujące się w ludzkim myśleniu o sprawach publicznych? Na ile mamy do czynienia z rzeczywistym obudzeniem zaangażowania obywatelskiego?
Badania dotyczące tego problemu prowadziłam z grupą studentów dość dawno, bo w latach 1995-1996, w tej części Mazur, która wówczas należała do województwa suwalskiego. Gromadziłam opowieści o władzy lokalnej, dbając o to, by ich autorzy reprezentowali całą różnorodność gminnej społeczności: wszystkie grupy zawodowe, warstwy zamożności i wykształcenia. Były to więc rozmowy z przedstawicielami władz gminnych (wójtem, radnymi, urzędnikami); z osobami znaczącymi w społeczności (nauczycielami, lekarzami, księdzem, aptekarzem, policjantem) i wreszcie z mieszkańcami, których większość miała wykształcenie średnie zawodowe lub podstawowe; najczęściej byli to rolnicy: właściciele gospodarstw (zwykle niewielkich) lub najemni pracownicy rolni (dawniej pracujący w PGR-ach). Badania polegały na prowadzeniu swobodnych rozmów na temat lokalnej polityki i jej aktorów (w efekcie nie były swobodne, bowiem strach przed krytykowaniem władzy sznurował usta wielu naszym respondentom). Na zakończenie każdej z rozmów zadawaliśmy trudne pytanie: czym jest samorządność? Czy po 1990 r. gmina stała się bardziej samorządna?

Samorządność czy samodzierżawie?
Odpowiedzi zaskoczyły nas zupełnie. Wykładnię zbliżoną do wstępnych wyjaśnień rozpoczynających ten tekst przedstawił tylko jeden człowiek (na 80 rozmówców wybranych z około 200 objętych badaniami) ? w latach 1989-1990 przewodniczący Komitetu Obywatelskiego a potem szef lokalnej opozycji w radzie gminy (do 1994). Pochodził z wielkiego miasta, przybył na Mazury w latach 80., ma wyższe wykształcenie. Wszyscy pozostali rozmówcy, niezależnie od wykształcenia i zawodu prezentowali zupełnie inne rozumienie idei samorządności ? nazwałabym je autokratycznym, choć brzmi to absurdalnie.
Sedno sprawy najlepiej oddaje cytat z wypowiedzi rolniczki z wykształceniem podstawowym: samorządność to jest, jak człowiek sam wszystko porobi, sam wypłaci się i sam wszystko utrzyma, trzy razy "S". Jej zdaniem te słowa można odnieść i do gospodarza (rolnika), i do wójta (gospodarza gminy).
Inny ze słabo wykształconych rozmówców powiedział, że obecnie jest większa samorządność, bo wójt nie jest tak zależny od wojewody, jak kiedyś naczelnik GRN, wójt jest teraz w gminie jak car i boh. Mnie to określenie kojarzy się raczej z samodzierżawiem niż z samorządnością, ale rozumiem, że chodzi tu o niezależność władzy gminnej i poszerzenie jej możliwości decyzyjnych.
Podobne podejście, aczkolwiek opisane językiem ludzi wykształconych, prezentowali członkowie lokalnej elity władzy: wójt i radni. Wszyscy oni podkreślali, że kluczowa dla samorządności gminy jest niezależność finansowa, a więc sytuacja, w której pieniądze z podatków, dzierżaw, taks klimatycznych itp. nie są odprowadzane wyżej, nie zasilają budżetu województwa czy państwa, ale pozostają w gminie. Oczywiście, zawsze jakaś część dochodów musi być przekazywana do budżetu centralnego, ale im ta część jest mniejsza, tym większa jest samodzielność finansowa gminy1 . Nie neguję wagi niezależności ekonomicznej, mimo to dziwiło mnie, że moi rozmówcy, odpowiadając na pytanie o samorządność, w ogóle nie wspominają o podejściu mieszkańców do spraw wspólnoty gminnej i że objaśnienia skupiają się i wyczerpują na sprawach finansowych. Gdy zapytałam o to wójta (wyższe wykształcenie, właściciel dobrze prosperującego gospodarstwa), zasugerował, że problem tkwi w tym, że mieszkańcy gminy nie przejawiają żadnej z cnót obywatelskich, nie zamierzają "brać spraw w swoje ręce" i w efekcie to władza lokalna stała się bardziej samorządna, a nie społeczność gminna.
Tę sugestię rozwijali i wyrażali znacznie dobitniej przedstawiciele lokalnej opozycji (ludzie z wyższym wykształceniem, przybysze z wielkich miast). Uważali, że kluczowym problemem jest właśnie społeczność. W gminie mieszkają w większości ludzie biedni, niewykształceni, wielu z nich jest bez pracy. Ich głowy zaprzątają problemy bytowe, a nie sprawy publiczne. W tej chwili ludzi ogarnia marazm, jaki mają w ogóle cel życia? Sens jest jeden ? pić! No to jest największy problem ? olbrzymie ilości alkoholu, zwykle nieoficjalnego. Siedzą w domu, bez pracy, oglądają telewizję, wideo i piją! ? tak szkicował obraz gminnej społeczności w 1995 r młody właściciel gospodarstwa rolnego, z wyższym wykształceniem.
Tragiczna sytuacja ekonomiczna powstała wskutek przemian gospodarczych na początku lat 90., upadek PGR-ów i państwowych gospodarstw leśnych, które zatrudniały znaczną część mieszkańców gminy, powszechność bezrobocia nałożyły się na wcześniejsze doświadczenia, także niesprzyjające wypracowywaniu postaw obywatelskich. Doświadczenie przesiedlenia, wszechmocy władzy, która odrywa ludzi od ich własności i korzeni, sprawia, że muszą się wstydzić własnej religii i tradycji (o czym pisałam poprzednio, "Casus: Mazury", "Opcja" nr 6/2003), nie było płaszczyzną odpowiednią do wychowania ku samorządności. Nikt też nie działał w tym kierunku przez 50 lat trwania PRL-u. Oprócz samorządów uczniowskich torpedowano wszelkie formy samoorganizowania się i prawdziwej (nie sterowanej odgórnie) spółdzielczości, nie było mowy o niezależnych stowarzyszeniach czy prasie lokalnej. Co więcej system centralnego rozdzielnictwa, przydziału maszyn i produktów potrzebnych do produkcji rolnej budował postawy serwilistyczne, a nie samorządowe. Lokalne wybory poruszały jedynie działaczy partyjnych, którzy mogli w nich kandydować. Społeczność mogła konfirmować opracowane w kręgach partyjnych listy.

(?)
Anna Malewska-Szałygin
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Wyświetlony 5986 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.