wtorek, 07 grudzień 2010 10:29

Plastikowe standardy

Napisane przez

Gdy niedawno wróciłem ze sklepu mięsnego, gdzie sprzedawczyni odrąbała mi na drewnianym pieńku, siekierą z drewnianą rękojeścią nieduży kawałek schabu z kością, otworzyłem Internet, by zajrzeć do najświeższych wiadomości z frontu walki o właściwy kształt Unii Europejskiej. No i czego się dowiaduję? Otóż okazuje się, że tzw. standardy unijne nie zezwalają na stosowanie w sklepach mięsnych oraz w masarniach drewnianych pieńków oraz siekier z drewnianą rękojeścią. Standardy te nakazują stosowanie pieńków plastikowych, a także plastikowych rękojeści. Jak orzekli brukselscy urzędnicy, stosowanie się do tego wymogu podyktowane jest względami sanitarnymi i troską o konsumentów. Ich zdaniem, plastikowe pieńki oraz plastikowe rękojeści dużo łatwiej i dużo dokładniej można umyć, a tym samym znacznie skuteczniej wyeliminować potencjalne zagrożenie rozprzestrzenienia się jakiejś strasznej zarazy.

Jak podaje serwis PAP, nowy wymóg spotkał się z niezbyt pozytywnym przyjęciem w Czechach. Drucianą szczotką pieniek z drzewa czyszczę błyskawicznie i bardzo skutecznie. Plastikowego tak szybko i dokładnie oczyścić nie mogę ? cytuje PAP jednego z czeskich sklepikarzy. Jego zdaniem, biurokratyczne wymysły nie mają nic wspólnego z rzeczywistą troską o warunki sanitarne porcjowania i sprzedaży mięsa. Zwykły czeski rzeźnik ma z całą pewnością rację, wbrew temu, co twierdzą "eksperci", zapewniający, że dzięki plastikowym pieńkom i trzonkom Czesi nie tylko będą zdrowsi, ale uda im się także sprzedać więcej swoich wyrobów na europejskim rynku. Nie wiem, jak miałoby to działać... Że niby na opakowaniach miałoby być napisane, że np. "ta szynka była rąbana siekierą z plastikowym trzonkiem i na plastikowym pieńku"?... Zresztą nieważne. Wróćmy do naszego czeskiego sklepikarza, który wątpi w szczerość intencji unijnych biurokratów ...
Otóż, skoro w Unii Europejskiej panoszy się ? tak zresztą jak i u nas ? socjalizm, to panoszy się tam pewnie także i tzw. klientyzm (tak samo jak u nas). Polega on na tym, że pewne firmy prywatne, które kontrolowane są przez polityków bądź są z tymi politykami w idealnej komitywie, otrzymują od rządów zlecenia na wykonywanie jakichś usług, których realizacja nie pociąga za sobą żadnego ryzyka, natomiast pieniądz za wykonawstwo ? lepsze bądź gorsze ? jest zawsze pewny i godziwy.
Kilka lat temu w Polsce jeden z posłów Unii Wolności forsował ustawę, która zezwalałaby na rozmowę przez telefon podczas jazdy samochodem jedynie przy użyciu specjalnych słuchawek. Po jakimś czasie okazało się, że poseł ten był jedynym producentem tych słuchawek w naszym kraju. Cóż, tamta sprawa akurat się rypła. Ile jednak podobnych spraw nigdy nie wychodzi na jaw i politycy trzepią kasę dzięki ustawom, które sami dla siebie uchwalają... Podobnie jest zapewne w Unii Europejskiej. Tam też szerzy się klientyzm. Kto wie, czy jakiś czas temu jakiś sprytny urzędnik nie wpadł na pomysł wymyślenia standardu plastikowych pieńków i trzonków do siekier po to tylko, by firma jego żony, bądź kochanki, zajmująca się właśnie produkcją tego typu "niezbędnych" urządzeń mogła zrobić wielkie pieniądze. A być może jest jeszcze tak, że w całej Europie istnieje tylko jedna taka firma, która produkuje pieńki akurat z tego jednego jedynego rodzaju plastiku, który najbardziej spełnia ów unijny standard? Póki co można się tylko z tego pośmiać, ale być może już wkrótce okaże się, że zarówno Czesi, jak i Polacy, czy Węgrzy będą musieli importować plastikowe pieńki i plastikowe trzonki do siekier np. z Niemiec, albo z Francji... Producentom mięsa oraz jego sprzedawcom nie będzie już wówczas do śmiechu, gdyż za wdrożenie "standardu" trzeba będzie bardzo słono zapłacić i to nie "plastikowymi" pieniędzmi, ale prawdziwymi. Tymczasem który z naszych ? pożal się Boże ? negocjatorów myślałby na serio o kosztach, jakie poniesie przeciętny szary człowiek w związku z wchodzeniem do Unii Europejskiej. Oni mają już na głowie inny problem, a mianowicie, kto zostanie pierwszym polskim komisarzem w Brukseli, gdy nasz kraj stanie się częścią UE... Typów jest kilka, a wśród nich m.in. pan Truszczyński, pan Iwiński, pan Nowina-Konopka, pan Saryusz-Wolski... Faworytem jednak, a właściwie faworytką, jest jak dotąd pani Hübner. Teraz zupełnie się nie dziwię, dlaczego była tak zadowolona, gdy kilka tygodni temu udzielała wywiadu w państwowej jedynce. Któżby nie był zadowolony, mając przed sobą perspektywę zarabiania co miesiąc kilkudziesięciu tysięcy złotych, a może nawet i więcej. Któż nie cieszyłby się z posadki w Brukseli, z dala od tego "polskiego, prowincjonalnego motłochu", od tego 20-procentowego bezrobocia, od coraz większej biedy i od braku perspektyw na jakąkolwiek zmianę na lepsze... Dlatego można być pewnym, że odwoływanie się do różnych, także niecnych sposobów, ot takich chociażby, jak dwudniowe referendum, byleby tylko Polacy powiedzieli "TAK", będzie się coraz bardziej nasilać. Przed samym referendum rząd pewnie uruchomi jakieś rezerwy finansowe i rzuci polskiej biedocie zasiłkowe ochłapy, zapewniając, że jak wejdziemy do Unii to "rzucą" jeszcze więcej i to nawet euro.
Niektórzy polscy biurokraci z rozkoszą zwieją do Brukseli, jednak czy my tu, na miejscu uwolnimy się, wraz z ich eksportem, od problemów? Skoro jeszcze nie jesteśmy na dobre w Unii, a już mamy kłopoty z pieńkami i trzonkami, to co będzie potem?! I pomyśleć, że przez całe wieki ludzie rąbali mięso na drewnie i jakoś nikomu to nie przeszkadzało. A ile podobnych "problemów", które nam, szarakom, nawet do głowy by nie przyszły, zrodzi się jeszcze w móżdżkach europejskich socjalistów?

Paweł Sztąberek
Wyświetlony 7126 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.