wtorek, 07 grudzień 2010 13:38

Wszystkie dzieci ambasadora

Napisane przez

Ambasada RP w Meksyku, podobnie jak cały MSZ, przechodzi ostatnio "ciekawe" losy. Są one ilustracją choroby, jaka toczy polską dyplomację bez większych przerw od czasów Manifestu Lipcowego...

1
 
W 2001 r. wyremontowano nową rezydencję ambasadora, okazały obszerny budynek ? będący niegdyś siedzibą Biura Radcy Handlowego ? stanowiący dziedzictwo po b. Ministerstwie Gospodarki. Powodem remontu nie były względy reprezentacyjne, lecz bytowe. Normalna rezydencja nie mieści licznej rodziny ambasadora Gabriela Beszłeja, który, jak przystało na wzorowego męża i ojca, ma aż sześcioro dzieci.
Ta wielodzietność byłaby godna pochwały, gdyby nie fakt, że rachunek za nią płaci w dużym stopniu nie ojciec czy matka dzieci, lecz podatnik.
Notabene nowa willa ambasadora ma ? bagatela ? 600 m kw. powierzchni, można więc zgadywać, jak wysoki był to rachunek. To nie wszystko, nowa rezydencja ambasadora (przypominam, że jest to dawna siedziba handlowego przedstawicielstwa PRL w Meksyku) znajduje się w jednym z najbardziej prestiżowych miejsc stolicy kraju, podczas gdy sama ambasada (biuro radcy handlowego w Meksyku zostało praktycznie zlikwidowane) zlokalizowana jest w bocznej, dość mrocznej uliczce, do której wprawdzie można trafić, odbywa się to jednak z pewnym trudem.
Wygląda więc na to, że reprezentację interesów polskich przekazano rodzinie ambasadora, a nie ambasadzie. Nie mówiąc o biurze handlowym, którego aktywność ograniczała się do niedawna do tak zbytecznej działalności, jak np. nawiązywanie stosunków handlowych, organizowanie promocji polskiego biznesu itp. bzdety. Czy naprawdę trudno się dziwić, że uznano je za niepotrzebne?
Po wyremontowaniu nowej, pięknej rezydencji (niech postronne narody wiedzą, że Polska o swoich przedstawicieli dyplomatycznych dba) zaczęto się zastanawiać, co zrobić z dotychczasową tzw. starą rezydencją, znajdującą się w kompleksie budynków ambasady. Próbowano ją najpierw komuś wynająć, potem przeznaczyć na nowe rodzaje działalności, aż wreszcie ? z braku pomysłu ? rozparcelowano ją wśród garstki pracowników ambasady. Zanim to nastąpiło, odbył się tam duży remont i kilka zabiegów adaptacyjnych.
Dzisiaj poselstwo reprezentujące polskie interesy w Meksyku może się poszczycić największą na świecie średnią powierzchni przypadającą na jednego zatrudnionego. Dokładnej miary nie znamy, dość powiedzieć, że w języku dyplomatycznym biura polskiej ambasady w Meksyku nazywane są... lotniskowcami.
 
2

Remont nowej rezydencji ambasadora był dopiero początkiem problemu wydatków. Koszty jej eksploatacji są równe wydatkom związanym z utrzymaniem całego kompleksu budynków ambasady, łącznie z dwoma mieszkaniami jej pracowników ? w myśl zasady "reprezentacja musi być godna", a to kosztuje. Rażą może proporcje, ale czego się nie robi dla dobra ojczyzny, a raczej ojcowizny ambasadora.
Równolegle z rezydencją Jego Ekscelencji Pana Ambasadora powołano do życia dwa okazałe obiekty z ogrodami, salami recepcyjnymi, a nawet ze stałą ochroną. Ktoś musi taki majątek chronić. Tym bardziej że ambasador w swoją rodzinę inwestuje, przez co staje się ona z każdym dniem coraz bardziej cenna, a więc wymaga coraz większego ubezpieczenia.
Weźmy chociażby edukację dzieci. W Polsce uczęszczałyby pewnie do szkoły publicznej, gdyż wykształcenie sześciorga drobiazgu w szkołach prywatnych ? nawet w kraju "bezpłatnego szkolnictwa" ? kosztuje majątek. Co innego na placówce. Tutaj ambasador dołożył wysiłku i wynalazł dla swej latorośli szkołę najlepszą, bo amerykańską. Najlepsza szkoła musi kosztować. Koszt takiego wyboru w ciągu całej kadencji ambasadora Beszłeja? Skromne ćwierć miliona dolarów. Nie byłoby kwestii ? jego dzieci, jego problem ? lecz za tę edukację także płaci polski podatnik! Dzieci innych pracowników ambasady też chodzą do szkół, gwarantuje im to prawo. Z tym że one chodzą do tańszych (albo bezpłatnych) szkół publicznych. Czyżby ambasador kształcił swoje potomstwo wprost na ambasadorów?
Bez względu na motywacje nagina prawo (do edukacji dzieci) do swoich prywatnych potrzeb, co jest nie tylko nieprzyzwoite, ale wręcz karygodne. Tym bardziej, że w kraju bieda, w kasie publicznej brak środków na buty dla ubogich dzieci, nie mówiąc o prywatnych dla nich szkołach. Nawet na czesne za prywatną szkołę wnuczki premiera Millera musi się sama składać cała rodzina premiera.

3

Mexico City to, jak wiadomo, największe miasto świata: 20 mln mieszkańców. Tak wielka metropolia siłą rzeczy zajmuje duży obszar. Odległości pomiędzy poszczególnymi dzielnicami są ogromne. Z Jardines de Pedregal do Districto Federal czy Barrio Norte trzeba niekiedy jechać godzinami, pokonując korki, spiętrzenia ruchu itp. bariery ? zwłaszcza w godzinach szczytu. Dowieźć do szkoły sześcioro dzieci ambasadora to już jest spory problem logistyczny: jedno rozpoczyna naukę o 7.30, drugie o 9.15, trzecie ma zajęcia fakultatywne z gimnastyki etc., etc. Ambasada stanęła przed problemem: jak dostarczyć dzieci ambasadora na czas do szkoły jednym reprezentacyjnym samochodem służbowym ambasadora? A no było to bardzo trudne, lecz na co zdaje się doświadczenie czy pomyślunek!
Podczas jednej z wizyt "polityka wysokiego szczebla", ambasador pożalił się na trudności logistyczne, a że "gadane" ma dobre, przekonał dygnitarza, że potrzebny jest drugi samochód. I kupiono drugi po to, żeby jego dzieci wozić do szkoły. Dwa samochody służbowe, dwóch kierowców na etatach to znowu koszt, ale jakie ma on znaczenie, jeśli rachunek płaci strona trzecia, czyli my wszyscy ? naiwny polski elektorat.
Jeśli ktoś z nas nie dopłaci do podatku czy nie daj Boże na składkę ZUS 12 groszy, ścigany jest przez komornika na kraj świata, tymczasem w majestacie prawa (prawa?) drąży się owoce naszej ciężkiej pracy, zaciąga do niebezpiecznej wysokości pożyczki państwowe, naraża kraj na inflację po to tylko, by jakiś prywatny, nie do końca etyczny człowiek uprawiał prywatę, śmiejąc się nam w twarz. Miał rację Kaczyński określając ugrupowanie, z którego wywodzi się ambasador Beszłej (tzw. grupa Walendziaka), mianem "TKM". A przecież miało być inaczej. Ludzie premiera Buzka mieli zmienić obraz naszego życia politycznego. Odciąć się od PRL, ukazać jego cynizm i szkodliwość.
Pech chciał, że latem ubiegłego roku jeden z samochodów ambasady miał wypadek, ambasador uznał to za fatum i postanowił kupić własny pojazd, którym teraz wozi dzieci do szkoły. Szczęście w nieszczęściu.

(?)
Jan Bereta

PS. Dane nt. rachunków ambasady dostępne są na żądanie w MSZ.

 
Wyświetlony 7863 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.