wtorek, 07 grudzień 2010 13:41

Kto na Hrad?

Napisane przez

Jeżeli Republika Czeska ma mieć w ogóle jakiegoś prezydenta, który zajmie puste - od 2 lutego - miejsce na praskim Hradzie, to będzie musiało dojść prawdopodobnie do cudu albo do zmiany Konstytucji.

Parlament, któremu zgodnie z ustawą zasadniczą przysługuje przywilej wyboru nowej głowy państwa, już dwukrotnie nie był w stanie wywiązać się z tego zadania. O tym, że nie będzie to łatwe, wiadomo było z góry. Przecież podczas ostatniej elekcji prezydenta Vaclava Havla w 1998 roku o wszystkim zadecydował jeden jedyny głos. Właśnie wówczas przez przypadek w areszcie śledczym siedział poseł Sládek z Partii RepubIikańskiej, która ostro sprzeciwiała się ponownej elekcji Havla. Należy dodać, że pięć lat temu Havel nie miał żadnego godnego kontrkandydata, więc jego zwycięstwo było niemal pewne. Tym razem było inaczej ? po raz pierwszy od 1918 roku w Pradze nie było wiadomo, kto zostanie nowym lokatorem Hradu. Po erze pewniaków (Masaryk, Benesz i Havel) oraz prezydentów narzuconych przez partię komunistyczną parlament stanął w obliczu prawdziwej, demokratycznej i niepewnej co do rezultatu elekcji prezydenta.

Cudu nie było

W parlamencie (tzn. w połączonych izbach) minimalną większość ma centrolewicowa koalicja rządząca. Owa koalicja, w której są socjaldemokraci (ÈSSD), ludowcy (KDU-ÈSL) i liberałowie (Unia Wolności), już opanowała wszystkie ważne posady w państwie. Premierem jest socjalista Śpidla, przewodniczącym niższej izby parlamentu ? socjalista Zaorálek, senatem zaś kieruje ludowiec Pithart. Od powołania gabinetu Śpidly latem ubiegłego roku już kilkakrotnie mieliśmy do czynienia z lekkim kryzysem spójności koalicji, do której weszły przecież także nielewicowe partie. Przed wyborami prezydenckimi komentatorzy twierdzili, że tym razem koalicję czeka największy i zarazem najtrudniejszy sprawdzian. Na podstawie dotychczasowego przebiegu wydarzeń można stwierdzić, że egzamin ten partie rządowe oblały. Koalicja nie była w stanie zgłosić jednego wspólnego kandydata ? ÈSSD nie potrafiła zewrzeć szeregów, nawet kiedy chodziło o jednoznaczne wsparcie dla swojego kandydata. To, co się wydarzyło podczas pierwszej i drugiej tury na praskim Hradzie, można określić jako kompromitację elity rządzącej i moralne zwycięstwo opozycji.

Opozycja

Ta jest w Czechach dwojaka ? z lewej strony są to komuniści, a z prawej ? konserwatyści, czyli Obywatelska Partia Demokratyczna (ODS). Moralne zwycięstwo odnieśli jedni i drudzy. Komuniści wprawdzie niczego nie osiągnęli, wystawiając w pierwszej turze własnego kandydata, ale podczas kolejnych głosowań to o ich głosy zabiegali kandydaci, którzy pozostali na polu walki. To właśnie oni nagle stali się siłą, która ? gdyby chcieli ? mogłaby zadecydować o elekcji danego kandydata. Nie zechcieli. Być może zanadto podbijali swoją cenę, w każdym razie powstało zjawisko nadzwyczajne ? ich klub parlamentarny odwiedzali niemal wszyscy ? z prawej i z lewej strony, a komuniści po latach izolacji mogli odczuć co najmniej satysfakcję. Są ważni, ich znaczenie dostrzegają teraz wszyscy.
Zadowolony może być także honorowy przewodniczący ODS Vaclav Klaus, który pokusił się o coś, co zdaniem politologów i obserwatorów było pozbawione sensu. Kandydował na prezydenta pomimo niechęci elit politycznych do jego osoby. Co ciekawe, owe elity w tajnym głosowaniu powoli się łamały i Klaus zdobywał coraz więcej głosów także poza swoją partią, a tego się nikt nie spodziewał. Nie został prezydentem, ale ze wszystkich kandydujących był najbliżej. 24 stycznia, podczas drugiej elekcji zabrakło mu jedynie 14 głosów...

Przegrani

Socjaliści, dysponujący w parlamencie największą liczbą mandatów, popełnili błąd w taktyce i w ostatecznym rozrachunku znaleźli się w poważnym kryzysie. Do pierwszej tury wysłali byłego ministra sprawiedliwości Buresa, ale ten spośród 281 głosów uzyskał zaledwie 46, wypadł więc już w pierwszej rundzie, nie mając poparcia nawet wszystkich kręgów partyjnych... Ale wówczas, 15 styczna, największe szansę miał Petr Pithart, kandydat ludowców, polityk, który stara się być chyba najbardziej ugodową postacią na czeskiej scenie politycznej. Szedł wprawdzie ramię w ramię z Klausem, ale także przegrał. Rzecz w tym, że liczni socjaldemokraci (i nie tylko oni) głosowali na Klausa lub oddawali puste kartki, chcąc zablokować pierwszą turę. Chodziło o to, by odbyła się tura druga, gdyż w niej chciał wejść na scenę Milosz Zeman, były szef socjalistów, były premier, charyzmatyczny polityk, można powiedzieć ? ojciec sukcesu socjalistów. Wygrał on w ubiegłym roku wewnątrzpartyjne referendum na najlepszego kandydata prezydenckiego, ale zastrzegł, że wystartuje dopiero w "sytuacji kryzysowej", czyli w drugiej turze, gdy parlament nie będzie w stanie wybrać następcy Havla. Udało się.
Zeman wyruszył ze swej chaty w górach do Pragi i rozpoczął swoją kampanię. Wydawało się, że Czechy przeżywają coś w rodzaju objawienia się legendarnego rycerza, który wybawi naród w ciężkich chwilach. 24 stycznia w przepięknej Sali Hiszpańskiej na Zamku można było wyczuć olbrzymie napięcie. Zemanowi dawano większe szanse niż Klausowi, gdyż mógł on liczyć na poparcie komunistów ? sporo w tym kierunku zrobił, zapewniając ich m.in., że wciąż ważna uchwała ÈSSD o niepodejmowaniu współpracy z komunistami jest już dawno nieaktualna. Jeszcze zanim ogłoszono oficjalne wyniki pierwszej rundy, Zeman uciekł z Zamku. Najzwyczajniej w świecie uciekł, bo wyszło na jaw, że stało się coś nieprawdopodobnego ? nie przeszedł przez to podstawowe sito i po prostu przegrał nie tylko z Klausem, ale też z senatorką Moserową, kandydatką. Klubu Otwartej Demokracji, czyli garstki senatorów. Ten pogrom nie pozostanie zapewne bez konsekwencji. Jakkolwiek wybory były tajne, jest bardziej niż pewne, że na swego kandydata zagłosowała tylko mniejsza część socjalistycznych parlamentarzystów. Okazało się, że w najsilniejszej partii rządzącej trwa ostra walka i zarysowuje się coś w rodzaju rozłamu. W marcu partię socjalistów czeka zjazd i może być na nim gorąco. Bardzo gorąco...

Jeszcze raz

Partie rządzące chcą, by elektorzy w parlamencie dostali jeszcze jedną szansę. Prowadzą intensywne negocjacje w poszukiwaniu kandydata, którego zaakceptowałyby wszystkie partie, demokratyczne, czyli także ODS. Na giełdzie nazwisk jest już tłoczno, ale żaden z ewentualnych następców Havla nie chce się wprost opowiedzieć czy zechce walczyć o fotel prezydencki. Jeden z koalicyjnych przywódców, szef chadeków Cyril Svoboda, oświadczył w czeskim radiu, że celem jest teraz osiągnięcie absolutnej zgody, tak by przyszły kandydat miał pewność, że będzie miał głosy wszystkich. Zarazem zaznaczył, że nie może to być nikt z tych, którzy startowali dotąd, bowiem wszyscy przegrali. Ale ODS obstaje przy Klausie i daje do zrozumienia, że parlament powinien wreszcie usłuchać woli narodu, czyli znowelizować Konstytucję i przekazać sprawę wyboru nowego prezydenta obywatelom. Wiadomo dlaczego: według sondaży to właśnie Klaus zdobywa największe poparcie wśród Czechów.
Sytuacja jest lekko patowa. Po doświadczeniach dwóch głosowań raczej trudno uwierzyć w to, że znajdzie się ktoś, kto będzie w stanie oddać swój los w ręce niesolidnej, skłóconej koalicji rządzącej.
2 lutego zwolnił się praski Hrad, kompetencje prezydenckie przejmują przewodniczący izby poselskiej i premier. Na jak długo? Tego nie wie nilkt.

Vladimír Petrilák

Wyświetlony 7401 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.