niedziela, 19 grudzień 2010 17:08

Czarna apokalipsa (dokończenie)

Napisał

Ze względu na znikome wieści dochodzące do nas z Afryki, przefiltrowane dodatkowo przez "postępowe" środki masowego przekazu, warto wspomnieć na coraz częstszy sentyment, z jakim wspominają mieszkańcy Czarnego Lądu rządy kolonialne (wedle ostatnich badań pośród czarnych mieszkańców RPA, 36 proc. uważa, że – mimo pewnych nadużyć – zasady apartheidu były w istocie dobre. Ale jak to w demokracji bywa, ci sami ankietowani głosują na partię, która obaliła system).

By zobrazować skalę głupoty i okrucieństwa rządzących wyzwoloną Afryką, warto przedstawić czytelnikom ?Opcji? ich przedstawicieli. Wybór nie jest łatwy ze względu na ograniczenia objętościowe miesięcznika, jednak najbardziej klasycznym przykładem jest triada czarnych zbirów: Mugabe ? Amin ? Bokassa. Zdaję sobie sprawę, że pominięcie w tym niechlubnym panteonie gwiazd walki z kolonializmem takich postaci, jak Mandela, Obote, Nyerere czy Lumumba, jest merytoryczną nieścisłością, jest ona jednak wymuszona formą artykułu (Gdy Bóg da zdrowie, wydawcy pieniądze, a żona czas, to w przyszłym roku zasiądę do pisania książki na temat rzeźników Afryki).

Plejadę czarnych zwyrodnialców otwiera Robert Mugabe, prezydent eks-Rodezji, czyli dzisiejszego Zimbabwe. W ostatnich tygodniach mogliśmy dowiedzieć się ze środków masowego przekazu o ?niepokojącym rozwoju wypadków w Zimbabwe?. Informacja ta podawana była raczej jako ciekawostka, na końcu serwisów informacyjnych, wpleciona między kolejny ślub supergwiazdy a fenomen przyjaźni kota ze szczurem w Tajlandii. Polityczna poprawność nakazuje dziennikarzom raczej niechętnie zajmować się tą sprawą, no bo jak tu krytykować Demokratyczny Ruch Wyzwolenia Afryki, walczący z byłym rasistowskim białym ciemięzcą kolonialnym. Niezbyt przystoi nazwać nieudolne rządy Roberta Mugabe wzorcowym przykładem powiązania głupoty despotyzmu i socjalizmu. ?Wybitni znawcy? Afryki zastanawiają się, czym tłumaczyć postępowanie kolejnych krwawych watażków komunistycznych, wykształconych na najlepszych uczelniach świata, doprowadzających swe kraje do kompletnej ruiny. Odpowiedzi na to pytanie szukają, niestety, błędnie: w historii kolonializmu. Odpowiedź bowiem jest nieco inna. Należy jej szukać raczej w procesie dekolonizacyjnym. Wystarczy przyjrzeć się ?demokratycznym rządom Roberta Mugabe?.
Robert Gabriel Mugabe jest absolwentem Uniwersytetu Fort Hare w Południowej Afryce, gdzie dał się poznać jako działacz zafascynowany ideologią marksistowsko-leninowską (do dzisiaj lubi, gdy tytułuje się go: ?towarzyszu?). W roku 1963 wstąpił do Afrykańskiego Narodowego Związku Zimbabwe (ZANU), organizacji uznanej przez ówczesne władze Rodezji za nielegalną, dlatego też w latach 1964-1974 był wielokrotnie więziony i internowany. Po roku 1974 wyjechał do Londynu, gdzie ukończył studia prawnicze. W wyborach w 1980 r., występując już jako przywódca ZANU, zdobył większość głosów i otrzymał misję sformowania gabinetu. Lewicowe wykształcenie, zdobyte na ?renomowanych uczelniach Europy Zachodniej?, niebawem miało zaowocować. Od powrotu do Zimbabwe i przejęcia władzy ? dla kilkudziesięciu tysięcy białych farmerów rozpoczęło się makabryczne oczekiwanie.
Ostanie ?niepokojące doniesienia z Zimbabwe? to nic innego jak nakaz prezydenta zmuszający wszystkich białych farmerów do północy 8 sierpnia opuścić ziemię, którą ich rodziny uprawiają często od wielu pokoleń. Wszelki sprzeciw nakazowi prezydenta karany będzie w najlepszym wypadku więzieniem i wysoką grzywną. Prawie trzy tysiące białych farmerów w Zimbabwe ma przekazać ziemię nowym ? czarnym ? właścicielom. Ziściła się zapowiedź prezydent Mugabe sprzed dwóch lat, gdy obiecał swoim wyborcom redystrybucję farm odebranych białym. Sprawa nie jest nowa, już w maju bowiem przyjęta została ustawa, która dała 2.900 białym farmerom 45 dni na zakończenie prac i kolejne 45 dni ? upływające o północy 8 sierpnia ? na opuszczenie swojej ziemi, aby mogli ją zająć czarni osadnicy. Jednak na terenie Zimbabwe już od roku mamy do czynienia z aktami bestialstwa. Wspierani przez rząd weterani wojny domowej jeszcze przed wywłaszczającym dekretem prezydenta zajęli ponad tysiąc farm. Przy okazji ?reformy rolnej? zamordowali kilkunastu białych farmerów, zgwałcili zbiorowo dziesiątki białych kobiet i pobili kilkudziesięciu farmerów.
Prezydent Mugabe całą akcję nazywa jedynie ?programem reformy rolnej?. Tegoroczne przemówienia Mugabe utrzymane są w iście komunistycznej retoryce, dowiedzieć się możemy, że ?reforma rolna? ochroni czarnych mieszkańców Zimbabwe przed bezwzględnymi białymi producentami, którzy kontrolują całą gospodarkę kraju. Mugabe całą akcję wywłaszczania tłumaczy ?sprawiedliwym gniewem ludu?. Jednakże mało kto w Zimbabwe zadaje sobie pytanie, co będzie dalej. Terror i zajmowanie siłą plantacji należących do białych osadników doprowadziły do międzynarodowej izolacji Zimbabwe. Jeszcze kilkanaście lat temu Rodezja, obok RPA, była najbardziej dynamicznie rozwijającym się krajem Afryki. Rodezja to kraj o niebywałej historii, gdy powstawał w roku 1890, formował się jako własność prywatna słynnego eksploratora złota Cecila Rhodesa. Kraj ten, mimo embarga międzynarodowego, potrafił stworzyć dwa nowoczesne miasta (Salisbury i Bulawayo), dobrze rozwiniętą sieć dróg oraz kolei (obsługiwał połączenia z RPA i Zambią), świetnie funkcjonującą telekomunikację oraz doskonale rozwinięty przemysł.
Ze względu na międzynarodowe embargo nałożone przez ONZ, jako kraj apartheidu, Rodezja zmuszona była wytwarzać większość produktów sama. To właśnie potrzeba substytucji dóbr dotychczas sprowadzanych z krajów zachodnich oraz rządy Iana Smitha wpływały stymulująco na rozwój gospodarki oraz powstawanie nowych gałęzi przemysłu (takich jak produkcja serów, wina czy turystyka). Pod rządami białych kolonizatorów do rządu brytyjskiego docierały z Rodezji narzekania, że najbardziej doskwiera brak... piłeczek golfowych i suwaków do męskich spodni. I wbrew potocznej opinii nie było to stanowisko tylko białej mniejszości. Gospodarstwa rolne były dobrze rozwinięte i wydajne, dawały pracę tym, którzy chcieli pracować. Czarni obywatele Rodezji, jak na standardy afrykańskie, byli dobrze wykształceni. Mało kto wie, że ponad 3/4 czynnych zawodowo Rodezyjczyków stanowili czarni, od przemysłu po administrację. Czarni stanowili też ogromny odsetek wśród funkcjonariuszy policji i sił zbrojnych. W kraju tym, w odróżnieniu od RPA, nie istniały czytelne granice segregacji rasowej, a czarni mieli prawa wyborcze (warunkiem była wiedza, na kogo się głosuje, weryfikowana w postaci cenzusu wykształcenia). Wodzowie plemienni mieli możliwość wydelegowania 10 swych członków do 23-osobowej izby parlamentu. Rodezja miała także stały wzrost PBK na poziomie 6 proc. Jednak w 1980 roku (także ze względu na dekolonizatorskie naciski płynące z Europy i USA) biały przywódca kraju Ian Smith oddał władzę wyłonionemu w wolnych wyborach czarnemu rządowi opozycyjnemu. Biali Rodezyjczycy, przeczuwając, co się stanie, masowo zaczęli opuszczać kraj. Pozostało jedynie ok. 50 tys. białych.
Od tego czasu kraj zaczyna pogrążać się w gospodarczą katastrofę. W ciągu kolejnych lat zamordowano wielu zwolenników i działaczy czarnej opozycji, a także białych plantatorów i właścicieli fabryk. W czasie opozycyjnych demonstracji broniących własności prywatnej bojówkarze rządzącej partii wyciągali białych z tłumu i bili ich do nieprzytomności. Mugabe, widząc swą impotencję ekonomiczną, szukał kozła ofiarnego, tak więc zachęcał bandy, rekrutujące się głównie z biedoty, do rebelii, przekonując, że zimbabwańscy biali to wrogowie publiczni, winni wszystkich nieszczęść kraju, tłumaczył, że przez białych kolonialisto-rasistów czarna większość żyje w niedostatku i biedzie. Osaczeni biali osadnicy, właściciele większości żyznych gruntów przenosili się do dużych miast. Kraj pogrążał się w chaosie.
Od 1984 roku Mugabe buduje ?afrykański model socjalizmu?. Stwarza tak dobrze nam znany system bloku monopartyjnego, z takimi organami jak: Komitet Centralny i Biuro Polityczne. Pierwszym sekretarzem zostaje, oczywiście, Mugabe. W 1987 r. kolejne zmiany w konstytucji zamieniają urząd premiera na fotel prezydenta z nieograniczonymi praktycznie przywilejami. Socjalistyczne majstrowanie przy gospodarce, wspierane przez ekspertów z ZSRR i Kuby, jak zwykle przynosi efekty w bardzo krótkim czasie. Szkody, jak to w socjalizmie bywa, nie dotknęły wszystkich. Mugabe podwyższa pensje urzędnikom państwowym, wojsku, ministrom, a najwięcej samemu sobie. W kraju pogrążającym się w katastrofie gospodarczej na ślub ze swoją byłą sekretarką Grace, młodszą o 40 lat, prezydent wydaje trzy miliony dolarów. Ten przedstawiciel ciemiężonego narodu jeździ opancerzoną limuzyną, chodzi w szynelach z gronostajów (mimo upałów) i mieszka w luksusowej rezydencji przypominającej twierdzę (oficjalnie dodaje, że oprócz tego ma jeszcze dwa rancza ?darowane mu przez wdzięczną społeczność białych farmerów?).
Po rządach Smitha pozostał plan wierceń, mających zaopatrzyć chłopskie gospodarstwa w wodę pitną, jednak fundusz pomocy finansowej zawłaszczyli dygnitarze na budowę luksusowych rezydencji dla rządowej kliki (skorzystali, między innymi: siostra prezydenta Mugabe, jego nowa żona, komisarz policji i inni partyjni działacze). W połowie 1997 roku Mugabe podjął dwie katastrofalne decyzje, kazał każdemu z 55 tysięcy byłych partyzantów wypłacić po 4 150 dolarów USA. W Zimbabwe była to niewyobrażalna fortuna. Mimo braku w budżecie obiecał weteranom także dożywotnią rentę. Problem braku funduszy rozwiązał na wzór socjalistyczny: wprowadził 5% dodatkowy podatek od dochodów oraz drastyczne podniósł podatek od sprzedaży paliw (ostatnie wieści mówią o 76-procentowych podwyżkach w ciągu 27 dni!). Jak to bywa w takich przypadkach, ceny żywności poszły w górę. Kolejnym krokiem, kupującym poparcie licznych weteranów wojny domowej, było w 1997 roku ogłoszenie przez prezydenta listy 1 471 gospodarstw należących do białych, które mogą przejąć weterani wojny domowej. W tej atmosferze większość białych ucieka do Australii i Nowej Zelandii (najczęściej bez majątku, bo Mugabe zabronił wywożenia zarówno majątku, jak i gotówki).
Obecnie w Zimbabwe tylko jedna trzecia ludności ma pracę (średni zarobek miesięczny nie przekracza 40 USD), szaleje inflacja, kraj pustoszy epidemia AIDS (co trzeci 15-latek nie dożyje tam czterdziestki), budżet ochrony zdrowia nie istnieje, wiele szpitali i klinik zdewastowano, a z powodu braku personelu służba zdrowia praktycznie nie istnieje, wskutek zaprzestania szczepień wracają takie choroby jak malaria. Zaczyna brakować benzyny, energii i podstawowych produktów żywnościowych, a zdobycie leków staje się praktycznie niemożliwe. Staje produkcja w fabrykach. Kraj powoli ogłasza stan bankructwa. W ubiegłych tygodniach w szwedzkich gazetach organizacje humanitarne apelowały ponownie o pomoc dla głodujących w Zimbabwe. Margaret Dongo, która podczas wojny domowej walczyła w partyzantce przeciw rasistowskiemu rządowi Iana Smitha, wyznała ostatnio w wywiadzie udzielonym jednemu z południowoafrykańskich dzienników, że czarnym zdecydowanie lepiej się powodziło pod rządami kolonialnymi, wtedy przynajmniej mieli co jeść.
Farmy w większości ograbiono, dewastując maszyny rolnicze i paląc domy. (Telewizja BBC ukazywała weteranów wojny domowej, dzielących na zdewastowanej farmie traktor ?po równo?, czyli wedle scenariusza: ty bierzesz skrzynię biegów, ty fotel, a ja karoserię i szybę, śruby zostawiamy dzieciom... Już teraz wiadomo, że żyzne, dające pracę i żywość farmy zdewastowane i spalone są bezużyteczne.
Eksperci uważają że kraj pozostawiony sam sobie (bez racjonalnych rządów, gospodarki, infrastruktury, kadry, szpitali, fabryk, szkół) najdalej za dwa lata pogrąży się w biedzie, podobnie jak Sudan czy Etiopia. Nastąpi to za dwa lata, gdy mieszkańcy Zimbabwe zjedzą resztki bydła, ocalałe z pogromów białych plantacji. Relacje z Zimbabwe traktowane są w mediach europejskich jako egzotyczna ciekawostka. Wszyscy tropiciele fanatyzmu, ksenofobii i rasizmu nie zwracają uwagi na skrajny rasizm panujący w Zimbabwe. Ani Akcje Humanitarne, ani Amnesty International, ani najbardziej zagorzali tropiciele dyskryminacji nie chcą po prostu widzieć tego problemu.
Pokusa silnej i niczym nieograniczonej władzy drzemała i drzemie w ludziach zawsze. Lecz dopiero procesy dekolonizacyjne sprawiły, że można je było w pełni zrealizować. Przykładem jest samozwańczy cesarz Afryki Centralnej ? Jean Bedel Bokassa. Ten były żołnierz armii francuskiej marzył zawsze, by być tak wielkim jak Napoleon (stąd jego późniejsza koronacja, wzorowana na koronacji cesarza). Bokassa, dokonując zamachu stanu, mianował się dożywotnim prezydentem jednego z 20 najbiedniejszych państw świata ? Republiki Środkowoafrykańskiej, którą zmienił w cesarstwo. Jednak sama zmian nazwy w niczym nie pomogła. W tym jednym z najbiedniejszych państw Afryki Bokassa, nękany manią wielkości, urządził ceremonię koronacyjną za jedną piątą budżetu kraju. Siadł na ogromnym pozłacanym tronie w kształcie orła, o rozpiętości skrzydeł 4,5 metra, mającym 900 złotych piór, a w koronie ? dwa tysiące diamentów. Płaszcz koronacyjny Bokassy miał długość 20 metrów, wyszywany był w złote pszczoły (insygnia Bonapartego) oraz wysadzany był licznymi brylantami. Na samą koronację stworzono specjalny most powietrzny z Paryżem, z którego przerzucono do tego nędznego kraju orkiestrę, zawodowych kelnerów, potrawy, szampany, sztuczne ognie i tony kwiatów. Sprowadzono też na miesiąc przed koronacją najznakomitszych krawców, którzy uszyli 5 tys. kostiumów dla szambelanów, stangretów i służby obsługującej uroczystość. Sprowadzono też kopię powozu cesarskiego, wykonaną na tę okazję, oraz najprzedniejsze konie z Normandii (które zdychały pod równikowym słońcem). Bokassa na wzór Bonapartego sam się koronował, po czym włożył insygnia władzy na skronie swej żony (agentki rumuńskiej). Koronę nowo mianowanego Cesarza Republiki wieńczył 138-karatowy diament. Cała intronizacja kosztowała Republikę 30 milionów dolarów. Była także grobem państwa.
Bokassa, widząc, że kraj umiera, zaczął gromadzić resztki pieniędzy na prywatnych kontach. Kosztem poddanych zgromadził 25 mln dolarów, o których nie powiedział nawet żonie. Poprzez swoją firmę wywoził do Francji drogie kamienie, kość słoniową i heban.Wydawał najwięcej ze wszystkich dostojników państwowych świata w jednym z najbardziej ubogich zakątków ziemi. Owładnięty manią wielkości Bokassa był też zwykłym zbirem. Liczba ofiar, które mu udowodniono, to kilka tysięcy, podejrzewano go także o kanibalizm. Najbardziej spektakularny, i makabryczny zarazem, był rozkaz zamordowania ponad setki licealistów strajkujących w 1979 roku, którzy nie chcieli nosić mundurków szkolnych wyprodukowanych w fabryce jego żony. Bokassa sam uczestniczył w tej masakrze, rozwiązanej na modłę afrykańską, czyli za pomocą kijów i maczet.
(...)
Roman Konik
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Wyświetlony 7256 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.