niedziela, 19 grudzień 2010 21:13

Do Europy przez biurokrację

Napisane przez

Polska jest coraz bliżej członkostwa w Unii Europejskiej. Ale też coraz więcej pytań zadają sobie obywatele przed zbliżającym się referendum, a nastroje społeczne badane przez zajmujące się tym instytucje przypominają huśtawkę. Filoeuropejczycy i eurosceptycy prześcigają się we wzajemnym przekonywaniu, więcej jest jednak w dyskusji emocjonalnych stereotypów niż faktograficznie udokumentowanych argumentów.

Temperaturę podgrzewają doniesienia prasowe z toczących się negocjacji akcesyjnych ? raz donosząc o niewykorzystaniu przez Polskę funduszy pomocowych, innym razem o krzywdzącym potraktowaniu polskich rolników poprzez propozycję przyznania im zaledwie ćwierci dopłat, które otrzymują wspólnotowi farmerzy. Z jednej strony mami się społeczeństwo olbrzymimi kwotami pochodzącymi z funduszy strukturalnych, z drugiej ? straszy kosztami składki członkowskiej Unii Europejskiej, które są ponoć wyższe od przyznawanych dotacji unijnych. Warto więc obiektywnie przyjrzeć się zagadnieniu i ? odrzucając entuzjazmy i fobie ? zważyć na szalach możliwe korzyści i szkody wynikające z integracji Polski z Unią Europejską.

 

Golem wymknął się spod kontroli
 
Unia Europejska jest swoistą federacją państw, zatem nie może funkcjonować jak normalne państwo: Parlament Europejski nie jest więc ?normalnym? parlamentem w naszym rozumieniu tego pojęcia, a Komisja (nazywana często złośliwie ?superrządem?) nie pełni roli ?prawdziwego? rządu, chociaż obie te instytucje są organami nadrzędnymi w stosunku do ich odpowiedników w państwach członkowskich. Jednakże właśnie w tym momencie rodzą się wątpliwości co do opanowania stworzonego biurokratycznego golema, który wymknął się spod kontroli. Albowiem parlamenty narodowe nie są w stanie kontrolować tego, co w Brukseli czynią reprezentanci rządów narodowych i członkowie Komisji Europejskiej. Dlatego traktaty (z Maastricht i Nicei) próbują umocnić rolę Parlamentu Europejskiego kosztem Komisji. Sam Parlament zresztą wykorzystuje każdą okazję do zwiększenia swojego wpływu, również dlatego, że zbyt silna pozycja Komisji Europejskiej nie leży w interesie państw członkowskich (a raczej ich rządów i parlamentów).
Z kolei nikomu nie zależy na dyskredytacji samej idei Zjednoczonej Europy z powodu wybuchającej nagle afery (tak jak w 1999 roku, kiedy to cała Komisja pod przewodnictwem Jaquesa Santera została zmuszona do ustąpienia pod zarzutem korupcji). Dlatego też zwiększa się rola Parlamentu Europejskiego jako ciała współustawodawczego (wraz z Radą Ministrów, co swoją drogą też stanowi swoisty dziwoląg!). Parlament ma też własne kłopoty: posłowie kursują między Strasburgiem, Brukselą (w której mieści się Komisja Europejska i odbywają się posiedzenia komisji parlamentarnych) i Luksemburgiem (gdzie znajduje się Sekretariat Parlamentu). W dodatku w każdym państwie członkowskim obowiązuje inna ordynacja wyborcza, a posłowie zrzeszają się nie w kluby narodowe, a ideologiczne frakcje: socjalistów, chadeków, liberałów ? choć podczas głosowań klucz narodowy nieraz bierze górę nad kluczem ideologicznym.
 
Kulawa Konstytucja
 
Funkcje parlamentów narodowych nie przekładają się na Parlament Europejski (i odwrotnie), tutaj też tkwi kolejny problem: polska Konstytucja głosi od niedawna (artykuły 90 i 91) prymat aktów międzynarodowych nad polskimi aktami prawnymi, przewiduje prawo Trybunału Konstytucyjnego do oceny zgodności krajowego ustawodawstwa z umowami międzynarodowymi, ale milczy o możliwości oceny zgodności umów międzynarodowych z polską Konstytucją!
Polski rząd zatem przystępując do Unii Europejskiej nie będzie miał możliwości (przewidzianej np. w ustawodawstwie niemieckim) kontroli, czy decyzje podejmowane w Brukseli nie wychodzą poza ramy zakreślone w Konstytucji RP. Post factum pozostanie mu jedynie skarga do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości na ewentualną niezgodność danego aktu z Traktatem Europejskim (ale nie z Polską Konstytucją!). Eurosceptycy podnoszą ten argument jako koronny, można mieć tylko nadzieję, że przedstawiona sytuacja jest czysto hipotetyczna.
 
?Dobro wszystkich?, czyli czyje?
 
Pod największym obstrzałem opinii publicznej znajduje się Komisja Europejska. Nie jest ona wprawdzie aż tak zbiurokratyzowana, jak się to czasem niechętnie przedstawia (zatrudnia ona 19 tysięcy urzędników, co nie dorównuje aparatowi żadnego z państw członkowskich), jednak prawdą jest, że komisarze nie są reprezentantami krajów, z których pochodzą ? w traktatach znalazły się nawet zapisy o zakazie zasięgania opinii i przyjmowania poleceń od instytucji państw Unii, oraz troska ?o ogólnoeuropejskie dobro wszystkich?. Mimo to państwom członkowskim zależy na posiadaniu ?własnych? komisarzy ? ze względu na prestiż i symbol wpływu na sprawy europejskie oraz źródło informacji, kontaktów i możliwości protekcyjne w unijnym aparacie biurokratycznym. Albowiem o ile budowa samej Komisji Europejskiej jest przejrzysta, o tyle jej aparat biurokratyczny rządzi się bardzo niejasnymi prawami.
Podległy danemu Komisarzowi Dyrektor Generalny nie może pochodzić z tego samego kraju, z innego (niż Dyrektor) musi pochodzić jego zastępca. Komisarze i ich gabinety pochodzą z klucza politycznego, pod sobą mają jednak tak zwane dyrekcje generalne, które są programowo apolityczne i na które Komisarze nie mają praktycznie wpływu. Powstały w ten sposób aparat jest mało sterowny (ze względu na tworzone ?prywatne księstwa? Dyrektorów Generalnych), bo komisarze nie panując nad swoimi aparatami odpowiadają równocześnie za ich błędy.
Oczywiście, nie istnieje idealny aparat władzy, nie do końca jest jednak słuszna teza o nietypowości Komisji ? aż korci porównanie do przeprowadzonej w Polsce kilka lat temu reformy administracji publicznej szczebla centralnego z politycznymi gabinetami ministrów i apolitycznym dyrektorem generalnym z podległymi mu urzędnikami. Czy jednak model ten nadawał się do mechanicznego zastosowania, skoro sami obywatele Unii Europejskiej widzą jego mankamenty, a budujące go traktaty są odzwierciedleniem w danym momencie stanu integracji aktualnego do reformy w następnym traktacie? O paradoksie ? w Polsce system ten funkcjonuje mniej korupcjogennie tylko dzięki temu, że każdorazowo nowa ekipa zmienia ? pod jakimkolwiek pozorem ? dyrektorów generalnych ministerstw, wstrząsając nieco podległą im ?masą biurokratyczną? ministerstw.
cdn.
Grzegorz Jan Grabski
Wyświetlony 10368 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.