poniedziałek, 20 grudzień 2010 22:56

Jan Baptysta kontra popytowcy

Napisał

Bardzo często wiele osób powtarza, że przyczyną obecnego kryzysu, a także większości ich przypadków w przeszłości, jest spadek popytu. Ludzie nagle tracą chęć do kupowania, zaczynają jak ?sknerusy? chować pieniądze do kieszeni, nie kupują, biznesy upadają. Przestają opłacać się inwestycje, mnożnikowy efekt sprawia, że gospodarka podąża spiralą na samo dno. Samonakręcająca się przepowiednia niszczy wolny rynek, a wszystkiemu winny spadek popytu. A może jednak nie...?

Takie myślenie nie było powszechne w historii myśli ekonomicznej aż do lat trzydziestych i czasów Wielkiego Kryzysu. Powyższe dziwaczne wywody są skutkiem demolki intelektualnej, jaką zaaplikował w trudnych czasach John Maynard Keynes, jeden z najważniejszych ekonomistów w historii świata, jeśli nie najważniejszy. Zapewne nie z punktu widzenia samej nauki i poznawania ludzkiego działania. Na pewno najważniejszy, gdy rozpatrzymy jego rolę w stworzeniu konsumpcyjnego społeczeństwa, wynalezieniu inflacji, zjawiska w kapitalizmie niespotykanego, zniszczenia anglosaskiej cnoty oszczędzania, rozrostu aparatu rządowego do rozmiarów niewyobrażalnych. To wszystko, a nawet znacznie więcej zawdzięczamy właśnie J.M. Keynesowi.

Zwolennikiem teorii konsumpcyjnej jest Aleksander Jędraszczyk, który w poprzednim numerze ?Opcji? (?Kakokracja?) stwierdził, że w Polsce jest za mały popyt, co pogrąża biznes. Nie jest to stwierdzenie oryginalne ani wcześniej niespotykane. Wprost przeciwnie ? ta teza jest ciągle powtarzana przez wielu ekonomistów, głównie związanych z władzą państwową. Witold Orłowski niedawno uznał, że z ?tłumieniem popytu przeholowaliśmy?. Tak samo lub bardzo podobnie do sprawy podchodzą Leszek Miller, Marek Belka, Stanisław Gomułka, z pewnością PSL-owcy i wielu innych. Z początku sama teoria wydaje się bardzo słuszna: kryzys musi wynikać z tego, że popyt spada i nie chcemy kupować ? pogrążamy zatem cyrkulację pieniądza, osłabiamy koniunkturę, schładzamy gospodarkę. Czytelnik nie będzie mieć zbyt dużych kłopotów z wyszukaniem kilku innych ekonomicznych terminów powtarzanych przez profesorów uparcie utrzymujących, że popyt jest za niski.
 
Niestety, ta teoria nie wytrzymuje logicznej analizy. Czteroletnia Kasia, zapytana, jak dużo chciałaby mieć, odpowiedziała mi, że tak dużo, jak to tylko możliwe. Brawo, Kasiu! Popyt ludzi jest nieograniczony. Człowiekowi nigdy dość, człowiek nigdy nie wpadnie w stan nirwany, bo jeśli by się tak zdarzyło, to chyba musiałby się zdematerializować. Popyt to innymi słowy zapotrzebowanie ludzi na dobra, usługi, towary, rozrywkę, edukację, kulturę, odpoczynek itd. Czy ktoś z nas może spokojnie odpowiedzieć, że popyt może w ogóle spaść? Oczywiste jest to, że popyt jest rzeczą nieograniczoną. W porządku ? jak zatem ekonomiści, keynesiści i inne osoby mogą lansować teorię, że popyt jest za niski lub popyt spada?
 
Tutaj dochodzimy do sedna sprawy. Aktywistom-popytowcom chodzi o tzw. popyt efektywny. Czyli nie o to, co chcę kupić, ale o to, co jestem w stanie kupić. Sam popyt jest rzeczą nieograniczoną, ale świat, w jakim żyjemy, to Ziemia, na której bogactwa naturalne są ograniczone. Stąd bierze się wszelka potrzeba działalności gospodarczej i racjonalnego sposobu wykorzystania źródełek, które wysychają, kwiatów, które więdną, dni, które się kończą, kopalń, które mają swoje dna. Wracając do tego efektywnego popytu (?uwielbiam? te ekonomiczne terminy ? pozwalają się ogradzać wykształconym ekonomistom od reszty społeczeństwa i mówić o ?spadku popytu?, ?nakręcaniu koniunktury? itp.). Bierze się on z podaży. Mówił o tym Jan Baptysta Say, który dwieście lat temu nauczył już nas, że popyt spaść nie może. Wytłumaczmy krok po kroku, o co chodzi.
 
Wiemy, że popyt jest nieograniczony i zawsze chcemy posiadać znacznie więcej, niż w danym stanie przyszło nam się delektować. Jednakże, aby nabyć jakieś dobra, muszę najpierw samemu coś wyprodukować. Mój popyt na dobra materialne jest nieskończony i chciałbym ich mieć nieskończenie dużo, ale przecież nie nabędę ani jednego, jeśli najpierw sam nie zaproponuję czegoś na rynku. Tym sposobem wpadam na genialny pomysł tańczenia na ulicach i zarabiania pieniędzy jako wędrowny tancerz. Ludzie wrzucają do mojego kapelusza grosze i złotówki. Podażą w tym przypadku jest mój taniec ? oferuję ludziom swoje wyczyny taneczne, za które oni płacą mi swoimi pieniędzmi. Kiedy już uzbieram jakąś pokaźną sumkę, mogę udać się do sklepu i kupić pralkę, lodówkę, telewizor, książkę, w zależności od tego, czy mnie będzie na to stać.
Zanotujmy wyraźnie. Pieniądze wkładane przez ludzi do kapelusza to mój popyt efektywny, czyli podaż, jaką udało mi się sprzedać. Sam popyt jako taki (czyli potrzeba posiadania dóbr) jest nieograniczony. Natomiast popyt efektywny jest ograniczony podażą. To jest właśnie kwintesencja prawa Jana Baptysty Saya, francuskiego klasyka liberalizmu. Podaż zawsze wyprzedza popyt. Produkcja zawsze musi poprzedzić konsumpcję. Najpierw pojawia się przedsiębiorca, a dopiero za jakiś czas konsument. Podsumujmy więc, co do tej pory ustaliliśmy. Popyt jako taki jest zapotrzebowaniem ludzi na dobra i usługi, nie może zatem spaść, bo żyjemy w świecie, gdzie cały czas idziemy do przodu i poprawiamy swoją stopę życia. Popyt efektywny zaś, czyli to, ile faktycznie kupujemy, jest zależny od podaży, czyli od wcześniejszej produkcji, jaką zaoferowaliśmy na rynku. Tym sposobem popyt piekarza na telewizor, zależy od tego, ile wyprodukował wcześniej chleba i ile udało mu się sprzedać.
 
Wróćmy teraz do tezy jaką stawiają popytowcy, Witold Orłowski, Grzegorz Kołodko, a także nasz autor Aleksander Jędraszczyk. W czasie kryzysu gospodarczego spada popyt i pogarsza się produkcja ? są to niewątpliwie dwie zauważalne rzeczy w trakcie recesji. Jednakże jeśli przyglądniemy się naszym powyższym wnioskom, to stwierdzimy, że popyt efektywny (możliwość kupowania dóbr na rynku) może spaść tylko i wyłącznie... gdy wina jest po stronie podaży! Jeśli spadł popyt efektywny, oznacza to ni mniej, ni więcej, że wina jest po stronie produkcji ? nie jest ona w stanie usatysfakcjonować klientów. Albo nie ma odpowiedniej produkcji, albo nie trafia ona w gusta odbiorców. Dlatego też winy należy szukać nie w małym popycie, a w złej produkcji. Tak skrótowo przedstawiłem Państwu zasadniczą różnicę między wolnorynkowcami a Keyensistami.
Żeby mieć pewność, iż jestem zrozumiały, odwołam się do przykładu kraju Trzeciego Świata, który często z powodzeniem może być stosowany jako przykład, na którym łatwo się wyjaśnia rozumowanie z ekonomicznym sensem. W krajach tych codziennie z głodu umiera wiele osób. Popytowiec stwierdzi: ludzie za mało jedzą, popyt jest za mały. Podażowiec stwierdzi, owszem, oczywiste jest to, że ludzie mało jedzą. Oczywiste jest to, że ludzie muszą jeść więcej. Jednakże, żeby więcej jeść, trzeba więcej produkować. Jeśli namówi się tam ludzi do natychmiastowego przejadania więcej i więcej tego, co posiadają, to nie poprawi dobrobytu. Wprost przeciwnie ? przyczyni się do większego marnotrawstwa. Popyt jest nieograniczony, więc nie zawiedzie ? podaż, która jest nieograniczona, zawieść może, gdyż prawdopodobne jest jej złe wykorzystanie. Komu Państwo przyznacie rację? Temu, który twierdzi, że w Afryce za mało się je, czy temu, który stwierdzi, że mało się je, bo mało się produkuje? Na marginesie dodam tylko, że tutejszych wywodów nie należy, oczywiście, interpretować w drugą stronę: jakoby ważniejsza miałaby być produkcja, a konsumpcja się nie liczy. Na wolnym rynku jedno z drugim musi współgrać. Nie można ani sztucznie stymulować podaży (dotacje), ani popytu (dodruk pieniądza, co zalecał Aleksander Jędraszczyk, ale o tym za chwilę).
 
Powinienem także odpowiedzieć na pytanie, jakie nasuwa się natychmiast: jakim cudem udało się zdemolować naukę ekonomii panu Keynesowi i wtłoczyć do współczesnych podręczników tezę, że popyt może spaść, skoro już dwieście lat wcześniej wyjaśnił nam tę kwestię Jan Baptysta Say? Odpowiedź jest bardzo prosta ? doszło do tego w wyniku manipulacji i zafałszowania pojęć. Jan Baptysta powiedział: ?podaż stwarza popyt?. Chodziło mu o to, że podaż dobra A stwarza popyt na dobra B, C, D, E... itd. Producent jajek, sprzedając je na rynku, stwarza automatycznie swój popyt efektywny na inne dobra. Keynes zaś nie zrozumiał, o co chodziło klasykowi, i uznał, że prawo Saya oznacza ?podaż stwarza popyt na siebie?. Czyli doprowadził do zupełnej perwersji: podaż dobra A ma niejako automatycznie stwarzać popyt na to dobro. Już sam fakt produkowania jajek miał oznaczać, że będzie na nie popyt.
 
Horrendalny błąd Keynesa sprawił, że powiedział rzecz w zasadzie interpretowalną w każdą stronę: ?popyt stwarza podaż?. Niestety, miało to charakter zaprzeczenia prawa Saya. Częściowo Keynes miał rację, bo oczywiste jest to, że podaż, jaka powstanie, musi być skierowana na konsumpcję. Schematycznie obraz wygląda tak:
szacowany popyt konsumenta > zaproponowana podaż > sprzedana podaż > popyt efektywny
Przedsiębiorca musi ocenić, zaryzykować w niepewnym świecie, szacując, ile kupią jego produktów konsumenci. Rzeczywiście patrzy się na preferencje, ale popyt efektywny, który jest istotny, zależy od tego, co z sukcesem wprowadziło się na rynek. Bardzo trafnie podkreślił to George Gilder w ?Bogactwie i ubóstwie?. Prawo Saya mówi: ?daj, a będzie ci dane?. Keynes zaś wszystko zniszczył, mówiąc: ?bierz, a będzie ci dane?, a prawo Saya zinterpretował jeszcze gorzej: ?daj, a na pewno wezmą?.
 
Podstawą funkcjonowania gospodarki jest stare klasyczne prawo Saya: ?daj, a będzie ci dane?. Zaoferuj coś, a coś dostaniesz w zamian. Popraw komuś dobrobyt, a ty na tym także zyskasz (handel ? grą, na której korzystają obydwie strony).
Ktoś może sobie pomyśleć, że jestem wariatem wchodząc w takie dywagacje, ale jest to podstawa, której sprecyzowanie automatycznie prowadzi do wyboru odpowiednich poglądów gospodarczych. Podażowcy mówią, że trzeba stworzyć dogodne warunki dla strony podażowej, aby gospodarka się rozwijała. W skrócie: należy obniżać podatki, nie utrudniać dostępu do rynku, nie manipulować pieniądzem, likwidować biurokrację i kodeks pracy etc. Wtedy gospodarka ruszy z miejsca, opłacalne będzie oszczędzanie, czyli akumulacja kapitału, obecnie głównie ograniczana przez szereg podatków. Wtedy poprawi się stan finansowy przedsiębiorstw i dobrobyt społeczeństwa. Budżet państwa jest przeszkodą, bo konfiskuje bogactwo obywateli i uniemożliwia rozwój.
 
Popytowcy mają inne koncepcje. Popytowiec trzyma się popytu, zamiast zauważyć, że wina jest po stronie podaży (która kuleje przez regulacje państwowe). Jak można stymulować popyt na przekór podaży? Wystarczy drukować pieniądze! To właśnie zalecił nam w zeszłym numerze Aleksander Jędraszczyk (przynajmniej ? w przeciwieństwie do innych popytowców ? tego nie ukrywa). Sugeruje jednocześnie, że ?ilość pieniądza w obiegu? jest niska. Porównuje ją do deszczu, którego brakuje polskiej glebie. Ten deszcz (dodruk pieniądza) miałby wspomóc przedsiębiorstwa i kulejącą gospodarkę. Jest kryzys? Bank Centralny ma po prostu wtłaczać dodatkowe pieniądze, abrakadabra i od razu będzie poprawa. Aleksander Jędraszczyk, jak przystało na keynesistę, uważa, że kryzys bierze się z braku optymizmu, niechęci do kupowania. W Jego ekonomii czynniki psychologiczne niszczą gospodarczą rzeczywistość. W ekonomii podażowców gospodarkę niszczą czynniki realne: wysokie obciążenia fiskalne, trudność w prowadzeniu ekonomicznej kalkulacji itd.
O co może chodzić autorowi? Jak pieniądza może być ?za mało?? Bogactwo narodów wynika z dóbr i usług, jakie produkują, jakie posiadają. Bogactwo nie bierze się z samego pieniądza, ponieważ sam pieniądz nie znaczy absolutnie nic. Dla mnie, dla Czytelników, dla pana Jędraszczyka liczy się to, że za te pieniądze można zakupić jakieś dobra i usługi. W tym tkwi cała mistyczna tajemnica pieniądza. Zrozumienie tej rzeczy jest kluczem do rozwiązania wszelkich problemów monetarnych i gospodarczych. To, co jest ważne, to siła nabywcza pieniądza. Jak słusznie powtarzał Ludwig von Mises, trzymane przeze mnie w rękach dolary nie są ważne dlatego, że mają zielony kolor, a dlatego, że mogę za nie kupić telewizor, samochód, żywność, ubiór itd. I teraz pojmujemy stwierdzenie Aleksandra Jędraszczyka: nie pieniądza jest za mało, a za mało jest dóbr. Autor nie chce, żeby pieniądza było więcej, tylko chce, aby można było za niego więcej nabyć. Jak to zrobić? Zmienić się z popytowca w podażowca, bo większa, lepsza i skuteczniejsza produkcja, poszerza efekty, zwiększa liczbę dóbr, dzięki czemu spadają ich ceny. Rośnie więc siła nabywcza i pieniądz więcej znaczy.
 
Jednakże artykuł ?Kakokracja? sprawia, że wydaje mi się, iż autor chce jednak samej sztuki dla sztuki. Samego pieniądza dla pieniądza. Pecunia pro pecunia. Niestety, pan Jędraszczyk zapomina o tym, że więcej wydrukowanego pieniądza nie da więcej telewizorów, łóżek, jajek, bogactw naturalnych itd. Nie będzie ani więcej dóbr kapitałowych, ani więcej dóbr do konsumowania. Dobrą ilustracją jest ?model Anioła Gabriela? przedstawiony przez Davida Huma. Jeśli każdy z nas obudzi się jutro z dwa razy większą ilością pieniędzy w kieszeni, to wcale nie będzie nam lepiej. Ceny będą dwukrotnie większe i nic nie zyskamy. Nawet taki wariant jest skrajnie optymistyczny i nierealny, bo przecież drukując pieniądze, nie zrzucamy ich z helikopterów, a dajemy je określonym grupom ? ktoś więc zyska, a ktoś straci na tym druku. Dochodzi do dystrybucji własności. Osoby, które trzymają wydrukowane pieniądze, mogą kosztem innych sobie zakupić dobra. Jest to swego rodzaju konfiskata, nazywana agresywnie przez wolnorynkowców rabunkiem gorszym niż podatek (bo ukrytym). Dochodzi do konsumpcji bez produkcji. W żadnym wypadku nie można mówić o zwiększeniu się bogactwa społeczeństwa. Ten, który korzysta z wydrukowanych pieniędzy, korzysta właściwie z pracy, jaką wykonali inni ludzie. Zabiera zatem owoce ich działania wbrew ich woli ? czy nie jest to przypadkiem złamanie siódmego przykazania?
 
Fałszerz, który drukuje pieniądze i zakupuje za nie dobra na rynku, jest nazywany złodziejem. Dlaczego popytowcy takiego wielkiego fałszerza, tj. Bank Centralny, chcą nazywać ?stymulującym popyt?? Skoro tak dobrze jest stymulować, to może pójdziemy na całość? Niektórzy tak zrobili. Wystarczy się udać do Ameryki Łacińskiej, żeby się przekonać, iż stymulowanie popytu poprzez druk pieniądza skutkuje chaosem, ekonomicznym bałaganem, krachem, galopującą inflacją. Argentyna w tym roku będzie stymulować popyt, ceny skoczą dwukrotnie, a stagnacja nie minie. Sukcesy Japonii i Zachodnich Niemiec po drugiej wojnie są efektem propodażowego zachowania się władzy. Podstawą było zrezygnowanie (nie całkowite, ale znaczące) z manipulacji pieniądzem i zaprzestanie stymulowania popytu. Mało kto ma dzisiaj wątpliwości, że silny pieniądz Ludwiga Erharda był podstawą rozwoju gospodarczego. Japonia miała niskie podatki nałożone na akumulowanie kapitału, co zaowocowało najwyższym wskaźnikiem oszczędności na świecie. Aż jedna czwarta dochodów osobistych była przez Japończyków zachowywana ? keynesiści nie mogli pojąć, jak można się tak cudnie rozwijać.
 
Autor ?Kakokracji? uważa, że pieniądza jest za mało. Ja zwracam uwagę na to, że pieniądz jest tylko miernikiem wartości, której realnym wyrazem są dobra i usługi, jakie można nabyć za walutę. Pieniądz to środek wymiany ? i nic poza tym. Jeśli mamy worek ziemniaków o wadze 5 kilogramów, to nie można powiedzieć, że mamy mało kilogramów. Możemy mieć za mało kilogramów jabłek. Tak samo nie może być mało złotówek ? może być mało złotówek, za które się coś kupi. Sam dodruk pieniądza, np. dwukrotny, doprowadzi do tego, że zamiast 5 jednostek (kilogramów) będzie 10 jednostek (funtów). Podwaja się liczba samych kilogramów, jak w przypadku druku pieniądza podwaja się tylko liczba samych złotówek. Ale gwarantuję Czytelnikom i autorowi, że w rzeczywistości ziemniaków będzie tyle samo. Słowo honoru. Tak samo jest z gospodarką i pieniądzem.
 
Żeby Polska zaczęła się rozwijać, potrzeba zdecydowanych wolnorynkowych reform. Abyśmy odczuli naprawdę jakąś poprawę, trzeba zacząć nagradzać tych, co tworzą. Gospodarka nie może być rozwijana przez władzę. Gospodarka musi się sama rozwijać. Żeby popyt efektywny był wysoki, ludzie muszą mieć swobodę od strony podażowej. Żeby rozwój był stabilny i niezakłócony, trzeba sobie dać spokój ze stymulowaniem popytu poprzez druk pieniądza, który przynosi tylko same negatywne efekty, ponieważ, jak widzieliśmy w nierealnym najbardziej optymistycznym wariancie, wychodzi się po nim na zero (przykład zrzucania pieniędzy z helikoptera, wszystkim po równo). Panie Aleksandrze, proponuję przejście z obozu popytowców do starej tradycyjnej szkoły podażowej (w której jest również dużo miejsca dla rozmaitych poglądów). Ze szczebla makro, gdzie liczą się agregaty, druki pieniądza, stymulowanie popytu do szczebla mikro, gdzie liczy się kalkulacja ekonomiczna, racjonalne gospodarowanie, działalność z zyskiem.
 
Mateusz Machaj
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.';document.getElementById('cloak9cc4b18f731df99d224c87804e3e3358').innerHTML += ''+addy_text9cc4b18f731df99d224c87804e3e3358+'<\/a>';
 
Czy Jan Baptysta Say zdawał sobie sprawę z tego, jak ważne będzie jego prawo dla rozróżnienia dwóch odmiennych podejść do polityki gospodarczej?
Wyświetlony 11062 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.