wtorek, 21 grudzień 2010 09:18

Jak należy to robić?

Napisane przez

Niedawno dowiedziałem się, że na Litwie, gdzie tak w ogóle ubóstwo jest zdecydowanie większe niż w Polsce, jeżdżą prawie wyłącznie samochody marek niemieckich.

Co więcej - są tam tańsze niż u nas! Rząd litewski nie nakłada bowiem ceł antyimportowych dla ochrony krajowego przemysłu samochodowego, bo... takowego (przemysłu) tam po prostu nie ma. Tak jak prawdziwy bezbożnik nie trudni się walką z Bogiem, skoro w Niego nie wierzy, tak państwo litewskie nie widzi potrzeby chronienia tego, czego nie ma. Ale na co kuzyni Litwni nie wpadli, na to wpadli bracia Polacy! Ten sam premier, który wzywał urzędy do kupowania "polonezów" (zamiast samochodów zagranicznych), spowodował nałożenie ceł antyimportowych na banany. Polscy plantatorzy tego egzotycznego owocu z ulgą odetchnęli! POLak POTrafi! (w skrócie: "Pol Pot"!). Oficjalnie chodziło o ochronę interesów polskich sadowników produkujących jabłka (nie wiem, czy ten sam premier zatroszczył się o cła na importowane jabłka właśnie...). Jeśli o mnie chodzi, to nawet darmowy banan nie wygrałby u mnie jako u klienta z byle jakim nawet jabłkiem, ale, jak powiadali starożytni Rosjanie, de gustibus non est disputandum. To samo mógłbym z jeszcze większym przekonaniem powiedzieć o porównaniu jabłek i kiwi, chociaż pamiętam, że w samych początkach tzw. "transformacji ustrojowej" ktoś w radiu narzekał, że ma już dość jabłek, domagając się, aby w Polsce właśnie owoce kiwi były również dostępne...

Jest jednak coś, co władza publiczna może (i powinna!) zrobić właśnie w tym celu, aby możliwie jak najczęściej zasada "KUPUJ POLSKIE" dawała ten sam skutek, co zasada "KUPUJ TANIEJ"! Mianowicie, zamiast OBciążać podatkami produkcję zagraniczną (uwaga: cło i akcyza to również podatki, chociaż nazywają się inaczej!) warto ODciążać produkcję krajową. Wtedy cena detaliczna towaru lub usługi staje się niższa, produkt zyskuje większy zbyt (w Polsce i za granicą), zaś przedsiębiorstwo (gospodarstwo rolne, fabryka) wytwarzające go może utrzymywać (a nawet podnosić) co najmniej jedno z dwojga: liczebność swojej "załogi" i wysokość jej zarobków. Jest to działanie przeciw bezrobociu i przeciw inflacji jednocześnie!
Przejdźmy do konkretów. Niezwykle pożytecznym działaniem w tym kierunku byłoby znaczne obniżenie haraczu podatkowego nakładanego na tak zwane nośniki energii: na elektryczność pochodzącą głównie z krajowych elektrowni, jak też na paliwa wytworzone z surowców pochodzących w naszym kraju głównie z importu. I w jednym, i w drugim wypadku grubo ponad połowę detalicznej ceny nośnika energii stanowi to, co zabiera Państwo Polskie. Im jest droższa zaś energia, tym wyższe muszą być ceny praktycznie wszystkich towarów i usług, skoro wytwarzanie ich wymaga zwykle elektryczności, a dostarczenie ich do klienta zazwyczaj wymaga paliw płynnych. (Jak powiedział niedawno pos. Jarosław Kalinowski, na rynku światowym paliwa w ciągu ostatnich 4 lat podrożały o 30%, w Polsce zaś o 150%! Jak widać - im więcej pompuje się do budżetu, tym słynna tzw. dziura w nim jest większa!)
Jest także inna rzecz do zrobienia: jest nią obniżenie obciążenia nakładanego bezpośrednio na praktycznie każdą produkcję w Polsce. Ten rodzaj obciążenia nazywał się kiedyś podatkiem obrotowym, a w latach "transformacji ustrojowej" zastąpiono go podatkiem od wartości dodanej, znanym powszechnie pod angielskim skrótem VAT (tak jak gdyby nie można było używać skrótu PWD - Francuzi nawet dla takiego nieszczęścia jak AIDS używają skrótu SIDA, od francuskiej nazwy tej choroby: słowa i w angielskim, i we francuskim są naprawdę pochodzenia grecko-łacińskiego, ale nazwa francuska stosuje je w kolejności odmiennej, zgodnej z duchem tego języka).
Te dwa podatki są trochę różnie skonstruowane, ale skutkują tak samo: PODWYŻSZENIEM CENY DETALICZNEJ (podobnie zresztą było z innym podatkiem, który w latach osiemdziesiątych XX wieku nazywał się PFAZ = Podatek na Fundusz Aktywizacji Zawodowej, zaś od 1 stycznia 1990 r.
zastąpił go PPWW = Podatek od Ponadnormatywnego Wzrostu Wynagrodzeń; ten drugi miał tę zaletę, że jego nazwa wyrażała to, po co naprawdę obydwa ustanowiono: HAMOWANIE WZROSTU PŁAC PRACOWNICZYCH.) VAT jest trochę sprawiedliwszy od podatków obniżających płace (takich jak PPWW, zwany "popiwkiem", albo jak podatek dochodowy), gdyż człowiek jest nim karany nie za zarabianie, lecz tylko za wydawanie pieniędzy, ale... wszystko ma swoje granice sensowności. W przypadku podatku VAT tą granicą jest... granica państwowa, dokładniej zaś fakt, że - na przykład - produkty wciąż prężnej (w porównaniu z naszą!) gospodarki niemieckiej zawierają zwykle podatek VAT o wysokości 15%, podczas gdy wytwory polskie są obciążone bardziej - przeważnie na poziomie 22%. W takich warunkach zachodzi znaczne ryzyko tego, że produkt niemiecki będzie miał cenę detaliczną niższą niż analogiczny produkt polski i będzie wygrywał konkurencję ze swoim polskim odpowiednikiem na rynkach Niemiec, Polski i krajów trzecich.
W 1987 roku miałem sposobność uczestniczyć (pracując w pewnym socjalistycznym przedsiębiorstwie) w sporządzaniu kalkulacji pewnego rodzaju wyrobów metalowych. Moje rozeznanie było zniekształcone przez to, że z jednej strony robocizna była tam wpisywana netto (bez uwzględniania takich elementów, jak np. dodatki stażowe albo dodatki funkcyjne otrzymywane przez pracowników, a także jak potrącenia składek na rzecz ZUS albo PZU), a z drugiej strony cena wyrobu była ceną zbytu, uzyskiwaną przez przedsiębiorstwo (bez uwzględnienia marży hurtownika i marży detalisty). Jednak wyraźnie było widać, że udział robocizny netto oscylował około poziomu 4% ceny zbytu. Toteż nie zdziwiłem się czytając (w tym samym czasie), że mniej więcej taka sama proporcja zachodziła między ceną detaliczną a robocizną brutto większości produktów przemysłowych w Polsce. Intencją autora owego artykułu było pokazanie, że to podatki - a w szczególności podatek obrotowy - są czynnikiem wzmagającym inflację (= spadek płac realnych), a nie są nimi (jak twierdziła ówczesna oficjalna propaganda) żądania płacowe wspierane groźbami (nielegalnych wtedy, ale też raczej skrywanych przez władze) strajków.
Tekst, o którym mówię, ukazał się jednak nie w jakiejś podziemnej "bibule", lecz w tygodniku "Przegląd Techniczny", powszechnie dostępnym w kioskach i oczywiście podlegającym państwowej cenzurze, a jego autor był... członkiem PZPR (ukrytym pod pseudonimem), znanym warszawskim dziennikarzem. Szczególnie ciekawe w owym tekście było porównanie sytuacji Polski z krajami kapitalistycznego Zachodu. Otóż udział robocizny w cenach produktów przemysłowych na Zachodzie był zdecydowanie bliższy poziomowi 40% niż poziomowi 4%, co dobrze tłumaczyło, dlaczego gastarbeiterzy przybywali raczej z Polski do Niemiec (Zachodnich), a nie w odwrotnym kierunku.
Po upływie kilku lat polskiej "transformacji" przeczytałem w innym czasopiśmie (nie jestem pewny, ale chyba w "Tygodniku Solidarność"), że porównanie Polski do Zachodu pod tym względem w zasadzie jest DOKŁADNIE takie samo, jakie w 1987 r. Jedynie strumień migracji zarobkowych zmalał, bowiem od czasu ogłoszenia tzw. "częściowej wymienialności złotówki" siła nabywcza walut zachodnich (na polskim rynku) ZNACZNIE spadła, co wydatnie zmniejszyło opłacalność jeżdżenia na tzw. "saksy".
Cóż to jest za wolny rynek, który nie odnosi się do takiego towaru, jakim jest praca ludzka? Cena pracy ludzkiej jest sztucznie zaniżana wskutek polityki podatkowej państwa - szczególnie może w przedsiębiorstwach publicznych i w sferze budżetowej, ale to również pośrednio wpływa na postawę prywatnego przedsiębiorcy, który nie potrzebuje się obawiać, że sektor publiczny "podkupi" (albo tylko zdemoralizuje) mu pracowników ofertami lepszych zarobków...
Nie dość tego! Na początku lata br. w audycji "Debata", nadawanej co wtorek o dwudziestej przez Program I Polskiego Radia, a poświęconej tym razem kwestii narastającego bezrobocia, usłyszałem jako argument (nie pamiętam, który z zaproszonych do studia polityków wtedy go wypowiedział) taką oto informację, że do tej pory przedsiębiorca cudzoziemski w Polsce korzysta z trzyletnich "wakacji podatkowych"! Ustawę o tym uchwalono już 23 grudnia 1989 roku. I wiadomo powszechnie, jak łatwo można nadużywać owego przywileju: wystarczy naprawdę (lub rzekomo) zbankrutować, uprzednio przeniósłszy już zarobione pieniądze w mniej widoczne miejsce, aby potem pod nowym szyldem korzystać z owych "wakacji" przez następne trzy lata, nawet prowadząc działalność gospodarczą dokładnie w tej samej branży co poprzednio.
Jak może polskie przedsiębiorstwo (tzn.: publiczne, ex-publiczne sprywatyzowane, od początku prywatne) skutecznie konkurować z tak uprzywilejowanym podmiotem gospodarczym? Jak może unikać zwalniania pracowników albo płacenia im marnych pensji, lub zalegania z wypłatami? Owi dyskutanci radiowi chyba jednak w porę ugryźli się w języki, ten bowiem wątek pomimo chaosu przekrzykujących się osób NIE był kontynuowany. I nic dziwnego: KAŻDY z nich reprezentował partię, która uczestniczyła w kolejnych koalicjach rządowych ostatniej dekady XX wieku (paru spośród tych panów bywało ministrami w owych rządach); były to następujące stronnictwa: AWS i SLD, UW i PSL-SP (od czasów kampanii wyborczej w 1991 r. należy mówić DOKŁADNIEJ: "PSL - Sojusz Programowy", dla odróżnienia od: "PSL - Porozumienie Ludowe"), ROP i UP, razem: PPP - osobliwe "Porozumienie Ponad Podziałami", wzajemnie solidarne bardziej aniżeli w sprawie "konstytucji Kwaśniewskiego" z 1997 roku! NIKT z nich nie mógłby się wymówić od politycznej (co najmniej politycznej!) współodpowiedzialności za tolerowanie tego NIESPRAWIEDLIWEGO przepisu. Nie tylko zresztą niesprawiedliwego, ale także JASKRAWO sprzecznego z tezą, jakoby w naszym kraju istniał wolny rynek! Wolny rynek to NIE jest RóWNOŚĂ† ŻOŁÂĄDKóW, ALE to RóWNOŚĂ† SZANS! Tymczasem to, co mamy w polskiej gospodarce, dałoby się porównać do sytuacji, w której postawilibyśmy byłego biegacza, ex-tow. Leszka Balcerowicza, i byłego boksera, ex-tow. Andrzeja Leppera, na bieżni, licząc na sukces AL, albo na ringu, oczekując zwycięstwa LB. (Swoją drogą, choć nie jestem kibicem sportowym, CHÊTNIE obejrzałbym takie pojedynki, w OBYDWU dziedzinach, pomiędzy tymi oldboyami z byłej PZPR...).
Aby wyrównać skutki tej niesprawiedliwości, trzeba by obecnie dać taki przywilej krajowym osobom prawnym, a zabrać go zagranicznym, i utrzymywać taką nierówność przez tyle lat, ile przedtem trwała ta odwrotna nierówność. Jednakże szkód, poniesionych przez polskich przedsiębiorców prywatnych i przez polskich pracowników najemnych z powodu bankructw zawinionych przez owo wadliwe prawo i tak nie sposób tą (ani inną) drogą naprawić!
W polskiej historii jest znany bardzo dawny przykład wakacji podatkowych, i to chyba (o ile pamiętam) aż na dziesięć lat! Takiego przywileju król Kazimierz Wielki udzielił Polakom gotowym osiedlać się na Rusi Czerwonej i kolonizować ten obszar, świeżo nabyty przez Królestwo Polskie. Przedtem, w połowie XIV w. Ruś Czerwona była obiektem i terenem wojen między Polską, Litwą a Węgrami, została zniszczona i wyludniona - i właśnie dlatego król zwolnił osadników z danin. Coś bardzo podobnego uczyniła inna wybitna głowa państwa, prezydent USA Abraham Lincoln (z czasów wojny secesyjnej pomiędzy Południem a Północą) wobec (białych) osadników, gotowych kolonizować ogromne i też stosunkowo świeże, bardzo rozległe nabytki terytorialne tego państwa, znane jako "Dziki (albo: Daleki) Zachód" (ustawa Homestead Act z 1862 r.).
Ale przyznajmy, że w obydwu przypadkach chodziło o dawanie przywilejów dla swoich na terenie do niedawna obcym, a od niedawna okupowanym. Krótko mówiąc - to była KOLONIZACJA obszaru przez siłę zewnętrzną wobec niego!
W telewizyjnym (TVP1) programie "Sprawa dla reportera" jak refren od lat powtarza się obraz ludzi narzekających na to, że zostali skrzywdzeni przez nowego inwestora, często reprezentującego kapitał zagraniczny lub mieszany albo przez skuteczną konkurencję przedsiębiorstwa, w którym pracowali. I red. Elżbieta Jaworowicz nieraz reaguje na ich lamenty słowami: ale takie są prawa wolnego rynku! Mam nadzieję, iż ani ona, ani nikt słuchający jej (bezpośrednio lub poprzez odbiornik telewizyjny), nie wierzy, że to na tym polega wolny rynek! Bo nie polega na dyskryminacji.
Chodzi przecież nie tylko o to trzyletnie zwolnienie od podatku dochodowego od osób prawnych. Innym przykładem uprzywilejowania "obcych" i tym samym upośledzenia "swoich" jest tak zwane otwarcie polskiego rynku na towary zagraniczne, które nie cieszy się równoważną wzajemnością w krajach, z których ten import jest dokonywany. Głównie to odnosi się do państw Unii Europejskiej. Polska ma godzić się na szybkie niwelowanie barier celnych hamujących ten import, ale kraje Unii będą gotowe podobnie szeroko otworzyć swoje rynki na polskie towary dopiero, kiedy Polska zostałaby przyjęta w skład UE, zaś termin owej akcesji już parę razy odsuwał się niczym horyzont. My mamy najlepiej od zaraz godzić się na swobodny obrót ziemią, ale daje się nam do zrozumienia, że dostęp Polaków do możliwości legalnego zatrudniania się w "starych" krajach unijnych będzie możliwy dopiero po iluśletniej karencji. Doprawdy, aż się ciśnie na myśl porównanie z sytuacją naiwnej dziewczyny, której narzeczony żąda i dostaje od niej wszystko, czego może chcieć mężczyzna od kobiety, a w zamian ma dla niej tylko kolejne obietnice małżeństwa. Jednak problematyką "unijną" zajmę się trochę obszerniej w dalszym ciągu tego cyklu.
Przywileje, które Polska OBCYM przyznała na SWOIM obszarze i do tej pory je podtrzymuje, usprawiedliwiają zawołanie dokładnie odwrotne niż tytuł niniejszego cyklu: "niechaj ICH ręka Boska broni, aby mieli zajmować się gospodarką!". Niech już może raczej "babrzą się w przeszłości": niech np. przerzucają się ubeckimi "teczkami", kłócą się o pomniki żołnierzy KBW i NSZ, przyznają świadczenia kombatanckie byłym więźniom UB, a cofają je byłym funkcjonariuszom UB (lub nawet... - o zgrozo! - odwrotnie, co może wkrótce nastąpić i wówczas place ks. Popiełuszki będą przemianowywane na place sierż. Karosa, a ulice rtm. Pileckiego - na ulice mjr. Foremniaka!), byleby NIE zajmowali się gospodarką, a zwłaszcza - byleby NIE walczyli z bezrobociem w mieście i na wsi! Im więcej bowiem (takiej, jak dotychczas) walki z bezrobociem, tym więcej bezrobotnych!
Antoni Kosiba

 
Wyświetlony 10260 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.