wtorek, 21 grudzień 2010 10:16

Z placu budowy

Napisane przez

Przez czterdzieści lat "cały naród" budował "socjalistyczną ojczyznę". Przedsięwzięcie to okazało się jednak stanowczo niezgodne z wymogami BHP i w końcu pozwolenie na budowę wycofano. Ponieważ jednak człowiek, istota twórcza, budować coś musi, natychmiast przystąpiono do budowy "społeczeństwa obywatelskiego". Z braku laku do budowy wynajęto wkrótce tę samą ekipę budowlaną, i do nowych majstrów dołączyli ich starsi, bardziej doświadczeni koledzy. I tak będzie, jak jedni i drudzy majstrują pospołu, już lat dwanaście. Owocem tego majstrowania jest Konstytucja Trzeciej Rzeczypospolitej, czyli, jak wiadomo, sam fundament "społeczeństwa obywatelskiego".

 

Ktoś uprzedzony przebieg prac nad ustawą zasadniczą mógłby podsumować tak: zaczęło się od kompromisu, a skończyło na kompromitacji. Nie wiadomo, czy Pan Bóg śmieje się czy płacze, słuchając Invocatio Dei wysmażonego przez p. Tadeusza Mazowieckiego, o tym jak to "my pobożni i my bezbożni..." itd. Zgodnie z tą logiką dalszą część Konstytucji potraktowano jak wielki wór, do którego wrzucić można wszystkie pobożne życzenia, i na dokładkę trochę bezbożnych. A życzenia, jak to życzenia - jedne się spełniają, inne nie. Tak właśnie mógłby pomyśleć ktoś uprzedzony; my jednak przeanalizujmy rzecz całą na chłodno.
Wszyscy, na ten przykład, życzymy sobie, żeby było bezpiecznie. Wychodząc naprzeciw tym szlachetnym marzeniom, w Konstytucji pomieszczono zaraz na początku artykuł 5, zgodnie z którym Rzeczpospolita Polska "zapewnia" bezpieczeństwo obywateli. Cóż posłuży za lepszy przykład tej troski niż zniesienie kary śmierci za morderstwo? Jak doskonale wiadomo z licznych filmów i publikacji książkowych, tym czego w szczególności powinien obawiać się zwykły, posłuszny prawu obywatel, jest niesłuszne posądzenie o morderstwo. W krajach na niższym poziomie cywilizacyjnym, kultywujących prymitywny instynkt zemsty, nieszczęśnik mógłby w tej sytuacji postradać życie. U nas, dzięki Bogu (jeśli oczywiście takowy istnieje), w zaciszu własnej celi będzie mógł cieszyć się kontemplacją swojej niewinności - bez upierdliwego szefa, gderającej żony i rozwrzeszczanych dzieci. Ktoś może zauważyć, że życie tego człowieka nie będzie aż tak różowe, ponieważ teraz mogą mu je uprzykrzać inni pensjonariusze tego samego zakładu, będący dla odmiany prawdziwymi przestępcami. Bardzo słuszna jest to uwaga - władze nasze przewidziały jednak w swej mądrości i tę ewentualność. Aby ów niewinny obywatel mógł nieco odsapnąć od towarzystwa wrednych kryminalistów, tych ostatnich wysyła się na przepustki, zwolnienia warunkowe, wyjścia za dobre sprawowanie itd., itp. Nie tak od razu, oczywiście, najpierw niech wolno im będzie odrobinkę poznęcać się nad delikwentem; w końcu Rzeczpospolita jest "dobrem wspólnym wszystkich obywateli", o czym stanowi najsampierwszy artykuł naszej Konstytucji, i prawdziwi kryminaliści też muszą mieć coś z życia.
Zapewniwszy nam bezpieczeństwo - stojące wszak dość nisko w psychologicznej hierarchii potrzeb, sformułowanej przez niejakiego Abrahama Maslowa - władze pracują również wytrwale nad "stwarzaniem warunków upowszechnienia i równego dostępu do dóbr kultury", o czym mówi artykuł 6 ustawy zasadniczej. Koncepcja jest tu równie prosta, co genialna. Nie od dziś znane jest w ekonomii pojęcie "dóbr veblenowskich", tj. takich, na które popyt jest tym większy, im wyższa jest ich cena. Słowem, chodzi o towary dla snobów. No a powiedzmy sobie szczerze: kto dziś kupuje płyty z etiudami Chopina, jak nie skończony snob? Nałożywszy na płyty 22% VAT, władze nasze osiągają tedy dwa cele. Po pierwsze, upowszechniają muzykę Chopina, bezdyskusyjnie będącą "źródłem tożsamości narodu polskiego". Po drugie i nie mniej ważne, państwo uzyskuje stąd środki na subsydiowanie filharmonii i teatrów, dzięki czemu masowo mogą do nich uczęszczać rodziny robotnicze i chłopskie. Jeśli w rzeczywistości tego nie czynią, to tylko dlatego, że ich pociechy stanowczo przedkładają Ich Troje nad trio Chopina i bez pasa do filharmonii ich nie zagonisz. Tej formy zachęty zakazuje jednakowoż wyraźnie artykuł 40.
Aż dwa dublujące się artykuły (21 i 64) "chronią" własność prywatną, co w niczym, na przykład, nie przeszkadza zmuszać osoby śmiertelnie chorej do odkładania na emeryturę - nie własną, ma się rozumieć. Czasem w gazetach tego rodzaju "ochronę" określa się mianem "wymuszania haraczu", ale to chodzi o mafię i różne typy spod ciemnej gwiazdy, o których była już mowa powyżej, a nie o rząd Trzeciej RP (spod gwiazdy, jeśli już, to czerwonej). Rząd Trzeciej RP cechuje się po prostu niezachwianym - i bynajmniej nie zaraźliwym - optymizmem i zakłada, że każdy do tej emerytury dożyje (jak pisze autor natchniony: "zdało się oczom głupich, iż pomarli"). A skoro już dożyje, to niech sobie biedak odpocznie od harówy i znoju, a żadnej pracy się nie ima - bo jak nie, to emeryturę mu się zabierze. Co prawda artykułem 65 punkt 1 "zapewnia się wolność wyboru i wykonywania zawodu", ale z drugiej strony punkt 5 tegoż artykułu jasno mówi, że "władze publiczne prowadzą politykę zmierzającą do pełnego, produktywnego zatrudnienia". A jak najszybciej obniżyć bezrobocie? Zakazując pracy - proste i logiczne. Nie można się więc cackać ze starymi prykami, które swym tępym uporem chcą zabierać robotę wnuczkom.
Zabieranie roboty wnuczkom to szczególna podłość w sytuacji, gdy te muszą jakoś uciułać na czesne za studia wieczorowe w uczelniach publicznych. Pobieranie opłat za te studia nie stoi oczywiście w sprzeczności - co uznał, zdaje się, nawet Trybunał Konstytucyjny - z artykułem 70 punkt 1, stanowiącym, iż "nauka w szkołach publicznych jest bezpłatna". Bystry czytelnik od razu zauważy, że nie jest przecież powiedziane, czy w powyższym paragrafie chodzi o "pobieranie nauki", czy też o "udzielanie nauki". Zdroworozsądkowo wypada zatem przyjąć, że bezpłatne jest nauczanie, czyli zgodnie z Konstytucją nauczyciele nie powinni pobierać wynagrodzeń za swą pracę. Wiele już w tej sprawie uczyniono, ale tuszę, że w stosownym czasie MEN wystąpi z projektem ostatecznego rozwiązania tej kwestii.
Radykalniejszych niż dotąd działań wymaga także realizacja artykułu 75 punkt 1, wedle którego "władze publiczne prowadzą politykę sprzyjającą zaspokojeniu potrzeb mieszkaniowych obywateli". Wydaje się, że obłożenie materiałów budowlanych 22% stawką VAT nie jest w tej mierze wystarczające. Pół litra obłożone jest akcyzą i innymi podatkami, które sięgają łącznie bodaj 90% ceny - i alkoholizm pięknie się szerzy. Czemu nie spróbować by tak z budownictwem?
Obywatele "zaspokojeni mieszkaniowo" mogą spać spokojnie, bowiem artykułem 50 "zapewnia się nienaruszalność mieszkania" - naturalnie pod warunkiem, że władza nie ma akurat ochoty przegrzebać nam domostwa w poszukiwania zaczajonego telewizora. Podobne zapędy wykazywali w czasie okupacji naszego kraju Sowieci; rewidowali domy tropiąc zbrodnię, polegającą na posiadaniu własnego radioodbiornika, co zagrożone było najwyższym wymiarem kary. Ich działań nie uzasadniała jednakże "misja telewizji publicznej" - choćby z tego względu, że nie było wówczas telewizji - i dlatego wszelkie analogie z obecną sytuacją są nie na miejscu.
Aby oddalić groźbę powrotu tego typu praktyk, Konstytucja RP w artykule 13 zakazuje istnienia wszelkich organizacji odwołujących się do "totalitarnych metod nazizmu i komunizmu". Sam zakaz to jednak za mało, ktoś powinien monitorować scenę polityczną, aby potencjalną chorobę zdławić w zarodku. Śledzenie oznak podnoszącego łeb nazizmu śmiało można powierzyć towarzyszom z legalnie zarejestrowanego Związku Komunistów Polskich "Proletariat". Aby kontrola była pełna, należałoby jeszcze powołać do życia Związek Nazistów Polskich "Aryjczyk", który czuwałby, czy w zdrowym ciele narodu nie odradza się rak komunizmu. Jak zauważył Albert Camus, "bakcyl dżumy nigdy nie umiera" i cały czas trzeba być czujnym.
Rewolucyjnej czujności nie stracił na szczęście Główny Urząd Statystyczny. Spis powszechny to najnowsze doświadczenie, przekonujące nas niezbicie o rzeczywistej wartości konstytucyjnych "praw i wolności". Każdy obywatel, będący wszak - nie zapominajmy o tym - potencjalnym nosicielem idei totalitarnych, poddany został przesłuchaniu przez tzw. rachmistrzów spisowych. Ci ostatni tylko przez przeoczenie zapomnieli na wstępie wygłaszać zwyczajową formułkę "wszystko, co powiesz, może być użyte przeciwko tobie". Nie oznacza to bynajmniej, że potraktowano nas jak zwykłych oprychów - zwykłe oprychy, w przeciwieństwie do nas, mają prawo zachować w takiej sytuacji milczenie. Za odmowę udziału w spisie groziła natomiast kara grzywny lub pozbawienia wolności.
Ponieważ nasza Konstytucja zabiera głos na każdy temat, od pedagogiki dziecięcej do higieny w miejscu pracy, nie mogło również zabraknąć w niej (nomen omen) ustępu dotyczącego spisu. Zgodnie z artykułem 51 punkt 2 "władze publiczne nie mogą pozyskiwać, gromadzić i udostępniać innych informacji o obywatelach niż niezbędne w demokratycznym państwie prawnym". A więc proszę, oto pierwsze z brzegu przykłady informacji "niezbędnych w demokratycznym państwie prawnym": ile obywatel Kowalski ma izb w mieszkaniu; jaka jest powierzchnia użytkowa mieszkania obywatela Nowaka; czy w mieszkaniu obywatela Czarnika ustęp spłukiwany jest wodą bieżącą.
Wedle uzasadnień GUS, dane te są absolutnie konieczne, aby włodarze naszego państwa mogli prowadzić analizy i kreślić dalekosiężne plany "rozwoju zrównoważonego". Za jedyne 500 milionów złotych uda się ustalić, iż średnia liczba izb w mieszkaniu nie wynosi 3,48 (jak podaje Rocznik Statystyczny 2001), ale np. 3,08. Wtedy władza dobuduje każdemu jedną małą izdebkę; a jak wyjdzie dajmy na to 3,88, to wyburzy się ściany i część lokalu przeznaczy na pomieszczenia gospodarcze dla Agencji Restrukturyzacji Rolnictwa.
Poza powyższymi czytelnymi argumentami, władza mogła dodatkowo - choć nie skorzystała z tego - odwołać się do uzasadnień historycznych, bowiem gnębienie poddanych spisem powszechnym to dość stara tradycja. Jak pisze św. Łukasz w drugim rozdziale Ewangelii: "I stało się w owe dni, wyszedł dekret od cesarza Augusta, aby spisano wszystek świat. (...) I szli wszyscy, aby dać się zapisać, każdy do miasta swego". Niedługo po tym wydarzeniu miało miejsce inne, opisane przez św. Mateusza: "(...) Herod widząc, że go mędrcy zawiedli, rozgniewał się bardzo, i posławszy pozabijał wszystkie dzieci, które były w Betlejem i we wszystkich granicach jego, od dwu lat i niżej (...)". Jeśli założymy, że Herod miał dostęp do danych spisowych, to rzeczywiście trudno się nie zgodzić, gdy nam mówią, że rzetelne statystyki są warunkiem sprawnego działania władzy.
Budowniczy RP mają to na względzie i żadna tam Konstytucja, w dodatku źle interpretowana, nie może stanąć na przeszkodzie ich światłym planom. Oni naprawdę zrobią wszystko dla naszego dobra - jest to tym bardziej godne podziwu, że tego dobra zostało nam już przecież całkiem niewiele. Budowa "społeczeństwa obywatelskiego" postępuje tedy pełną parą, aż się budowniczym z wysiłku robi czerwono przed oczami. Wypada tylko mieć nadzieję, że ich tytaniczny trud nie pójdzie na marne, jak "Titanic" na dno. Istnieje bowiem pewne ryzyko, że zanim gmach ostatecznie stanie, lokatorzy zechcą po prostu przeprowadzić się gdzie indziej.
Szymon Czarnik
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Wyświetlony 7698 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.