wtorek, 21 grudzień 2010 10:50

Idzie prawica

Napisał

Ku zaskoczeniu i przerażeniu politycznego establishmentu, coraz mocniejszą pozycję zyskują w Europie partie prawicy i prawicowi politycy. Lęk przed prawicą - nazwijmy ją nową, w odróżnieniu od prawicy tradycyjnie obecnej w europejskiej polityce - najpierw wywołał międzynarodową histerię wokół Austrii, potem wewnętrzną we Francji, a dwa tygodnie przed wyborami doprowadził do politycznego morderstwa w Holandii.

 

Wiele wskazuje na to, że polityczne sukcesy nowej prawicy - skrajnej, mówią jej wrogowie - oznaczają koniec stylu uprawiania polityki, który rozpanoszył się w Europie wraz z rozwojem telewizji i sondaży opinii publicznej. Dzięki sukcesom prawicy polityka, która od lat sześćdziesiątych wyradza się w europejskich demokracjach w marketingową sztukę sprzedawania kandydatów, na powrót ma szansę być dziedziną, w której ogłasza się programy, a potem dąży do ich realizacji.
 
Polityka telewizyjna
 
Pracownie badań opinii publicznej sondują opinię publiczną, politycy śledzą wyniki sondaży, według nich obmyślają posunięcia, zamartwiają utratą procentów poparcia, radują zyskiem. Posunięcia - najczęściej są to po prostu tylko wypowiedzi przed telewizyjnymi kamerami - śledzi i upowszechnia telewizja, a wyborcy reagują, obdarzając zaufaniem modnego aktualnie polityka albo partię, a odrzucając wychodzących z mody. Życie polityczne toczy się według falowania wyborczych preferencji, na które reagują politycy, co wywołuje nowe fale, a te z kolei powodują następne reakcje. Reakcje zaś to nie posunięcia polityczne, ale polityczne widowiska telewizyjne.
Wyniki sondaży publikowane są co miesiąc albo i co parę tygodni. Politycy wiedzą, czy spada poparcie dla nich, czy też rośnie. Dążenie do realizacji politycznych programów - z natury rzeczy długoterminowych, obliczonych na lata, a nawet na dziesięciolecia - konkuruje przez to z pokusą odniesienia doraźnego sukcesu w oczach opinii publicznej i natychmiastowego poprawienia wyników sondaży. I ta pokusa coraz bardziej przeważa.
Profesjonaliści od organizacji kampanii wyborczych nie kryją, że metody przez nich stosowane wzięte są wprost z teorii i praktyki marketingu. Polityk nie różni się dla nich od proszku do prania, tak samo się go przecież sprzedaje. Najczęściej zresztą kampanie wyborcze raz na kadencję organizują ludzie, którzy między wyborami trudnią się reklamą.
Sondaże opinii publicznej oraz możliwość natychmiastowej reakcji na ekranach telewizorów dały w ostatnich dziesięcioleciach politykom poczucie stałej kontroli nad wyborcami. Poczucie podporządkowania sobie wyborców jest jednak złudne. W rzeczywistości to politycy są zniewoleni przez wyniki sondaży i telewizję.
Polityka współczesna w coraz mniejszym stopniu realizowana jest w parlamentach i rządowych czy opozycyjnych gabinetach, a w coraz większym przed kamerami telewizji; prasa i radio pełnią role drugorzędną. W salach obrad parlamentów jest zwykle pustawo, chyba że odbywa się jakaś transmitowana lub nagrywana debata nad chwytliwą - co nie znaczy ważną - kwestią. Za to reporter dowolnej telewizji gromadzi przed swoja kamerą tłumy polityków gotowych rozprawiać na każdy temat albo rozegrać wyścig z jajkiem w zębach czy też odśpiewać piosenkę. Byle go pokazali w telewizji.
Partie polityczne, stale skupione na utrzymaniu lub zwiększeniu stanu posiadania elektoratu, z organizacji służących realizacji programów, zwyrodniały w struktury marketingowe. Ich celem jest pokazać się z jak najlepszej strony, żeby sprzedać głosującej publiczności jak największą liczbę swoich kandydatów.
W rezultacie politycy i partie przypominają proszki do prania. Obecne na rynku proszki mniej więcej tak samo piorą; handlowy sukces czy porażka tego lub tamtego zależą nie od właściwości, ale od kunsztu speców od reklamy i sprzedawców. Politycy i partie doby obecnej również nie różnią się od siebie niczym istotnym; role prawicy i lewicy zostały rozpisane - role, bo polityka to telewizyjne widowisko - albo raczej tradycyjna prawica zniewolona sondażami zbliżyła się do lewicy. Wszyscy głoszą mniej więcej to samo - obecnie są to zestawy lewicowych, gładkich, poprawnych politycznie poglądów - podobnie rządzą, podobnie zachowują się w opozycji.
Sondaże i telewizyjna polityka sprawiły, że nikt nie kłopocze się opracowywaniem i ogłaszaniem długofalowych programów, więc i zbędni są mężowie stanu zdolni do ich realizacji. Zastąpieni zostali przez ciułaczy procentów poparcia, sprawnych w odczytywaniu wyborczych fluktuacji i schlebianiu zmiennym gustom elektoratu. Największą popularność zyskują krzykacze albo błyskotliwi faceci dobrze wypadający przed kamerami i potrafiący wyczuć, co się aktualnie tłumom podoba.
 
Czego nie ma w sondażach
 
Dawno, dawno temu, partie prezentując publicznie programy oparte o merytoryczne kryteria, wymuszały na obywatelach, chcących zostać wyborcami, umysłową aktywność. Wyborcy nie musieli oczywiście czynić wysiłków zrozumienia programów i w większości tego nie czynili, ale mieli na to szanse. Część obywateli z tych szans korzystała, w efekcie rósł poziom kultury politycznej.
Kiedy obecnie partie kokietują publiczność, opierając się na wynikach sondaży, obywatele żadnych starań czynić nie muszą, bo partie robią wszystko, żeby przemówić w zrozumiałym dla publiczności języku i powiedzieć to, co aktualnie się podoba.
W rezultacie nie tylko polityka zwyrodniała w sztukę marketingu, ale i poziom kultury politycznej spadł. Obywatele nie tylko nie mają okazji jej nabycia, ale utwierdzani są w przekonaniu, że ignorancja, jest normą, skoro partie polityczne do niej się odwołują. Ludzie zaś, którzy kulturę polityczną posiedli, uświadamiają sobie, że partie nic im do powiedzenia nie mają. Co ma do zaoferowania człowiekowi jako tako orientującemu się w polityce poseł Wrzodak, Pęk albo Lepper!
Wzorem speców od reklamy, zapatrzeni w sondaże politycy traktują wyborców jak durniów, którymi łatwo manipulować, żeby zachowali się zgodnie z celami ich partii, to znaczy kupili jej kandydatów, a nie kandydatów konkurencji. Jest to doraźnie racjonalne postępowanie; większość wyborców to rzeczywiście durnie, którymi łatwo manipulować.
Tylko jednak doraźnie; łatwość manipulacji sprawiła, że kokietując obywateli i odnosząc w tej dziedzinie sukcesy, politycy przeoczyli coś, czego sondaże nie ujmują: długoterminowe, powolne zmiany świadomości wyborców.
Sondaże ujawniają falowanie wyborczych preferencji tylko w krótkich i średnich terminach. Porównuje się preferencje sprzed miesiąca, dwóch czy trzech z aktualnymi, rzadziej sprzed roku, i to jest termin krótki. Co jakiś czas porównuje się wyniki z aktualnej i z poprzedniej kadencji. Kadencja właśnie - a więc z reguły cztery lata - tworzy najdłuższy czasowy horyzont badań opinii publicznej. A to jest tylko termin średni.
Krótkoterminowe zmiany preferencji są reakcjami na pojedyncze zdarzenia. Zręczna wypowiedź polityka, pełen ciepła obrazek w telewizji mogą przynieść zysk nawet kilkuprocentowy. Kilka słów wypowiedzianych nie w porę, nieważne, ale rozdmuchane zdarzenie czy posunięcie może przynieść utratę paru punktów.
Średnioterminowe zmiany z kolei są reakcjami na serie posunięć i falowanie gospodarczej koniunktury. A także rezultatem rozczarowania ostatnio rządzącymi i przenoszenia nadziei na rządzących przedostatnio. Rok czy dwa szybszego rozwoju podnosi średnioterminową falę poparcia dla rządzących, gospodarcze spowolnienie podobnie premiuje opozycję.
Ponadto sondaże ujmują zmiany preferencji jedynie ilościowo. Wiadomo o ile wzrosło czy spadło poparcie, nie wiadomo natomiast dlaczego spadło i dlaczego wyborcy teraz uznają tę czy tamtą partię za sobie najbliższą. Przyczyny zmian niespecjalnie interesują speców od marketingu, tak jak sprzedawców nie interesuje dlaczego ludzie kupują ten czy inny proszek. Ważne, żeby kupowali.
Krotki, najwyżej średni horyzont czasowy sondaży oraz skupienie się na ilościowym zliczaniu poparcia sprawia, że uwadze polityków zapatrzonych w sondaże umykają trendy długoterminowe. O ile krótko i średniookresowe wahania politycznych preferencji zależą głównie od doraźnych decyzji i wypowiedzi, o tyle trendy długookresowe powodowane są powolnymi przemianami w powszechnej świadomości, czyli tym właśnie, czego ilościowe sondaże nie ujmują.
Zmiany pokoleniowe, nawarstwianie się doświadczeń, sprawiają, że nawet jeśli wyborcy wciąż zachowują się jak durnie, to po piętnastu czy dwudziestu latach mogą stać się durniami niepodatnymi na te same wciąż manipulacje. Mogą na przykład przestać wierzyć politycznemu establishmentowi i nieoczekiwanie głosować na kandydatów zalecających się jako ludzie w polityce nowi. Mogą mieć dość wybierania spośród kandydatów mówiących mniej więcej to samo i postawić na kandydatów mówiących coś innego niż wysłużeni politycy establishmentu. Mogą wreszcie poczuć tęsknotę za mężem stanu, który ogłosi program i zapowie, że będzie go realizować.
 
Koniec polityki telewizyjnej?
 
Obecne sukcesy prawicy, która głosiła - od lat bez doraźnych sukcesów - ciągle te same poglądy, zdecydowanie odbiegające od politycznie poprawnych, podporządkowanych lewicowemu paradygmatowi i aktualnym modom poglądów głoszonych przez establishment, są właśnie rezultatem długookresowego trendu zignorowanego przez polityków sterowanych sondażami i działającymi nie w parlamencie, a w telewizji. Europejscy wyborcy może i nie zawsze rozumieją prawicowe idee, ale mają dość establishmentu od lat produkującego się przed kamerami z tym samym wciąż repertuarem marketingowych chwytów, bo widzą, korupcję - to nie tylko polska specjalność - nieudolność i brak programów mogących rozwiązać nagromadzone latami i latami nie rozwiązywane problemy państw demokratycznych. Bo tęsknią za kimś silnym, kto może i nie jest mistrzem tańca dyskotekowego, ale za to mówi: wiem, co jest złe, wiem, jak to naprawić, chcecie, to na mnie głosujcie.
Kiedy nikt jej nie chciał słuchać, nowa prawica mówiła to samo, co mówi dziś. Programy partyj nowej prawicy to temat wart osobnego rozpatrzenia, ale z naszego punktu widzenia najważniejsze jest to, że politycy prawicy nie schlebiali i nie schlebiają gustom wyborców, ale przemiany zbiorowej świadomości zbliżyły preferencje elektoratu do tego, co konsekwentnie głosiła i głosi prawica.
Fakt, że nowa prawica jest przez polityków i dziennikarzy establishmentu nazywana populistyczną, to świadectwo cynizmu. Populistami są przecież ludzie establishmentu planujący każdy krok w rytm wyników sondaży i tak mówiący oraz działający, żeby zadowolić wszystkich.
W tym cynizmie sporo jest zaklinania rzeczywistości. Obywatele, zwracając się ku prawicy, zamiast jak dotąd potulnie dawać się kokietować i wybierać spośród tych samych wciąż partyj, zachowują się niezrozumiale dla establishmentu, który jest zaskoczony, że potulni dotąd, przez dziesięciolecia dający sobą manipulować durnie nagle wybierają kogoś spoza układu. Telewizyjni politycy, którym grunt się spod nóg usuwa, nie rozumieją dlaczego tak się dzieje, wietrzą więc jakieś oszustwo tych, co zabierają im głosy. Czyli populizm jeszcze większy od ich populizmu. Mylą się w tym, bo obywatele europejskich państw demokratycznych właśnie populizmu już nie chcą.
Politycy establishmentu - a wraz z nimi polityczni publicyści znakomicie żyjący z tłumaczenia, że marketingowe chwyty są mądrymi politycznymi decyzjami - nie potrafią reagować na programy prawicy rzeczową dyskusją programową, bo sztuka dyskusji programowej została zapomniana w latach gry pozorów. Establishment nie jest w stanie przeciwstawić charyzmatycznym przywódcom nowej prawicy mężów stanu, bo nie ma takich.
 
W Polsce, czyli inaczej
 
Wśród wyborców, jako się rzekło, pojawiło się zapotrzebowanie na programy i na mężów stanu, zdolnych wziąć na siebie odpowiedzialność za ich realizację, a więc na to, co w polityce telewizyjnej było zbędne. Wzrosła i wciąż rośnie również nieufność do establishmentu od lat kokietującego elektorat tym samym zestawem marketingowych chwytów. To są zmiany trwałe i obejmujące wszystkie państwa Europy.
Tęsknota za programami widoczna jest i w Polsce, choćby w postaci sukcesu Prawa i Sprawiedliwości. Partia ta zdyskontowała wysoką ocenę Lecha Kaczyńskiego, polityka, co ogłosił program - cóż z tego, że wycinkowy, dotyczący jednej dziedziny, ale za to konkretny - i realizował go konsekwentnie, dopóki go nie zdymisjonowano, bo za bardzo się wyróżniał.
Rezultatem rozczarowania establishmentem z kolei jest u nas sukces Samoobrony. Partia ta programu nie ma. Nie jest nawet jasne, czy Lepper wie, że partia jakiś program powinna mieć, skoro bez żenady głosi: ja mówię tylko to, co mówią ludzie. Polskim wyborcom - w większości pozbawionym elementarnej kultury politycznej, znającym głównie telewizyjną politykę - wystarczyło to, że jego partia zaleca się wyborcom jako organizacja występująca przeciw obecnemu układowi politycznemu, a jej przywódca sprawia wrażenie silnego człowieka.
Wyborczy sukces skrajnej Samoobrony - organizacji modelowo wręcz realizującej politykę opartą na marketingowych chwytach popularyzowanych przez telewizję - odbiega od trendów w starych europejskich demokracjach również dlatego, że w Polsce nie wyklarowała się jeszcze partia dysponująca prawicowym programem, kwestionującym politykę establishmentu, zdolna dotrzeć z nim do wyborców oraz dysponująca przywódcą, który byłby poczytywany za silnego człowieka. Konsekwentnie prawicowy program głosi wprawdzie od lat UPR, ale z przyczyn, nad którymi warto osobno podyskutować, nie jest w stanie przekonać do siebie wyborców, no i nie ma przywódcy, który dałby wyborcom poczucie bezpieczeństwa.
Być może i u nas pojawi się partia prawicowa z programem i przywódcą - nie chodzi oczywiście o tych, co dziś w Sejmie mienią się prawicą - ale pewnie czeka nas jeszcze kilka lat sukcesów Samoobrony, aż do chwili, kiedy marketingowe sztuczki stosowane przez tę partię spowszednieją. Bo że spowszednieją, jest pewne, problem w tym, czy stanie się to wystarczająco szybko.
 
Powrót do normalności?
 
W Europie poparcie dla nowej prawicy rośnie i będzie rosło tak długo, jak długo establishment nie porzuci telewizyjnej polityki uprawianej w rytm wyników sondaży. Partie, które programów nie mają, nie dorobią się ich jednak łatwo, bo przez czterdzieści lat wyspecjalizowały się w doraźnych grach o punkty poparcia. Spece od manipulacji nie staną się nagle mężami stanu zdolnymi mówić nie to, co chce usłyszeć lud, ale to, co sami uważają za najlepsze dla państwa, bo są tylko politycznymi ekspedientami.
Na sukcesy prawicy zaskoczony establishment reaguje na razie histerią, bo inaczej nie potrafi. Nie jest to jednak metoda na dłuższą metę skuteczna. Okrzyki oburzenia przestaną na kogokolwiek działać i establishment będzie musiał zacząć z nową prawicą dyskutować. I to na polu przez nią wyznaczonym. Tym samym będzie musiał skończyć z kokietowaniem elektoratu, zrezygnować z marketingowych zabiegów, zacząć wymieniać argumenty, ogłaszać programy.
Jeśli tak się stanie, będzie to wielką zasługą nowej prawicy. Nawet jeśli nie zyska ona większości w parlamentach, skończy albo przynajmniej ograniczy zdeprawowaną politykę uprawianą tak, jak uprawia się sztukę sprzedaży proszku do prania.
Wojciech Jankowski
Wyświetlony 7339 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.