Wydrukuj tę stronę
wtorek, 21 grudzień 2010 11:08

Dziwny komunizm, czyli podróż do Wietnamu

Napisane przez

I znowu złamaliśmy naszą zasadę - że nie podróżujemy do krajów komunistycznych. Nie mamy bowiem zamiaru wydawać tam naszych ciężko zarobionych pieniędzy. Pierwszy wyjątek zrobiliśmy w 1985 roku dla Chin, ze względu na ich prastarą kulturę...

Wtedy kraj ten dopiero otwierał się w stronę Zachodu i robił pierwsze kroki ku gospodarce rynkowej. Na ulicach morze rowerów, samochodów niewiele, a jeśli już, to jedynie rządowe. Wszyscy ubrani w waciaki w kolorze granatowym lub zielonym, wokół bieda i przygnębiająca szarzyzna. W ubiegłym roku znowu polecieliśmy do Chin. Tym razem, aby sprawdzić na ile ów cud gospodarczy, o którym prasa tyle pisze, jest faktem. To, co zobaczyliśmy, było jedną z największych niespodzianek naszego życia. W ciągu 15 lat kraj ten zrobił fenomenalny postęp. A Szanghaj to dziś jedno z piękniejszych, najbardziej interesujących miast świata - wielokolorowe miasto przyszłości, z najwspanialszą futurystyczną architekturą, jaką widziałam.

I choć w Pekinie, na Placu Niebiańskiego Spokoju nadal ustawiają się wciąż kolejki do Mauzoleum Mao TseTunga - rozłączenie ideologii od gospodarki dało zaskakujące rezultaty. Zresztą każdy wykształcony młody Chińczyk tylko czeka na śmierć komunizmu.
Tym razem polecieliśmy do Wietnamu, gdzie także - jeszcze w 1986 roku - została wprowadzona gospodarka rynkowa. Wielu moich amerykańskich kolegów-lekarzy, którzy przebywali tam podczas wojny wietnamskiej, wspominało piękno krajobrazu, ciekawą kuchnię i egzotyczną kulturę. Uznaliśmy, że warto zwiedzić kraj, w którym nie ma jeszcze hamburgerów MacDonalda, tym bardziej że cena wycieczki była bardzo atrakcyjna.
Miała to być konferencja medyczna - wyjazd połączony ze zwiedzaniem szpitali i spotkaniami z miejscowymi lekarzami. Niestety, w związku z wydarzeniami 11 września wszyscy inni członkowie naszej grupy zrezygnowali z wyjazdu. Skorzystaliśmy na tym my: mieliśmy osobistego przewodnika i samochód z szoferem, iście VIP-owskie przyjęcie. Nieocenionym i stosunkowo obiektywnym źródłem informacji okazał się nasz przewodnik Huang, który spędził cztery lata na studiach w Czechach, stąd trochę rozumie po... polsku!
Spodziewaliśmy się zastać ten przeludniony (78 milionów mieszkańców, żyjących na terenie trzykrotnie mniejszym od Polski) i zniszczony długimi wojnami kraj na poziomie Chin sprzed 15 lat, lecz ku naszemu zaskoczeniu obraz był znacznie korzystniejszy. Wprawdzie dochód miesięczny na głowę wynosi równowartość ok. 100 dol. amerykańskich - stopa życiowa Wietnamczyków odbiega od stereotypu i to znacznie. Hanoi (stolica kraju, dawniej stolica północnej, komunistycznej jego części) to dziś rozległe, tętniące życiem i pracą trzymilionowe miasto. Tamtejsze nowe lotnisko jest większe od naszego Okęcia, więcej - niż w Warszawie - buduje się tam autostrad, estakad, mostów. I choć samochód stanowi luksus - marzenie, pewnie - wygląda na to, że i to się wkrótce zmieni...
Zaraz po wjeździe na szosę prowadzącą do miasta uderza niesamowita ilość motorowerów i skuterów. Średnio co trzeci mieszkaniec większych miast ma taki pojazd. Poruszają się one nieprzerwanymi strumieniami po ulicach i szosach bez żadnego szacunku dla zasad ruchu drogowego. Środkowa linia jakby nie istniała, czerwone światła traktowane są jedynie jak sugestia ("a może by warto zwolnić?"), zielone to jedynie dekoracja ulicy. Na szczęście małe silniki nie pozwalają na osiągnięcie większej szybkości, stąd wypadków nie widać. Piesi zamykają oczy i przechodzą ulice, licząc na przytomność, a może litość, kierowców. Strach pomyśleć, co to będzie, gdy Wietnamczycy przesiądą się do samochodów...
Hanoi to starożytne miasto, uznane przez UNESCO za jedno z centrów światowego dziedzictwa. Jest tu kilka absolutnie pięknych, unikalnych świątyń buddyjskich - prawie 80 proc. ludności to wyznawcy buddyzmu, katolików (najszybciej rosnące wyznanie) jest już prawie 15 proc.
Tak jak w Moskwie Plac Czerwony i Mauzoleum Lenina, tak w Hanoi obowiązkiem każdego przybysza jest odwiedzić mauzoleum "wujka Ho", czyli Ho Chi Minha. Niestety, nie było nam dane zobaczyć wodza rewolucji (a widziałam już Lenina i Przewodniczącego Mao), gdyż akurat mauzoleum bylo zamknięte ze względu na doroczny remont. Złośliwi twierdzą, że polega to na doklejaniu do mumii nieco wosku. Czyżby Madame Tousseaud miała prace zlecone w Wietnamie? Aby nam wynagrodzić stratę, przewodnik zawiódł nas do willi "wujka Ho", skromnego domeczku, w którym Ho Chi Minh żył i pracował. Tym co nas poruszyło, była, stojąca w garażu... pobieda - "matka" naszej poczciwej warszawy. Łza się w oku kręci! Tyle wspomnień - widywaliśmy w Hanoi: moskwicze, łady a nawet wołgi.  
Zwiedzaliśmy także muzea etnograficzne, historyczne, fascynujące ekspozycje egzotycznej sztuki, ale tym, co nas naprawdę poruszyło, był sławny z amerykańskich filmów o Wietnamie, "Hanoi Hilton‶. Jest to więzienie, w którym w latach wojny więziono amerykańskich zestrzelonych pilotów. Jedynie twórcy filmowi dają świadectwo warunków, w jakich trzymano tam amerykańskich jeńców.
Wietnamczycy to bardzo przedsiębiorczy naród. Potwierdza się reguła, że nawet najprostsi ludzie, gdy im dać tylko trochę swobody, dokonują naprawdę niezwykłych wyczynów. Ruchliwość, energia Azjatów jest wręcz zaskakująca, a Wietnamczycy to podobno najbardziej energiczny naród regionu. W każdym domu na parterze jest sklep. Jeszcze przed ośmioma laty sklepy świeciły pustkami, dzisiaj różnorodny towar wylewa się na chodniki. Z braku domów towarowych ich rolę przejęły chodniki ulic. Każda ulica ma swoją specjalność. Tutaj kobiety w trójkątnych słomianych kapeluszach rozstawiają swoje straganiki, w których przygotowują smaczną żywność, tam znowu inne rozstawiają sklepiki z odzieżą czy japońskimi artykułami gospodarstwa domowego.
W programie miałam, oczywiście, wizytę w głównym szpitalu Hanoi. Wietnam ma cztery uczelnie medyczne, ale w całym kraju jest tylko 78 tys. lekarzy. Zresztą stosunek Wietnamczyków do nowoczesnej medycyny i służby zdrowia jest dość nieufny. Zwykle najpierw udają się do miejscowego "znachora", praktykującego tradycyjną medycynę, zbliżoną do chińskiej. Dopiero gdy to zawodzi, idą do lekarza. Szpital, który zwiedziłam, został przerobiony ze starego przez Japończyków, oni też wyposażyli go w nowoczesną aparaturę. Stare skrzydła szpitala są jednak przepełnione. Codziennym widokiem jest dwóch pacjentów dzielących jedno łóżko. Mimo iż Wietnam boryka się z problemami nędzy (w kwestiach zdrowotnych są to: choroby tropikalne, gruźlica i wysoka śmiertelność noworodków), widać, że zmiana na lepsze jest już w zasięgu ich możliwości...
Miasta tętnią życiem, na każdym kroku stawia się nowe domy, różniące się od starych, ubogich chatek wielkością i bogactwem wystroju. Ludziom powodzi się coraz lepiej. Byliśmy w wiosce pod Hanoi, gdzie wszyscy mieszkańcy produkują wyroby ceramiczne - piękny fajans o tradycyjnym i nowoczesnym wzornictwie. Zwiedzaliśmy przepiękną zatokę Halong Bay z bajkowym krajobrazem tysięcy stromych wysepek wynurzających się z morza. Wypłynęliśmy tam łodzią w kształcie smoka. Podano nam wspaniały posiłek - krewetki, kraby oraz "boską" rybę z rusztu. Macza się to w soli i pieprzu (osobiście wolę czosnkowe masełko) - palce lizać!
Wietnamskimi Liniami Lotniczymi - kraj ten dawno pozbył się iljuszynów czy tupolewów - dzisiaj latają tam wyłącznie nowoczesne boeingi czy airbusy - udaliśmy się na południe do miasta Hue. Jest to stara stolica ostatniej dynastii cesarskiej, ze zbudowaną 200 lat temu wielką cytadelą, na wzór warowni napoleońskich, oraz "Purpurowym Zakazanym Miastem", jak nazywano niegdyś pałac cesarski. Są też dwa wielkie cesarskie mauzolea.
Nie obyło się bez małej przygody. Do wybrzeża Pacyfiku zbliżał się akurat potężny tajfun Lingling. Ten sam, który kilka dni wcześniej poczynił spustoszenia na Filipinach. Lotnisko w Hue było zamknięte, musieliśmy więc część drogi powrotnej - do miasta Da Nang - przejechać samochodem. Po powrocie do Ho Chi Minh (zwanego coraz częściej ponownie... Sajgonem) dowiedzieliśmy się, że wkrótce po naszym pobycie tam wezbrane rzeki zalały okoliczne miasteczka i wioski, w tym także, znajdującą się w budowie "czteropasmówkę" Północ-Południe, którą jechaliśmy zaledwie kilka godzin wcześniej. Z Da Nang szczęśliwie dolecieliśmy do Ho Chi Minh City.
Swego rodzaju zaskoczeniem była otwartość napotykanych przez nas ludzi, w tym także "urzędowych" przewodników. Jeden z nich, sympatyczny młodzieniec o imieniu Tri bez charakterystycznego dla ludzi komuny owijania w bawełnę opowiadał o różnicach między Wietnamem Północnym a Południowym, o cierpieniach, jakie komunistyczna Północ zadała ludziom z Południa. Nie ukrywał, że pochodzi z Południa, gdzie nienawiść do komunizmu jest wciąż głęboka. "Oni nam zabrali wszystko; majątek, ziemię i duszę". Ojciec Tri był żołnierzem armii południowego Wietnamu, walczył u boku wojsk amerykańskich. Po zakończeniu wojny skazano go na dwa lata obozu, w celu "prania" mózgu. Po wyroku całą rodzinę wypędzono na wieś na północ. Do dzisiaj ci, którzy w czasie wojny z Amerykanami zamieszkiwali po stronie Republiki Wietnamskiej, czyli na południe od 17. równoleżnika, nie mogą piastować żadnych stanowisk rządowych czy oficjalnych. Zakaz ten dotyczy nawet ich dzieci. Ale i to - mówi Tri - się wkrótce zmieni. Komunizm staje się w Wietnamie, podobnie, jak i w Chinach, jedynie atrapą, uzasadniającą istnienie warstwy uprzywilejowanych rewolucjonistów.
Tri namawia nas na kolejną wizytę w Wietnamie już za pięć lat. Tyle czasu, jego zdaniem, potrzeba, aby komunizm rozpadł się tam pod naporem przedsiębiorczości i zbiorowego wysiłku...
 
Ewa M. Buch
 
Dr Ewa M. Buch mieszka w okolicach Chicago. Jest absolwentką warszawskiej AM, specjalistą anestezjologiem, przez lata pracowała w wojskowej służbie zdrowia, awansując do stopnia pułkownika.
Wyświetlony 9442 razy
Ewa M. Buch

Artykuły powiązane

Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.