wtorek, 21 grudzień 2010 12:22

Etatystyczne brednie (1)

Napisał

Różnej maści socjaliści, niezależnie od tego, czy są to faszyści, naziści, komuniści, socjaldemokraci, nacjonaliści, feminiści czy też ekolodzy, przekonują cały świat o rzekomych defektach rynku, który według ich logiki nie jest samooczyszczającym się organizmem. Straszą nas maszynami, brakiem jedzenia, niedoborami, kryzysami, konsumpcjonizmem, dyskryminacją i biedą. Największym jednak wymysłem, jaki udało im się wcisnąć do współczesnej ekonomii, jest koncepcja "monopolu rynkowego".

 

Rynek jest mechanizmem opierającym się na pewnych uniwersalnych zasadach, które określane są przez naturalne zachowania ludzi i system prawny gwarantujący ochronę własność i wolności. Człowiek jest z natury przedsiębiorcą, który zamierza stawić czoła preferencjom konsumenta, dlatego jest gotów zrobić wiele dla usatysfakcjonowania swojej klienteli. Jednakże jego inicjatywa i pomysłowość mogą okazać się niewystarczające, toteż w procesie zaspokajania potrzeb jest wspomagany przez rywali, próbujących go wyprzedzić w realizacji jakiegoś pomysłu. Ten wspaniały odruch rywalizacji został nazwany przez ekonomistów wolną konkurencją, której nie powinien ograniczać żaden rząd, choć historia pokazuje coś dokładnie odwrotnego. Władza niszczyła swobodę, przez co promowała wąskie grupy interesu. Doprowadziła do całkowitej nacjonalizacji pieniądza i wielu dziedzin gospodarki, a część sektorów poddała swojemu widzimisię pod plakietką "ochraniania konsumenta". Próżno szukać moralnego uzasadnienia dla takiego postępowania, w wyniku czego etatystyczne doktryny cierpią na etyczną pustkę, która jest wypełniona albo nic nie znaczącymi frazesami, albo matematycznymi sloganami, wbijanymi do głów przez zwyrodniałych keynesistów.

Spróbujmy zdefiniować prawdziwie wolnorynkowy system, który w żaden sposób nie ogranicza wolnej konkurencji, a wprost przeciwnie - poddaje rynek weryfikacji konsumenta i jego indywidualnych zachcianek. Demokracja odbiorców, a nawet ich dyktat powinien być kluczowym czynnikiem warunkującym procesy podziału, produkcji i dystrybucji. Odwołajmy się do koncepcji państwa minimum, jakie zajmuje pozycję "stróża nocnego". Każda jednostka zgodnie z prawami do rozporządzania swoimi bogactwami może w wyniku swobodnej wymiany i umowy przekazać swoje prawa innej osobie. W ten sposób niezależnie od decyzji władz mogę handlować i pozbywać się swoich udziałów w firmie. Na rynku panuje pełny subiektywizm i coś, co dla mnie jest warte ogromne pieniądze, wcale nie musi być warte czegokolwiek dla kogoś innego. Filatelista jest gotów wyłożyć ogromną gotówkę za dziewiętnastowieczny znaczek pocztowy, podczas gdy makler giełdowy nie dałby za niego funta kłaków. Indywidualne gusta i suwerenne decyzję stanowią fundament wolnego społeczeństwa.

Miliony jednostek to są miliardy subiektywnych informacji, jakich nie jest w stanie zauważyć państwo, a co dopiero mówić o centralnym planowaniu i administracyjnym zaspokajaniu gustów. W celu usatysfakcjonowania klientów każdy przedsiębiorca wychodzi naprzeciw poszczególnym potrzebom. Obniża koszty, poprawia jakość swojego produktu, przeprowadza szereg promocji i zachęca konsumenta do zainteresowania się jego produktem. Jeśli nie dokonuje przy tym inwazji na czyjąś własność lub wolność, nie może zostać w żaden sposób ograniczony przez władzę. Wymieńmy krótko zasady wolnej konkurencji - swoboda wejścia i wyjścia z rynku, brak interwencjonizmu i autorytarnej biurokracji, woluntarystyczna wymiana oparta o indywidualne umowy.

Jak w takim razie powstaje na rynku coś takiego jak "rynkowy monopol"? Sęk w tym, że coś takiego nigdy powstać nie może! Monopol ma w swoją definicje wpisane słowo "przymus". I nie jest to bynajmniej reżym rynkowy, jaki nakazuje obywatelom roztropność i oszczędność (co niektórzy szaleni socjaliści nazywają ograniczaniem wolności), ale jest to siłowa ingerencja przeprowadzona przez instytucje państwowe. Obowiązkowe korzystanie z usług jednego molocha forsowane przez aparat przymusu legislacją napiętnowaną przez podejrzenia korupcji. Nie ma wątpliwości co do tego, że jest to złamanie podstawowej zasady wolnej konkurencji - swobody wejścia i wyjścia z rynku. Monopol jest wyłącznością, jaka nigdy nie powstanie na wolnym nieskrępowanym rynku, ponieważ nie ma żadnych prawnych ograniczeń, które do takiej sytuacji mogą doprowadzić. Widzimy w takim razie, że "monopol rynkowy" to etatystyczny wymysł, który należy jak najszybciej zakwalifikować do grona fantazyjnych oksymoronów. Na rynku można co najwyżej mówić o dominacji jednego przedsiębiorstwa. Niektórzy mogą sądzić, że jest to sytuacja niebezpieczna, ale czy na pewno mają rację?

Wróćmy na chwilę do zasad wolnej konkurencji. Wyraźnie mówią one, że zadaniem każdej firmy jest sprostać wymaganiom społeczeństwa i jego indywidualnym zachciankom. Przedsiębiorca zatem staje przed trudną i żmudną drogą, jaką musi przejść, aby zyskać sobie grono konsumentów. Załóżmy, że udaje się mu zająć dominującą pozycję na rynku, zastanówmy się więc, skąd pojawił się taki stan rzeczy w gospodarce wolnorynkowej. Przyjmujemy, że obszar, w jakim działa producent, jest czysto i nieskrępowanie wolnorynkowy, w takim razie nie mógł on ani zabić rywali, ani ich okraść. Co więcej, nie miał prawa zastraszać klientów i szantażować ich, nakazując im kupowanie jego produktów. W żaden sposób również nie mógł zwrócić się do władz - obojętnie czy centralnych, czy lokalnych (dziś jest to zjawisko bardzo powszechne i charakterystyczne, również zresztą dla całej historii gospodarczej świata) i namówić ich do ograniczenia pola działania konkurentów. Jak w takim razie doszło do tego, że stał się "rynkowym monopolistą"? Odpowiedź może być jedna i bardzo prosta - usatysfakcjonował tak ogromną rzeszę konsumentów, że wszyscy jego konkurenci nie byli w stanie zapewnić im większej użyteczności. Jest to zwyczajne zwycięstwo w wyścigu, w którym ustalone są jasne i precyzyjne reguły, jakich należy się trzymać. Czy można nazwać Michaela Jordana nieuczciwym konkurentem, skoro wygrywa zgodnie z przepisami; nie przekupuje sędziów, nie bije kibiców i nie podstawia haków kolegom z przeciwnej drużyny?

Widzimy wyraźnie, że tylko niemoralna władza uznaje taki stan rzeczy za "nieuczciwą konkurencję" - co może być złego w tym, że ktoś wykorzystał klarowne zasady do tego, żeby w pełni sprostać preferencjom konsumenta? Nikt nie kazał im kupować produktów giganta, który zdominował rynek, ale oni sami się na to zdecydowali. Tak więc wszystko zaszło zgodnie z wcześniej przyjętymi zasadami i nie ma mowy o jakimkolwiek przekręcie, bo te dopiero zaczynają się w momencie powstawania "prawa antytrustowego".

Przeanalizujmy, dlaczego i skąd pojawia się nagła potrzeba ograniczenia wolnej konkurencji, gdyż tak właśnie należy nazwać "prawo antymonopolowe". Nie może ona brać się od konsumentów, od kiedy ci są suwerenni w swoich decyzjach i sami określają kształt rynku. Już wyczuwamy w tym jakieś krętactwo, ponieważ zostaje złamana zasada dyktatu konsumenta. Na naszych oczach dokonuje się bezwstydna i brutalna ingerencja w rynek i to przez... konkurentów producenta, jaki w ogromnej mierze usatysfakcjonował odbiorców! Dochodzi do jawnego pogwałcenia zasad wolnej konkurencji, w której nikt nie miał prawa zwracać się do władzy o pomoc. Tak właśnie zaczynają postępować konkurenci (zamiana demokracji konsumentów na oligarchię producentów), którzy idą po linii najmniejszego oporu w celu eliminacji zawodnika z przeciwnej drużyny. Takie antykonsumenckie prawo powstało na przełomie XIX i XX wieku, kiedy małe firmy zebrały się do tego, żeby wykosić z rynku Rockefellera. Dlaczego jednak nie mogły tego zrobić w ogólnie przyjęty sposób? Ano dlatego, że Rockefeller był najlepszy.

W XIX wieku coraz szybciej rozwijająca się gospodarka sięgała po coraz to nowsze technologie, które obniżały koszty produkcji. Rockefellerowi udało się obniżyć średnie koszty benzyny z 3 centów za galon do 0,3, co odbiło się na cenach, który skurczyły się z 30 centów do 5. Ekonomia skali, wzrost wydajności i efektywności doprowadziły do prawdziwego boomu, a Standard Oil coraz bardziej satysfakcjonował klientów. Czy można w takim układzie mówić o jakiejkolwiek monopolizacji? W żadnym wypadku - jedyną drogą do monopolizacji jest udzielenie patentu, wyłączności określonej firmie, która będzie mogła jako jedyna stosować określoną technologię. Kwestie własności intelektualnej są już innym problemem i zdecydowanie bardziej pasują do dywagacji na temat Microsoftu. Jednakże najbardziej zaskakujące jest to, że rynek cały czas dynamicznie się rozwijał i udział Standard Oil Company systematycznie spadał na korzyść reszty producentów. Ci jednak zamiast podejmować uczciwą walkę przeforsowali prawo, które pogwałciło święte i nienaruszalne reguły wolnej konkurencji. "Ochrona konsumenta" okazała się zwykłą grabieżą konsumenta i niemoralną inwazją na wolne społeczeństwo. Analogiczne głośnie sprawy antytrustowe to: American Tobacco, US Steel, Alcoa. Wszystkim towarzyszył dynamiczny rozwój i ogromna dominacja dużej firmy na rynku. Jednakże ceny ciągle spadały, a krytycy ciągle podkreślają, że będąc konsekwentnym powinno się rozbić Coca Colę, Intela i IBM. Takie jest prawo, ale jak na razie przyniosło ono same szkody.

Popatrzmy jeszcze na kwestię urzędów antymonopolowych. Jak mogą one działać skutecznie i bez podejrzeń o korupcję? Wyobraźmy sobie, że firma obniża ceny produktu - skąd urząd może wiedzieć, że jest to "nieuczciwa konkurencja"? Jak w ogóle da się obiektywnie ustalić taką ustawową hydrę i prawne brzydactwo? Kwestia definicji będzie leżała w autorytarnych łapskach reprezentantów aparatu przymusu, jaki będzie decydował, czy dana obniżka ceny wynika ze spadku kosztów, czy z chęci wyeliminowania konkurencji, co w rzeczywistości jest tożsame. Ofiarowanie ludziom prezentów też będzie sankcjonowane przez państwo - rok temu przed świętami Bożego Narodzenia jeden z wrocławskich sklepów obniżył cenę karpia do niewiele ponad dwóch złotych za kilogram. Klasyczny dumping przyniósł niesamowite efekty, bo chociaż firma dopłacała do każdej sprzedanej sztuki ryby, to wzrosła całkowita liczba klientów, którzy zwiększyli obroty firmy. I sklep był zadowolony, i konsumenci uszczęśliwieni.

Stąd wyrasta nam wyraźnie obraz władzy. Władzy i potęgi, jaka pragnie kierować życiem obywateli na zasadzie "sami wiemy lepiej, co jest dla was dobre". Suwerenne jednostki nie mogą być suwerenne, bo nie wiedzą, co robią. Kupujecie dobra tanie, a nie powinniście tak robić! To jest złe...! Oj, Lewiatanie, Lewiatanie - zastanów się, co robisz, albo przestań brać brudną kasę za niszczenie wolnej konkurencji.

Mateusz Machaj

Wyświetlony 10278 razy
Więcej w tej kategorii: « Prawica-lewica W obronie demokracji »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.