wtorek, 21 grudzień 2010 12:26

Z pamiętnika bezrobotnego

Napisała

Praktycznie wszystkie masowe media są zgodne, że być bezrobotnym to prawdziwa tragedia. Do tego ochoczo dołącza się także Kościół, który głęboko ubolewa nad losem bezrobotnych i jest pełen współczucia: Pracodawca cię zwolnił. On niczego nie rozumie. Ciężki krzyż, bezrobocie (cytat z jednego niedzielnego kazania). Poniższy tekst dedykujemy właśnie tym, którym tak bardzo ciąży los każdego pojedynczego bezrobotnego.

Historia ta, oparta na faktach (tzw. autentycznych), pokazuje, jak można było nadużywać systemu stworzonego na użytek UP (który zresztą powinien nazywać się po prostu UB czyli Urzędem Bezrobotnego). Nadużywać można wciąż, ale na szczęcie coraz mniej - co wskazuje na optymistyczny charakter zmian w ustawie o zatrudnieniu i przeciwdziałaniu bezrobociu.

7 czerwca 1994. Dzisiaj zarejestrowałam się w UP jako bezrobotna, razem z Wojtkiem i Łukaszem. Trochę było z tym zachodu, bo trzeba było stać w ogromnych kolejkach. Było też jednak w sumie fajnie, bo spotkałam mnóstwo znajomych - wszyscy maturzyści. Oczywiście, mamy nadzieję, że się dostaniemy na studia i ten jeden zasiłek, który dostaniemy za trzy miesiące, przyda się na spłatę wakacji, albo zostanie wydany na początku studiów. Jeśli się nie dostaniemy, to będzie dobrze chociaż mieć jakieś pieniądze na pocieszenie.
 7 lipca 1994. No tak, jedyny mankament tego UP to to, że raz na miesiąc trzeba się tam stawiać i do tego z Kartą bezrobotnego. Oczywiście, zdobyłam wymagane trzy pieczątki na tej karcie, idąc do dwóch najbliższych sklepów. W pierwszych dwóch się trochę wstydziłam i zastanawiałam się, co zrobię, jak zechcą mnie zatrudnić. W trzecim już nie, bo był to sklep rodziców kolegi z podstawówki. Po spełnieniu tego obowiązku bezrobotnego (bezrobotny musi być aktywny!), dostałam decyzję o przyznaniu mi zasiłku. Ale fajnie! A może dostałabym więcej zasiłku, gdyby cztery firmy nie chciały mnie zatrudnić?!?
7 sierpnia 1994. Dziś w UP rozmawiałam z kolegą, co zrobić, jak proponują tam jakąś pracę. Na szczęście można odmawiać 2 razy bez podania przyczyny. Tak czy owak, trzeba zacząć wymyślać dobre wykręty. Tak na wszelki wypadek.
8 września 1994. Dziś dostałam pierwszy i jedyny zasiłek dla bezrobotnego: 1426000 zł. Kupa forsy!
21 września 1994. No i wyrejestrowałam się z UP. Dostałam też jakieś zaświadczenie do emerytury. Mam nadzieję, że tego nie zgubię - najlepiej dać tacie na przechowanie. Dzięki temu papierkowi będę mogła pracować kilka miesięcy mniej, tzn. wcześniej przejść na emeryturę.
......................................
12 czerwca 2000. Dziś, po wielu latach odwiedziłam UP. Wciąż ten sam rozlatujący się budynek, a w nim ci sami lub podobni ludzie. Najbardziej mnie wnerwiają ci pijaczkowie, których oddech przyprawia mnie o omdlenie, i ich komentarze w stylu: "K..., łeb mi pęka, bo mam kaca, a muszę tu stać".
Znów jestem bezrobotną absolwentką, tym razem UW, a nie liceum. Dobrze, że z chwilą rejestracji jestem ubezpieczona na koszt UP. Jestem w ciąży, więc lepiej je mieć. Tym razem nie dostałam żadnej Karty bezrobotnego, na której w każdym miesiącu musiałam zdobyć pieczątki od różnych pracodawców, którzy odmówili mi pracy. To się nazywa postęp! Czyżby walka z biurokracją?
Niestety, nie dostałam tym razem prawa do zasiłku.
18 kwietnia 2001. Dziś byłam w UP - już trochę wyszłam z wprawy po urlopie macierzyńskim. Tym razem dostałam Kartę wizyt bezrobotnego (koniec walki z biurokracją). Znów jakaś kartka z tabelkami... Zapytałam panią z UP, po co mi ją dają, a ona na to, że był taki pomysł, żeby UP wpisywał na tej karcie propozycje pracy. Niestety, pomysł upadł, bo UP nie ma ofert - a kartki zostały. Na dole kartki jest napisane: "Kartę wizyt należy okazywać przy każdej bytności w Urzędzie", z tyłu: "O czym bezrobotny pamiętać powinien" wraz z odpowiednio wypunktowaną listą. Wreszcie ktoś o mnie dba i mówi jasno, co powinnam.
4 czerwca 2001. Dziś byłam w UP z moją dzidziulką. Pani zapytała po raz kolejny, czy składałam wniosek o rodzinne. Mówiła też, że powinnam ubezpieczyć dziecko, bo bezrobotny ma prawo ubezpieczyć członka rodziny. Odpowiedziałam jej, że nigdy w przychodni nikt mnie nie pytał o jego ubezpieczenie. Poza tym położna powiedziała mi, że dziecko i tak ma opiekę zdrowotną (do ukończenia jednego roku), nawet jeśli matka nie jest ubezpieczona. I zresztą mój syn nie ma jeszcze roczku. Pani z UP na to, że przepisy ZUS-owskie i UP nie są skorelowane, i że lepiej to dziś załatwić. No dobra, może i ma rację - lepiej mieć to z głowy teraz. Znowu ktoś wie, co powinnam (lub co jest dla mnie lepsze) i nawet sam mnie namawia do niepotrzebnego naciągania UP (czyli finansów publicznych). A tym kimś jest urzędnik UP. Niesamowite!
3 lipca 2001. Dziś dostałam termin w UP na 17 sierpnia. Nie będę mogła przyjść, bo jadę na wakacje. Chyba trzeba będzie wykombinować jakieś lewe zwolnienie.
UP przeniósł się do nowego budynku - tak samo ładny, jak nowy ZUS-u we Wrocławiu na Litomskiej, tylko mniejszy. No i nie wiem, czy ma klimatyzację. Chyba nie. Szkoda, bo straszny upał dzisiaj...
7 lipca 2001. Koleżanka z liceum ma znajomą, której mąż jest lekarzem. On mi napisze, że mam depresję poporodową i nie będę musiała chodzić do UP. Fajnie jest czasami mieć tyle okropnych hormonów!
30 września 2001. Zapytałam w UP, co zrobić, jeśli nie mogę przyjść w danym terminie wyznaczonym przez UP. Kobieta powiedziała, że mogę przyjść w dowolnym dniu i "zawiesić się". Oczywiście, musiała mi wytłumaczyć, o co chodzi z tym "zawieszaniem". Chodzi o to, że mogę napisać przy niej, że zgłaszam, że przez 29 dni nie jestem gotowa do pracy. Na Karcie wizyt bezrobotnego jest napisane, że: "bezrobotny to osoba nie pracująca, zdolna do pracy i gotowa do jej podjęcia oraz zarejestrowana (...) w powiatowym UP". No to jak: musi być gotowa czy nie? Lepiej nie wnikać w szczegóły.
 20 listopada 2001. Dziś sprawdziłam dokładniej o tym "zawieszaniu". Pani pokazała mi ustawę. Można się tak zawieszać w nieskończoność na te 29 dni. Według ustawy powinno podać się powód owego "zawieszenia", czyli móc nie przyjmować nawet żadnej oferowanej pracy. No i mnie nikt nie pytał o powód "zawieszenia", jak się raz "zawiesiłam".
14 marca 2002. Dziś urzędniczka UP po zapytaniu o pracującego męża i mojej odpowiedzi twierdzącej wręczyła mi do ręki oświadczenie do podpisania. Mówiło ono o tym, że UP nie będzie mnie już ubezpieczać, i że ma mnie zgłosić do ubezpieczenia mąż. Kurczę, znów jakieś papierowe załatwianie...Urzędniczka zaproponowała też, żebym się wyrejestrowała, bo przecież i tak mi pracy nie znajdą i to chodzenie do UP nie ma sensu. No dobra, pewnie chce mieć mniej pracy. No i wyrejestrowałam się.
Trudno powiedzieć ilu z tych trzech milionów polskich bezrobotnych może podejść i podchodzi tak beztrosko do swojej sytuacji (gdyż np. jego rodzice czy współmałżonek zarabia wystarczająco dużo). Jedno jest pewne: im więcej ulg czy przywilejów dla bezrobotnych, tym mniej chętnych do pracy. W Polsce tych gotowych do pracy jest jeszcze stosunkowo dużo. Szczególnie w porównaniu z Niemcami, gdzie bezrobotni są niechętni do pracy, bo mogą żyć sobie spokojnie i nieźle na koszt pozostałych obywateli. Oby u nas taki "raj" nigdy nie nadszedł.
Natalia i Matthew Dueho
Wyświetlony 9151 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.