wtorek, 21 grudzień 2010 13:48

Sprawiedliwość (a)społeczna

Napisane przez

Sprawiedliwość nie jest pojęciem prawnym, jak chciałoby nas dziś przekonać wielu publicystów. W jednym z najważniejszych tekstów chrześcijaństwa, Kazaniu na Górze, wśród ośmiu błogosławieństw dwukrotnie wymienieni są ci, "którzy łakną sprawiedliwości".

 
Dlaczego socjalistyczny rząd Francji zażądał usunięcia z Deklaracji Unii Europejskiej wzmianki o chrześcijańskich fundamentach Europy?
Żeby pojąć zapamiętałą niechęć socjalistów francuskich do religii, trzeba przypomnieć nie tylko całą, trzystuletnią prawie, historię walki filozofów i uczonych tego kraju z Kościołem (nawet Monteskiusz nie uniknął indeksu). Przede wszystkim musimy powrócić do "Listu do przyjaciela Niemca" Alberta Camusa - a dokładniej, do całej jego filozofii. Wyraża ona bowiem najjaśniej to, co skłania wrażliwych i inteligentnych ludzi do ateizmu: odczucie niesprawiedliwości.
Sprawiedliwość nie jest pojęciem prawnym, jak chciałoby nas dziś przekonać wielu publicystów. W jednym z najważniejszych tekstów chrześcijaństwa, Kazaniu na Górze, wśród ośmiu błogosławieństw dwukrotnie wymienieni są ci, "którzy łakną sprawiedliwości".
Pojęcie to jest w istocie potrzebą ładu: potrzebą wiedzy o tym, że świat zasadniczo rządzony jest przez Porządek, nie przez chaos. Dlatego mogła podbić świat tak trudna i abstrakcyjna idea, jak monoteizm (Nic lepiej nie przedstawia fundamentalnego przeciwieństwa świata przed i po Chrystusie jak praktykowany przez ostatnich starożytnych pogan w III wieku kult Fortuny: porzuciwszy wszystkich bogów, składali ofiary Przypadkowi).
Wspólną klęską socjalizmu i najnowszej teologii jest to, że do jasnego rzeczownika dodały zamulający wszystko przymiotnik. Chodzi o wyrażenie "sprawiedliwość społeczna".
Czy Ewangelie skierowane są tylko do jednostek, czy też mają odniesienie do całych społeczeństw? Jeśli odpowiedzieć pozytywnie na to drugie pytanie, to trzeba od razu dodać, że odnoszą się do tych kwestii w sposób symboliczny i metaforyczny. Na trzy dni przed śmiercią Chrystus wyraźnie mówi, że nie przyszedł wszczynać rewolucji politycznej: co cesarskie, mamy oddać cesarzowi.
Na ten temat nie wypowiadał się też żaden z Jego dwunastu uczniów. Dopiero neofita Paweł napisał, pragnąc rozproszyć obawy urzędników rzymskich, wtedy jeszcze neutralnych (niektórzy zresztą od razu zostali chrześcijanami), że nowa wiara nie zagraża cesarstwu, ponieważ "każda władza pochodzi od Boga". Niestety, jest to skrót myślowy równie trudny do przyjęcia, jak niektóre ścieżki górskie, skracające drogę, trudne są do przebycia. Zasadnicza wiara w zwycięstwo Boga nad złem prowadzi do wiary, iż istnieje sens wszystkiego, także okrucieństwa. Nie może to jednak oznaczać, że okrucieństwo ma sens.
Kościół przez prawie dwa tysiące lat miał oczywiste problemy z wyjaśnieniem tej najtrudniejszej kwestii, z jaką styka się rasa ludzka. Za każdym razem, gdy sprawiedliwość boską chciał zmienić w ludzką wkraczał na ryzykowną ścieżkę. Najsłynniejszym przykładem są farmy jezuitów w Paragwaju w XVIII wieku. Do dziś toczą się spory, czy było to społeczne miłosierdzie wobec dzikich, czy też prototyp dwudziestowiecznych obozów pracy przymusowej.
Zasadne jednak jest pytanie, na ile od 1800 roku cywilizacja europejska pozostała chrześcijańska. Data ta jest umowna, ale nie całkiem. Wtedy bowiem zrodziła się zapewne w umyśle Pierwszego Konsula Francji myśl, żeby po prostu zmusić papieża do przyjazdu do Paryża i do koronacji tego byłego protegowanego Robespierre'a (dokładnie: młodszego z braci Robespierre'ów). Równocześnie Thomas Jefferson w ogniu pierwszej prezydenckiej kampanii wyborczej napisał do rodaków: "Jeśli nie porzucicie obyczajów Europejczyków, pozostaniecie równie zepsuci jak oni, i za ich przykładem wkrótce zaczniecie (...) zniewalać i zabijać się wzajemnie".
Obaj wielcy politycy podobnie oceniali więc, choć z różnych kątów widzenia, stan chrześcijaństwa w Europie. Wkrótce potem Hegel dokona apoteozy państwa pruskiego, ceniąc w nim szczególnie polityczny nadzór nad duchowieństwem, Święte Przymierze ostatecznie oddziela inteligencję od wszystkich Kościołów: wystarczy przypomnieć sobie, z jaką pogardą traktują je bohaterzy Stendhala, Balzaka, George Sand czy Dostojewskiego. Socjalizm i komunizm wlewają się w tę wyrwę: książka Etienne Cabeta, utopisty komunistycznego, nazywa się "Prawdziwe chrześcijaństwo". Jednak radykalny pozytywizm pozostał w Anglii i Francji domeną inteligencji - na rozwodnienie i zanik społecznej funkcji Kościołów trzeba tam było poczekać aż do końca XX wieku.
Bardziej efektywne były II, a przede wszystkim III Rzesza Niemiecka: odcinające się w rzeczywistości od chrześcijaństwa - a zwłaszcza od katolicyzmu - choć utrzymujące pozory.
Pokonanie ich imperialistycznej "geopolityki" przyniosło pandemonium - które dla 90 proc. europejskich inteligentów stało się ostatecznym dowodem, że Bóg nie istnieje. Nie trzeba było być komunistą ani nawet lewicowcem, by wyciągnąć taki wniosek. W pisanym podczas wojny dzienniku Andrzeja Bobkowskiego znajdujemy pod datą 1 marca 1943 roku następujący zapis po lekturze Bierdiajewa: "Bierdiajew pisze między innymi: W 'Utopii' Tomasza Morusa swobodna zmiana zamieszkania wcale nie jest łatwa. W 'Utopii' Cabeta ukazuje się jedyny dziennik, dziennik rządowy, i istnienie organów prasy wolnej jest kategorycznie zabronione. Znało się źle utopie lub zapomniało się o nich... Okazuje się jednak, że są one bardziej wykonalne, niż myśleliśmy. I stajemy dziś przed pytaniem zgoła palącym: Jak uniknąć definitywnej realizacji utopii?".
Nie uniknęliśmy. Ale nie rozumiemy. "Do czego doszliśmy?" - pyta prawie każdy z nas. W tym pytaniu zawiera się właściwie cala nasza epoka, a w tych trzech słowach kryje się cały ogrom tragizmu naszych czasów. Pytanie to zaczyna ogarniać wszystko, przesiąkać wszędzie, układać się w wielki znak zapytania w każdym spojrzeniu milionów ludzi. Ci, co nie potrafią myśleć, c z u j ą, że stało się coś dziwnego, niezrozumiałego i potwornego. Odczuwa się to, co odczuwałby więzień, któremu obiecano wolność, a którego sprowadza się do coraz to niższych i ciemniejszych cel: gorycz rozczarowania, zdziwienie, strach i w końcu tępą rezygnację.
Myśl szuka odpowiedzi i tłucze się bezradnie w ramach jałowych rozumowań. Wojna? Nie. Wojna nie może być przyczyną, bo wojna jest zawsze tylko skutkiem. Jest tylko objawem długo tajonej choroby. Skutkiem czego? (...) Czym dalej się idzie, tym bardziej wszystko się wikła, tym większa tworzy się próżnia. Gdzieś dalej kończy się siła rozumu; cała inteligencja zawodzi w zetknięciu z rzeczywistością. Człowiek nie rozumie - i poddaje się.
Tymczasem to wszystko musi mieć przecież jakiś sens; musi się z czymś wiązać. (...) Dziś, w tej epoce, w której człowiek zaczyna się wstydzić tego, że jest człowiekiem, poddanie się myśli, powiedzenie sobie 'nie rozumiem' poniża jeszcze bardziej, zbliża jeszcze więcej do zwierzęcia, którym stawał się każdy z nas już od dawna. Nie czuliśmy tego - dziś widzimy. Bo jeśli nawet dziś miliony ludzi nie stały się jeszcze zwierzętami, to grozi im to w najbliższej przyszłości".
Otóż z perspektywy filozoficznej totalitaryzm był pewną odpowiedzią na pytanie o sens życia w świecie pozbawionym Boga. Odpowiedzią w pełni uzasadnioną, jeśli hipotezy Darwina dotyczące motyli i ptaków po prostu uogólni się i przeniesie na człowieka, uznając je za prawdę objawioną. Dla materialisty konsekwentnego bowiem wywód Bobkowskiego jest bezsensowny: oczywiście, że człowiek jest zwierzęciem; naturalnie, że samo z siebie życie nie ma sensu. Czy ktoś z nas umawiał się z własnymi rodzicami? Czy podpisywał jakiś kontrakt przed urodzeniem?
Albert Camus pisał w "Człowieku zbuntowanym": Od kiedy człowiek poddaje Boga osądowi moralnemu, zabija go w sobie. Lecz jaka jest wówczas zasada moralności? Neguje się Boga w imię sprawiedliwości, ale czy idea sprawiedliwości może być pojmowana bez idei Boga? Czy nie popadamy wówczas w absurd? (...) Nietzsche atakuje absurd frontalnie, by tym lepiej móc się z nim rozprawić: moralność to ostatnie upostaciowanie Boga; aby móc zacząć budować od nowa, trzeba je zniszczyć.
Ktoś, kto śledzi współczesną kulturę, wie, że to się udało. Tzw. wyższa literatura nie zna moralności - podobnie jak "artystyczne" kino czy "ambitny" teatr. Postmodernizm spełnił postulaty Heideggera i przekreślił wszystko, co odziedziczyliśmy od czasu Sokratesa. Wymazano z "dyskursu" (passez-moi l'expression grotesque, jak mawiał Witkacy) takie słowa jak tradycja, wierność, szlachetność, cnota, dobroć, grzech, piękno - i wszystko, co do nich przynależało. Cabet, Comte i Morus byliby zadziwieni, jak twórczo ich myśl rozwijają młodzi antropolodzy i socjolodzy, dla których każda tożsamość jest ksenofobią. Ziściła się już opisywana w 1990 r. przez Romana Zimanda "tendencja do zmiany na gorsze programów nauczania na renomowanych uniwersytetach amerykańskich. W ramach kultury białej i maskulinistycznej - choć bynajmniej nie zawsze tak czyniono - uczyć poszanowania dla innych. Kultura kolorowa, jak na razie uczy przede wszystkim nietolerancji i nienawiści do całej dotychczasowej kultury europejskiej. Łącznie z pogardą dla faktycznej wiedzy"1.
Borys Cyrulnik (ale przecież nie tylko on) pisał o tym, co dzieje się z ludźmi, którym odebrano poczucie przynależności społecznej: Człowiek bez przynależności trwa sam, w świecie rzeczy pozbawionych sensu, wegetując zależnie od przypadku.... Przypadek rzuca jednostkę bez przynależności w ręce tych, którzy chcą to wykorzystać. W grupach o słabej strukturze, gdzie wiele osób trwa w zawieszeniu, oczekując aż coś się zdarzy, pojawia się często jakiś zbawca lub guru, który nadaje wątpliwej wartości sens ich życiu - one zaś są szczęśliwe, że do kogoś należą. (Por. G. Mendel, "La Revolte contre le pere", 1968). (...) Świat pozbawiony zwyczajów jest światem prymitywnym, ograniczającym się do materii - podczas gdy świat pełen tradycji napełnia rzeczy historią, nadaje im sens i pozwala im być razem. Świat pozbawiony obyczajów, obrzędów i tradycji jest światem rozsypującym się, w którym jednostki pozbawione więzów solidarności, potykają się o siebie, spotykają się lub przeciwstawiają się sobie w miarę napotkanych bodźców lub potrzeb. Świat pełen tradycji wiąże natomiast i godzi jednostki między sobą, czyniąc z nich tkankę społeczną, do której należą i która ich wycisza i uspokaja.
Podobnie uważa socjolog Jerzy Axer z PAN, którego opinię znajdujemy w "Kulturze i społeczeństwie" nr 1, 1997: "Nie da się budować nowych stosunków bez leczenia choroby podstawowej - utraty poczucia tożsamości i zakorzenienia w tradycji". Nestor zaś włoskich socjologów, prof. Francesco Alberoni z Mediolanu stwierdził w swojej ostatniej książce pt. "Optymizm": Zauważamy natychmiast, kiedy kreatywność opuszcza jakieś przedsiębiorstwo, jakiś naród, jakąś epokę. Widzimy wtedy, że zmniejsza się wiara w siebie samych i w innych: we własne marzenia i własne możliwości. (...) Miejsce przedsiębiorcy, człowieka twórczego, zajmuje podejrzliwy i sceptyczny biurokrata.
Anomia to także apatia, widoczna choćby w niskiej frekwencji wyborczej, to wskaźniki rozwodów, alkoholizmu, narkomanii i prób samobójczych wśród młodzieży. To bezradność zwalnianych z pracy ludzi, którzy nawet mimo pomocy finansowej nie potrafią znaleźć sobie nowego miejsca w życiu.
To także chaos kulturowy, o jakim piszą socjolodzy (Tarkowska, 1993; Giza-Poleszczuk, 1991) - mający za przyczynę fakt, że zamiast spójnego przekazu moralno-kutturalnego, młodzież otrzymuje serwowany jej przez media i zagubionych dorosłych "śmietnik symboliczny" (B. Fatyga w: "Kulturowy wyraz przemian społecznych", praca zbiorowa, IFiS PAN 1993). To ogólne poczucie, że sprawiedliwość jest tylko dla cwanych i bezwzględnych - to znaczy nie ma jej w ogóle.
 
Piotr Skórzyński
 
1 Feminizm porusza prawdziwe problemy - zastanawiające jest jednak, jak błyskawicznie popadł w niewolę stereotypów rodem z tego właśnie "fallokratycznego maskulinizmu", który chce zwalczać. Kiedy Lynda Nead w książce "Akt kobiecy" pisze o konserwatywnych przeciwnikach pornografii, że posługują się oni takimi niejasnymi pojęciami jak miłość i cześć, to najwyraźniej nie pojmuje, że deprecjonując je, tym samym odbiera główną broń swoim towarzyszkom, które protestują przeciw uprzedmiotowieniu kobiety w tym "przemyśle". Sekundują jej w tym męscy bojownicy z tzw. obłudą i pruderią, którzy z wielką brawurą atakują wciąż tego dawno zdechłego smoka.
Ale dotyczy to całego feminizmu uważającego się za awangardę walki z konserwatyzmem i nie dostrzegającego, że to awangarda artystyczna począwszy od dadaizmu traktuje kobietę jako bierny obiekt żądzy i przemocy.
Wyświetlony 9400 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.