wtorek, 21 grudzień 2010 15:30

Językowa globalizacja

Napisane przez

Duch consensusu krąży intensywnie nad światem. Wszystkie oficjalne media krzyczą o potrzebie porozumienia się, o konieczności zrozumienia drugiego człowieka, o braterstwie i jedności rasy ludzkiej. Problem polega jednakże na tym, że nie wszyscy adresaci są w stanie zrozumieć kierowane do nich przesłania.

Czasem wynika to z tego, że przeszkadza im analfabetyzm. Spora część ludzkości wciąż jest nie czytaty i nie pisaty, co bynajmniej nie oznacza, że jest ona mniej szczęśliwa, ale tym niemniej stwarza to pewien problem w indoktrynowaniu jej. Nie przypadkiem komuniści po przejęciu władzy w każdym kraju ostro ruszali do walki z analfabetyzmem, aby móc uświadamiać ciemny lud za pomocą słowa pisanego. Jednakże nie we wszystkich państwach zwyciężyły rewolucje socjalistyczne czy burżuazyjne, bo trzeba przyznać, że w warunkach rozwiniętego kapitalizmu przeistaczającego się w imperializm też zasadniczo rozwiązano pozytywnie problem nauczenia mas czytania. W Trzecim Świecie (właściwie pojęcie to straciło już sens, ale wszak nadbudowa jest konserwatywna i przechowuje różne starocie) duży odsetek populacji nie psuje oczu lekturą i w związku z tym obojętny jest na wstępniaki New York Timesa czy innego Le Monde’a. Jednakże zawsze może przejrzeć zdjęcia w znalezionym na śmietnisku starym numerze.
W tym momencie przechodzimy na inny (wyższy?) etap rozwoju, a mianowicie wkraczamy do raju cywilizacji obrazkowej. W telewizji zasadniczo problem czytactwa odpada (oczywiście są napisy na końcu filmu, ale wtedy już ogląda się inny kanał), bo jest to medium ewidentnie gadające, a w związku z tym bardziej demokratyczne, a jednak CNN w wersji oryginalnej nie przez wszystkich zostanie w pełni przyswojony. Rzecz jasna nawet ci, co nie znają angielskiego, coś chwycą z prezentowanych aktów gwałtu lub walki z gwałtem, ale jednak choćby u Orwella obraz oddziałuje na równi z dźwiękiem i w związku z tym efekt może być niepełny. Warto przypomnieć, że prowadzone w Polsce i nie tylko badania wykazały, że większość ludzi nie rozumie zbyt skomplikowanych dla nich przesłań przeznaczonych ponoć dla ludu dzienników telewizyjnych (poza pogodą), a co dopiero, gdy występuje bariera językowa. Dlatego też walka o zlikwidowanie syndromu wieży Babel jest niezwykle istotna.
Problem dostrzegano zawsze i próbowano go rozwiązać np.w sposób najprostszy, czyli przez polityczne zjednoczenie poznanego świata i oficjalne narzucenie wszystkim języka zdobywców. To jest casus starożytnej łaciny. Eksperyment w jakimś stopniu się udał, tylko że pacjent zmarł. Śródziemnomorskie imperium pod naciskiem własnych słabości i barbarzyńców upadło, a na jego gruzach rozgościli się germańsko i słowiańskojęzyczni nieucy, posługujący się z uporem swoimi szorstkimi narzeczami. Mniej lub bardziej genetycznie czyści potomkowie Rzymian zapominali o frazach Wergilego i pracowali przez pokolenia nad szlifowaniem francuskiego, włoskiego czy hiszpańskiego. Zamknięta w kościelnych księgach łacina ładnie obumierała, podobnie jak w Bizancjum język starocerkiewno-słowiański. W świecie katolickim do reformacji elity posługiwały się co prawda łaciną, ale Luter dokończył dzieło Alaryka i nobilitował mowę prostego ludu.
Podobno natura abhorret vacuum i w związku z tym świecką łaciną epoki Oświecenia stał się w Europie francuski. Blask dworu Ludwika XIV (nota bene sporo przejęto tam z dworów włoskich, a przede wszystkim z hiszpańskiego) sprawił, że wszędzie próbowano go naśladować, czytać dzieła modne w Wersalu i oglądać odgrywane tam dramaty. Francuszczyzna rozlała się szeroką falą po Starym Kontynencie. Przypomnijmy sobie pogardę Filozofa z Saint-Souci dla rodzimego obyczaju i języka. Z lat szkolnych powinniśmy pamiętać lektury, w których kontuszowcy spierali się z wyfrakowanymi i czytającymi francuskie romanse fircykami. Kosmopolityczna arystokracja masowo zatrudniała nadsekwańskich preceptorów, których podaż znacznie wzrosła po 1789 r. W Rosji, gdy zaczęły się wojny z Napoleonem, niektórzy dworianie zaczęli się uczyć zapomnianego języka przodków, aby zademonstrować patriotyzm. Jednak w XIX w. stopniowo język Woltera i Rousseau zaczął ustępować miejsca językowi Ricarda i Smitha.           
Wraz ze słabnięciem Francji po napoleońskich awanturach i umacnianiem się Anglii na wszystkich kontynentach oraz morzach (Britannia rules in waves) angielski rozpychał się w przeróżnych zakątkach globu. Kanonierki ozdobione Union Jackiem przecierały szlak handlarzom (nation of shopkeepers), a ci rozprzestrzeniali rodzimą mowę. Im bardziej świat burżuazyjniał, merkantylizował się, tym częściej nuworysze pod różnymi szerokościami geograficznymi posługiwali się mową Szekspira. Proces ten trwa, pomimo tego, że londyńskie City znalazło się w cieniu Wall Street. Wszak Jankesi też są Anglosasami, choć wielu z nich miałoby problemy z rozszyfrowaniem tego pojęcia. To jednak nie ma dla nich większego znaczenia. Ważne jest, że nie muszą uczyć się języków obcych, bo inni na wyścigi opanowują language of world business. Wiadomo, że silniejszy dyktuje warunki. Dlatego też całe rzesze ludzi są przekonane, że angielski otworzy im drzwi na całym świecie i to samo będzie dotyczyć ich dzieci, wnuków etc. Pażiwiom, uwidim. Przyszłość jest otwartą księgą i jeszcze niejednym nas zaskoczy, a w teraźniejszości też bywa różnie.
Wystarczy posłuchać opowieści chociażby polskich studentów, którzy ze zdziwieniem stwierdzają, że na uniwersytetach w rozmaitych słynnych europejskich krajach, takich jak Francja, Hiszpania czy Włochy kadra nie posługuje się inną mową niż własna, wychodząc z założenia, że jeśli ktoś ma do nich interes, to niech mówi po ichniemu i trudno nie przyznać, że jest to zupełnie zdroworozsądkowe podejście. Tym bardziej spotkamy się z nim na europejskiej prowincji, gdzie naród mówi po swojemu i całkiem mu z tym dobrze. Starczy zazwyczaj zjechać z autostrady, by bez znajomości tubylczych słów mieć poważne problemy z porozumieniem się. Co prawda niektórym, szczególnie romańskojęzycznym Europejczykom, wydaje się, że operują angielskim, ale jest to wybitnie subiektywne przekonanie. Wprawia to w zdumienie szczególnie turystów z USA, którym nie mieści się w głowie, że co kilkadziesiąt kilometrów zmienia się mowa na coraz to inną, za każdym razem odmienną od tej w swoim paszporcie, ale na tym właśnie polega Europa. Na innych kontynentach (z wyjątkiem Australii) jest podobnie, a nawet jeszcze ciekawiej, bo różnice się zwiększają w związku z odmiennymi rodzinami językowymi, a na dodatek zdarzają się inne alfabety, a nawet pisma niealfabetyczne. 
A zatem w krajach nieanglojęzycznych pod cienką warstwą kosmopolitycznych menadżerów buszują pozostające w okowach językowej tradycji masy. Zdecydowana większość ludzi jest leniwa i nie uczy się, jeżeli nie jest do tego zmuszona. Niektórzy może by i chcieli, ale nie mają potrzeby ani specjalnej okazji. Im większy i starszy naród, tym bardziej zaspokaja go własna kultura i wyrażający ją język. Po co Francuz ma szukać jakichś egzotycznych straw kulturowych, skoro ma tyle książek w swoim języku. Religijni Persowie nie są w stanie przebić się przez mnóstwo komentarzy do Koranu, a oprócz tego mają jeszcze całe sterty poezji miłosnej Hafiza, Saadiego i innych. Porządny Chińczyk całe życie powinien spędzić na doskonaleniu sztuki pięknego pisania iluś tam tysięcy znaków, Japończyk ma się podniecać tworzeniem haiku, a Hindus sanskrytem i Wedami. Rosjanie mają duszoszczipatielnyje romanse, Puszkina, Dostojewskiego i Tołstoja. Niemcy czy Hiszpanie też mogą spokojnie się ukulturalniać bez wycieczek poza własny obszar językowy. Globalizacja, jeżeli ma się pogłębiać, może się odbywać jedynie kosztem oderwania od korzeni, spłycenia i de facto zanegowania dotychczasowej tradycji. Warunkiem sine qua non dalszego rozwoju tego procesu jest wychowanie nowego człowieka, homunculusa zapatrzonego w giełdowe wykresy i hollywoodzkie seriale. W jakimś stopniu to już się udało, tym niemniej wciąż jeszcze prawdziwe elity i prawdziwy lud mniej lub bardziej świadomie się bronią. Jedni tkwią w rodzimych wartościach z wyboru, drudzy z musu i dopiero wszechogarniająca urawniłowka może zmienić ten stan rzeczy, a do niej wciąż jeszcze daleko, gdyż pomimo upadku ZSRR świat wciąż jest podzielony na różne sposoby.
Można nawet powiedzieć, że upadek Muru zaburzył pewną równowagę również w zakresie językowych sfer wpływów. Onegdaj niektórym naiwnym (na przykład mnie w odległej epoce gierkowskiej) wydawało się, że podział świata jest trwały i w związku z tym na wschód od Łaby powinna wystarczyć znajomość rosyjskiego, a na zachód od tej słynnej rzeki angielskiego. Jednakże po krótkim choćby pobycie w takiej np. NRD można się było boleśnie przekonać, że jednak rzeczywistość jest bardziej skomplikowana. (Zdarzyło mi się kiedyś siedzieć bodajże w Lipsku na ławce i kontemplować rzeczywistość, której fragmentem były dwie Rosjanki uparcie pytające się w dźwięcznej ojczystej mowie o świątynię handlu i natrafiające ciągle na nieprzekraczalną barierę językową. W końcu podeszły do mnie i zadały standardowe pytanie: Gdie zdies’ targowyj centr?, na które grzecznie odpowiedziałem zgodnie z prawdą pokazując jedynie słuszny kierunek. Wówczas zapytały kim jestem, a ja przedstawiłem się jako Polak, co młodsza skwitowała znamiennym: poczti swoj, po czym oddaliły się, a ja usłyszałem jeszcze, jak starsza triumfalnie powiedziała do drugiej: A szto, nie gawariła tiebie, szto zdies; znajut ruskij?). Pomimo wielu lat nauki rosyjskiego w szkole jego znajomość w sojuszniczych krajach pozastawiała wiele do życzenia. Potem się okazało, że nawet w samym Kraju Rad były z tym problemy - szczególnie w Środkowej Azji, gdzie spora część poborowych posługiwała się tylko rodzimą mową. Aktualnie rosyjski ewidentnie się cofa, choć oczywiście pozostaje ważnym i dużym językiem, ale dla umownego Zachodu tak samo egzotycznym jak był lat temu powiedzmy sto. Pod tym względem mocarstwowe wysiłki przyniosły niewielkie efekty.
Teraz zmienimy oś rozważań i rozważymy problem na linii Północ-Południe. Południe dzieli się na skolonizowane i nieskolonializowane. To pierwsze z kolei albo zostało onegdaj podbite przez Anglosasów albo przez kogoś innego. Anglosasów zostawmy sobie na potem. Ci inni to Hiszpanie, Francuzi, Niemcy, Holendrzy, Włosi, Belgowie i Duńczycy oraz - last but not least - Portugalczycy. Niewątpliwie wypływający niegdyś z Palos i innych europejskich portów zdobywcy służyli sprawie unifikacji, gdyż narzucali kolorowym ludom języki Starego Kontynentu, co ułatwiało porozumiewanie się na różnych kontynentach. Ciekawe zatem jest, ile z tego pozostało.
Duński jest językiem urzędowym na autonomicznej Grenlandii (największa współcześnie kolonia na świecie), gdzie Eskimosi przechowali jednak swoją mowę. W byłym belgijskim Kongo francuski jest ciągle językiem urzędowym, dzięki któremu różne murzyńskie ludy mogą się porozumiewać (Paradoksalnie w byłej metropolii francuski jest już mniej ważny, bo oprócz niego oficjalny status uzyskały niderlandzki i niemiecki). W Rwandzie oraz Burundi francuski jest stawiany przez władze na równi z kirundi (kinya-ruanda), a poza tym dość powszechna jest znajomość wschodnioafrykańskiej lingua franca, czyli suahili. (W skali Czarnej Afryki urzędowy status języka plemiennego jest rzadkim zjawiskiem i wynika on z niewielkiego obszaru tych państw, w związku z czym nie są one zamieszkane przez liczne, odmiennojęzyczne plemiona). Z niemieckiego, krótkotrwałego kolonializmu pozostało tylko osadnictwo w Namibii, gdzie w stolicy kraju Windhoeku ciągle główna ulica nazywa się Göringstrasse na cześć ojca Hermanna - niegdysiejszego gubernatora Afryki Południowo-Zachodniej, jednak języki urzędowe to angielski i afrikaans. Z kolei po Holendrach pozostał niderlandzki w Surinamie (oczywiście również na wciąż nie wyzwolonych holenderskich Antylach). W południowej Afryce używa się wspomnianego już afrikaans, czyli mieszanki języka macierzy z miejscowymi dialektami (murzyni używają oprócz swoich narzeczy wyłącznie angielskiego), natomiast w Indonezji króluje bazarowy malajski (bahasa indonesia) i zdaje się, że tylko nieliczni inteligenci znają jeszcze język byłych panów. Podobny układ odnajdziemy w Libii, gdzie mało kto pamięta o włoskim. Podobno nieco inaczej jest w byłym włoskim Somali oraz Erytrei, gdzie ponoć można pogadać w języku Dantego (nie mówimy tutaj o Albanii, bo to wszak Europa, ale faktem jest, że Arnauci błyskawicznie uczą się obcych języków, w tym przede wszystkim tego, którym posługiwali się faszystowscy okupanci). Francuski utrzymał swój stan posiadania w Czarnej Afryce, częściowo na północy tego kontynentu (w Algierii trwa konsekwentna kampania arabizacji) natomiast w Indochinach uległ językom miejscowych, starych kultur. Przechodząc do Portugalczyków skonstatujemy, iż ich trud nie poszedł na marne, gdyż byłe kolonie nie wyrzekły się szeleszczącej mowy luzytańskiej. Podobnie ma się sprawa ze spadkiem po Hiszpanach, może oprócz Filipin, ale nawet tam (oficjalne języki - angielski i tagalog) sporo ludzi mówi wciąż po kastylijsku, bo przecież to katolicki język. Co ciekawsze w Ameryce ma miejsce ewidentna reconquista na północ od Rio Grande. Setki tysięcy chicanos napływają na utracone niegdyś przez ojczyznę terytoria i nie mają najmniejszego zamiaru uczyć się języka gringos.
Summa summarum należałoby stwierdzić, że stare i świadome siebie cywilizacje Starego Świata albo nie zaznały kolonizacji albo bez większego wysiłku utrzymały własne obyczaje, religie (katolickie dziś Filipiny były daleko od przedkolonialnych centrów cywilizacyjnych) i języki. Dawne cywilizacje Nowego Świata widocznie były ułomne, skoro nie potrafiły przetrwać i aż tak zostały zdominowane przez zdobywców. Nie darmo większość zachodniej hemisfery nosi nazwę Ameryki Łacińskiej. Hiszpański i portugalski panują tam niemalże niepodzielnie. Jedynym ciekawym wyjątkiem jest Paragwaj, gdzie obok kastylijskiego językiem urzędowym jest guarani, ale jest to państwo małe, z drugiego szeregu.
Powracając teraz do Anglosasów, to jak najbardziej mieszczą się oni w wyżej przedstawionym schemacie. Ameryka Północna była zamieszkana przez nielicznych koczowników, którzy musieli ulec bladym twarzom. Podobnie było w Australii i na Nowej Zelandii. W Afryce angielski albo, jak w przypadku Nigerii, umożliwia konwersację między wielkimi plemionami (ludami?) albo dzieli uprzywilejowaną pozycję z językami miejscowymi (suahili w Tanzanii, afrikaans w RPA, sesotho w Lesotho, siswati w Suazi) albo ją utracił - tak się stało w Sudanie, gdzie władze lansuja arabski, choć zbuntowane południe kraju nie bardzo się na to godzi. W Azji byłe kolonie odrzuciły angielski wraz z kolonializmem, z ograniczonym wyjątkiem szalenie zróżnicowanych Indii, gdzie angielski jako neutralny jest, choć często niechętnie, akceptowany jako wspólny mianownik przez aryjską północ i drawidyjskie południe. W Bangladeszu, Nepalu i Bhutanie nie ma takiej potrzeby, w związku z czym zwyciężyły tam rodzime języki subkontynentu. Zatem generalnie Azja pozostała azjatycka i przetrzymała najazd przybyszów, którzy nie byli w stanie przezwyciężyć jej biernego oporu.
Na podstawie tych i innych danych możemy stwierdzić z całą odpowiedzialnością, że ekspansja języków europejskich udała się tylko częściowo, a w wielu przypadkach doprowadziła do efektu odwrotnego w postaci odświeżenia, konsolidacji i ekspansji języków tubylczych, którymi posługują się emigranci tworzący coraz liczniejsze getta (tzw. IV Świat) w metropoliach Starego Kontynentu. Gołym okiem widać, że francuski jest coraz słabszy w północnej Afryce, a w takiej Marsylii jego pozycja też już nie jest taka hegemoniczna jak kilkadziesiąt lat temu. Skoro wchodzimy podobno w Nowe Średniowiecze, to warto pamiętać, że w tamtym Zapireneje było arabskie, a Turcy opanowywali Bałkany. Co prawda udało się po sporych wysiłkach oczyścić oba półwyspy z przybyszów i z ich mowy (w miejscowych językach co prawda pozostały liczne ślady ), ale nie wiadomo, jak będzie następnym razem. Rozumując demokratycznie ci, których jest więcej mają rację, a na polu rozrodczości Europa (z wyjątkiem przeważnie muzułmańskiej Albanii) przegrywa z kretesem. W każdym razie należy się liczyć z powtórką wariantu z południowych stanów USA w południowej Europie. Potencjał arabskiego i tureckiego rośnie nieustannie. W samej Turcji mamy do czynienia z nasilającym się ruchem negowania dokonań rewolucji kemalistowskiej i powrotu do tradycji. Jedna po drugiej powstają koraniczne szkoły, gdzie nie naucza się jak w państwowych placówkach angielskiego, lecz arabskiego. Znów gorący hamsun ze świętej Mekki marszczy powierzchnię Bosforu. Studentki w Konstantynopolu zrzucają dżinsowe wdzianka i szukają w szafach strojów swoich prababek oraz zakurzonych dywaników modlitewnych. Któż oprze się wołaniu wschodnich przestrzeni? Wszak Europa to kartoflisko, a ex Oriente lux.
Zjawisko odwrócenia się od Zachodu ma liczne konsekwencje, w tym również językowe. Rewolucja w Persji polegała między innymi na tym, że tłumy niszczyły kina, w których wyświetlano nieprzyzwoite filmy anglojęzyczne. Jeżeli konflikt cywilizacji ma narastać, to będzie się on wyrażał również w niezwykle ostrożnym podejściu do języka Wielkiego Szatana (Przypomnijmy sobie nasze władze komunistyczne, nie pozwalające na naukę niemieckiego na Górnym Śląsku). Rzecz jasna w kontaktach między muzułmanami a konfucjanistami język wroga może być z obrzydzeniem używany (jak w 1848 r. na Kongresie Słowiańskim w Pradze, gdzie mówiono po niemiecku), ale poza wąską warstwą rządzącej elity wcale a wcale. Tak jak w Rosji pomimo wszelkich reform i rewolucji, choć w tej ostatniej stosunek do zachodniaków jest znacznie życzliwszy.
 Ktoś zaraz oświadczy, że postęp techniczny, komputeryzacja itp. wymusi wbrew woli rządzących zwycięski marsz języka Jankesów. Skontrujemy w ten sposób, że na determinizmie już niejeden się przejechał. Lat temu 250 to samo (z większym akcentem na kulturę) myślano zapewne o francuskim, no i proszę bardzo - w Polsce, gdzie jeszcze przed wojną każdy półinteligent śnił o Paryżu - dzisiaj do francuszczyzny przyznaje się raptem 6% ankietowanych, czyli zaledwie o 3% więcej niż do włoskiego. Nic nie jest dane raz na zawsze i kobyła historii uparcie nie chce dać się zajeździć. Imperium Americanum trwa, ale nie wiadomo jak długo, a wraz z jego upadkiem rozpocznie się odwrót angielskiego. Zjawisko to może się połączyć z ogólnym kryzysem, który nieuchronnie osłabi komunikację międzynarodową i wzmocni znaczenie języków regionalnych. Qui vivra, verra.
Nawet jeżeli ten czarny scenariusz się nie sprawdzi i przez kilkadziesiąt najbliższych lat układ globalny pozostanie bez większych zmian, to i tak wrodzone ludzkie lenistwo będzie powodować, iż zdecydowana większość rodzaju ludzkiego od kołyski do grobu będzie posługiwać się jednym, matczynym językiem niezależnie od polityki rządów i stopnia upowszechnienia edukacji. Niewiele tu pomogą eksperymentu w rodzaju volapüku czy esperanto (kto jeszcze o nim pamięta?). Historia pokazała dobitnie, że żaden język, bez względu na to, czy jest sztuczny czy żywy, nie ma szansy na trwałą i bezwzględną dominację planetarną. Świat jest skomplikowany i nie ma na to rady. 
Artur Ławniczak
Wyświetlony 8999 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.