Wydrukuj tę stronę
wtorek, 21 grudzień 2010 15:32

Oblicza globalizacji

Napisał

Dla człowieka wyedukowanego na politgramocie i tzw. "materialistycznym pojmowaniu dziejów" sprawa wygląda tak: najpierw był chaos, potem chaotyczna materia podzieliła się na nieorganiczną i organiczną.

Ta nieorganiczna jakby zatrzymała się w rozwoju, podczas gdy organiczna zaczęła ewoluować. Wskutek tego powstało życie, które z kolei podzieliło się na roślinne i zwierzęce. Ewoluowało ono w dalszym ciągu, dzięki czemu powstał człowiek. Człowiek, któremu byt określa świadomość, zaczął tworzyć cywilizację i w ten sposób pojawiły się rodziny, potem rody i plemiona. Z tych plemion potworzyły się narody. Rodziny, rody, plemiona i narody wytwarzały też organizację polityczną i tak oto pojawiło się państwo. Ponieważ narody nie są ostatnim, końcowym ogniwem ewolucji, przeto ewoluują nadal, dążąc do utworzenia "Ludzkości". Ta "Ludzkość" też potrzebuje organizacji politycznej (kto mówi, a kto słucha), więc już wkrótce wytworzy "rząd światowy": "związek nasz bratni ogarnie ludzki ród". Wtedy ewolucja się zakończy, bo nie będzie można już w nic innego ewoluować i nastąpi okres wiecznej szczęśliwości. To zatrzymanie ewolucji nazywane jest dzisiaj również globalizacją. Jedna "Ludzkość", jeden rząd... O Umiłowanym Przywódcy przezornie nikt jeszcze nie wspomina, ale sami przecież wiemy, że musi pojawić się jakieś Słońce Ludzkości.
Dla człowieka odnoszącego się sceptycznie do materialistycznego pojmowania dziejów, sprawa globalizacji nie jest taka oczywista. Jeśli gatunek ludzki jest częścią przyrody, czemu chyba zaprzeczyć niepodobna, to, chcąc nie chcąc, podlega i on prawom rządzącym zachowaniem się gatunków. Konrad Lorenz sugeruje nawet, że być może większość ludzkich zachowań uważanych przez nas za całkowicie racjonalne, ma w gruncie rzeczy podłoże instynktowne, tylko my, wskutek pychy, nie chcemy do tego się przyznać.
Rozważając tedy z tego punktu widzenia proces ewolucyjny możemy przyjąć, że polegał on na stopniowym przechodzeniu gromad ludzkich ze stanu pierwotnej dzikości, a więc od formy stad anonimowych, do formy stad hierarchicznych: rodziny, rodu, plemienia i narodu. Wspomniany Konrad Lorenz w książce "Tak zwane zło" definiuje pojęcie stada w sposób następujący: "Pojęcie stada określa fakt, że osobniki tego samego gatunku reagują na siebie wzajemnie psychicznym zwracaniem się ku sobie, to znaczy, że trzymają się razem dzięki sposobom zachowania się, które jeden lub więcej osobników wyzwala u pozostałych". Inaczej chyba nie moglibyśmy wyjaśnić przyczyny, dla której często bardzo wiele osobników tego samego gatunku wędruje w tym samym kierunku. Według Lorenza najpierwotniejszą formą społeczeństwa jest stado anonimowe, tj. takie, wewnątrz którego nie istnieje żadna struktura organizacyjna, ani hierarchia. Warto zapoznać się z jego uwagami o funkcjonowaniu takiego stada: "wielka ławica drobnych i ciasno stłoczonych rybek stanowi żałosny obraz niezdecydowania. Raz po raz powstaje w niej mały prąd przedsiębiorczych pojedynczych zwierząt, wysuwających się niczym nibynóżka ameby. Im bardziej się takie pseudopodium wydłuża, tym staje się cieńsze i tym wyraźniejsze staje się dążenie w kierunku jego długości - aż zwykle cały ten wypad kończy się paniczną ucieczką z powrotem do trzonu ławicy. Możemy doprawdy dostać zawrotu głowy patrząc na to miotanie się, nabrać poważnych wątpliwości co do korzyści form demokratycznych i zacząć nieomal skłaniać się ku polityce prawicowej".
Ale bywają wyjątki. Oto jednej rybie usunięto operacyjnie część przodomózgowia. Mogła ona widzieć, pływać i jeść jak ryba normalna tyle, że nawet jeśli wysunęła się poza ławicę i żadna inna ryba za nią nie popłynęła, było jej to obojętne. Okazało się, że właśnie za taką rybą popłynęła cała ławica! Ryba okaleczona, nienormalna, ryba-półgłówek stała się przewodnikiem stada anonimowego właśnie wskutek swego upośledzenia.
O ile w bardziej rozwiniętych stadach hierarchicznych między poszczególnymi osobnikami istnieje wyraźna więź, o tyle w stadzie anonimowym więzi takie nie istnieją. Dlatego też rodzina, ród i plemię należą do stad hierarchicznych (więź osobniczą tworzy rzeczywiste lub urojone pochodzenie od wspólnego przodka). Do stad hierarchicznych należy również naród, w którym więź osobniczą wytwarza wspólny język, religia, szeroko pojmowana historia i obyczaj.
W świetle tych spostrzeżeń wydaje się, że "Ludzkość" musiałaby być bardziej podobna do stada anonimowego, niż hierarchicznego. Zwróćmy uwagę, że entuzjastami "Ludzkości" są z reguły ci sami ludzie, którzy łatwo przyjmują, że tradycyjna rodzina jest przeżytkiem, podobnie jak religia, odrębne języki, czy tradycyjny obyczaj. Ci sami ludzie podważają ten sens kultywowania poczucia narodowego,
w słusznym zapewne przekonaniu, że stanowi ono przeszkodę w przekształcaniu się w "Ludzkość". Czy to przypadek, czy może jednak znak? Jeśli przypadek, to oczywiście wytłumaczyć go nie potrafimy. Jeśli jednak znak, to oznacza on, że "Ludzkość" stanowiłaby po prostu uwstecznienie, regres od wyższych form stad hierarchicznych ku pierwotniejszej formie stada anonimowego. Tak rozumiana tendencja globalistyczna oznaczałaby prawdopodobnie regres człowieczeństwa.
Podejrzenie to znajduje potwierdzenie w spotykanych dzisiaj zjawiskach. Oto np. rozmaici doktrynerzy narzucają prawa powodujące rozrywanie organicznych więzi osobniczych, obalanie kolejnych tabu, które dotychczas sprzyjały przetrwaniu społecznych i etycznych hierarchii. Ich lekkomyślna dłoń "przeszłości ślad zmiata". Czy nie przypominają oni owej ryby-półgłówka, za którą podążała cała ławica? Zimny dreszcz przejmuje na myśl, że kierunek, w którym będzie podążała "Ludzkość", mogą wytyczać, zupełnie zresztą nieświadomie, szaleńcy, wiodący za sobą równie nieświadomą niczego masę stada anonimowego.
Jak widać, polityczny aspekt globalizacji może wzbudzać niepokój. Jest to jednak tylko jedna strona medalu, bo przecież globalizacja ma również swój wymiar gospodarczy. Tutaj sprawa wydaje się jeszcze bardziej skomplikowana. Mamy bowiem do czynienia z dwiema przeciwstawnymi tendencjami. Z jednej strony są siły forsujące globalizację w tym celu, by ograniczyć, albo wręcz pozbawić możliwości hamującego kontrolowania gospodarki przez biurokracje państw "narodowych". Z drugiej strony opierają się temu wspomniane biurokracje, co jest skądinąd całkiem zrozumiałe, ale znajdują też sojuszników wśród tych, którzy rozwiązania globalizacyjne, tyle, że w aspekcie politycznym, zdecydowanie popierają. W gwałtownych demonstracjach przeciw "globalizacji" w Pradze dali się zauważyć przede wszystkim lewacy i anarchiści. Ten alians nie jest jednak taki dziwny, jeśli uświadomimy sobie wspólnotę interesów lewaków z biurokratami. I jedni, i drudzy chcą przecież tego samego: by gospodarką "zarządzali" ludzie władzy politycznej. Anarchiści zaś są po prostu przeciw "kapitałowi" i nie przepuszczą żadnej okazji, by go pogonić, a przynajmniej zatrwożyć.
Problem napięć między biurokracjami państw "narodowych", a "globalistami" gospodarczymi sprowadza się do tego, iż biurokracje te już dawno odeszły od prostego sposobu zarządzania państwami, który sprowadzał się do zbierania podatków z określonego terytorium i finansowaniu z tych pieniędzy tzw. "własnych potrzeb" państwa. Obecnie chciałyby być one i przeważnie zresztą są prawdziwymi organizatorami życia gospodarczego, przy pozostawieniu samym przedsiębiorcom czynności jakby wykonawczych, nieomal "technicznych". Nic więc dziwnego, że perspektywa gospodarki globalnej, tj. przepływu towarów i kapitałów ponad granicami zakreślającymi suwerenność państwową budzi ich niepokój, ponieważ zapowiada degradację, sprowadzenie ich samych do pierwotnej roli zbieraczy podatków i strażników niewielkiej państwowej kasy. Perspektywa gospodarki globalnej uzmysławia im ponadto ograniczenie swobody kształtowania fiskalizmu na obszarze własnej suwerenności, ponieważ grozi ona emancypacją przedsiębiorców spod ich dotychczasowej kurateli.
Warto jednak przy tym zauważyć, że sytuacja przedsiębiorców w warunkach globalizacji też nie jest jednakowa. Różnica zależy od charakteru działalności gospodarczej, jaką każdy z nich się zajmuje, krótko mówiąc - od branży. Znaczna, chyba nawet przeważająca część branż gospodarczych jest organicznie związana z określonym terytorium. Produkcja rolna, lasy, kopalnie, huty, rafinerie, przemysł chemiczny, budownictwo, infrastruktura itp. muszą z natury rzeczy być gdzieś zlokalizowane, co oczywiście bardziej wystawia gospodarczych kapitanów w tych branżach na ryzyko podporządkowania miejscowym biurokracjom, niż przedsiębiorców działających w branży finansowej czy kapitałowej. Przedmiotem działalności tych ostatnich jest bowiem "złoto", które z natury rzeczy z żadnym terytorium związane organicznie nie jest, ma charakter lotny i może być, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, przenoszone z jednego końca świata na drugi w ciągu sekund. Rzecz jednak w tym, że takie błyskawiczne transfery nie pozostają jednak bez wpływu na "przypisaną do ziemi" część gospodarki i na sytuację ludzi tam żyjących. Problemom społecznym i politycznym, jakie stąd wynikają, musi stawić czoła biurokracja państwa "narodowego", co oczywiście nie budzi w niej zachwytu; taka perspektywa napawa ją raczej trwogą. Stąd też wersja globalizacji popierana przez biurokracje państw "narodowych" opiera się na założeniu nieuchronności przekraczania dotychczasowych granic przez gospodarcze powiązania. W tej sytuacji strzeżenie granic przestaje mieć jakikolwiek sens. Strzec trzeba czegoś innego; jak w tych zmienionych warunkach zachować biurokratyczną kontrolę nad gospodarką. Zanim tedy granice przestaną mieć jakikolwiek sens, trzeba wykorzystać posiadaną władzę polityczną do narzucenia takiej kontroli siłą. Doskonałą ilustracją takiej tendencji i takiego myślenia jest Unia Europejska. Wprawdzie pod naciskiem - jak sądzi - nieuchronnej konieczności usuwa pewne bariery w postaci np. granic celnych itp., ale za to wprowadza bardzo drobiazgowe regulacje, które przedsiębiorców uzależniają od władzy politycznej nie mniej, a może nawet bardziej, niż dotychczas.
W takich okolicznościach perspektywa utworzenia rządu światowego, który przy pomocy swoich lokalnych przedstawicielstw zarządzałby "Ludzkością" jest całkiem do pomyślenia. Takiemu przekonaniu jeszcze w latach 60. dał wyraz Papież Jan XXIII w jednej ze swych encyklik opatrując zasadniczą akceptację pomysłu zastrzeżeniem, by taki rząd "nigdy nie ulegał stronniczości". Zgłaszanie takich zastrzeżeń i jeszcze innych jest, ma się rozumieć, jak najbardziej wskazane, jednak nie wyjaśnia, co się stanie, jeśli taki rząd jednak pokusie stronniczości by dlaczegoś uległ. Możliwości są dwie: albo powrót do stanu poprzedniego, tj. do obalenia rządu światowego, albo, bardziej prawdopodobna, niewola, jakiej jeszcze nie zaznaliśmy.
 Stanisław Michalkiewicz
Wyświetlony 8448 razy
Stanisław Michalkiewicz

Najnowsze od Stanisław Michalkiewicz

Artykuły powiązane

Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.