sobota, 13 luty 2010 21:25

DWORZEC GŁÓWNY WE LWOWIE - 25 lat wspomnień

Napisane przez
Moje liczne podróże zagraniczne rozpocząłem w wieku 18 lat od sforsowania jednej z najlepiej strzeżonych granic na świecie - ówczesnej granicy polsko-radzieckiej.

Był luty 1976 roku, Polska ?rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej? i podobno byliśmy już dziesiątą potęga gospodarczą na świecie. W styczniu tamtego roku skończyłem 18 lat, w miesiąc później otrzymałem dowód osobisty i po 8-godzinnym czekaniu w kolejce w Wojewódzkiej Komendzie Milicji Obywatelskiej we Wrocławiu ? Wydział Paszportowy, dostałem piękną czerwona pieczątkę uprawniająca mnie do przekraczania wszystkich granic ówczesnych ?demoludów?, czyli krajów tzw. demokracji ludowej. Dostałem też od kuzynów mojego ojca zaproszenie do Stanisławowa (Ivano-Frankivska) wraz z długim listem zawierającym ich zapotrzebowania handlowe. W sumie, gdyby tę listę zrealizować w całości, to do zabrania towaru przydałby się jakiś 6-tonowy kontener. No cóż, kontenera nie było, ale górę towaru trzeba było jakoś spakować. W sumie jechałem z rodzicami, więc sześć wielkich walizek nie powinno wzbudzać zbytniej sensacji na granicy (na to wszyscy liczyliśmy).

 
Ówcześni celnicy zarówno polscy, jak i radzieccy, działali na zasadzie: ?wszystko można tylko z ostrożna?, czyli wyłapywali tych, co już przesadzali z ilością towaru, lub wykazywali się dużą beztroską i liczyli na szczęście.
 
Po całonocnej jeździe dotarliśmy szczęśliwie do Przemyśla, na słynny peron III. Był luty, więc trochę gwizdało, a tu kolejka do urzędu celnego na jakieś cztery taśmy do karabinu maszynowego. Celnicy polscy bez pośpiechu jednych przepuszczali bez otwierania walizek, innym rozbebeszyli wszystko do spodu, i tak co dwudziestą osobę wyrzucali z baraczku celnego, by w Polsce zostawiła znaczną cześć swoich rzeczy. Około południa podjechał skład radziecki ?Przemyśl-Czerniowce? i konduktorki w siwych mundurkach zaczęły wpuszczać szczęśliwców, którzy już przeszli odprawę celno-paszportową do środka wagonów. Mimo tego, że w kurtce miałem wszytych 25 wełnianych chustek, na nogach pod spodniami schowane cztery pary wełnianych spodenek dziecięcych i podobny byłem do opasłego hipopotama, mój wygląd nie wzbudził podejrzenia polskiego celnika i znalazłem się na właściwej stronie peronu, czyli mogłem wsiadać do pociągu na wschodnią stronę. Tak samo zresztą skontrolowano moich rodziców. 
 
Pamiętam z mojej pierwszej podróży, że provydniczka (konduktorka) naszego wagonu była drobną blondynką o bardzo zgrabnych nóżkach. Pierwszym szokiem po wejściu do wielkich rosyjskich wagonów to było to, że nie otwierały się w nich okna. Rozumiecie ten ból: człowiek ubrany jak na Syberię, w wagonie gorąco (provydniczka nie żałowała opału do pieca), a tu jeszcze cztery godziny siedzenia, zanim skład ruszył i wolno potoczył się ku ?granicy przyjaźni?. Zapadał już zmierzch, kiedy dojechaliśmy do Medyki i przekroczyliśmy granicę w Mościskach. Szok: po obu stronach przejazdu kolejowego ciągnące się po horyzont zasieki, zaorane pole, zasieki, zaorane pole, zasieki.
 
? No tak ? pomyślałem sobie wtedy ? jeżeli tak wygląda granica pomiędzy zaprzyjaźnionymi państwami, to chroń mnie Boże od takich przyjaciół.
 
Tuż po przekroczeniu granicy wpadła do pociągu banda ?naleśników? (tak ich nazwałem z powodu wielkich, okrągłych czapek, w których wyglądali, jakby im kto naleśniki na łby powsadzał). Jedni mieli naleśniki w kolorze ciemnozielonym (czyli były to ichniejsze wojska ochrony granic), inni mieli naleśniki w kolorze ciemnostalowym (czyli widocznie była to służba celna). Jedni i drudzy strasznie wrzeszczeli na własnych ziomków, w stosunku do Polaków byli jakby ciut bardziej układni. Nawet usłyszałem słowo ?proszę?, a nie ?dawaj?, jak zwracano się do jadących razem z nami Ukraińców. Jak zwykle kogoś tam wysadzono z pociągu, ktoś poszedł na rewizję osobistą. Po następnych czterech godzinach pociąg ruszył i ku mojemu zdumieniu po jakichś 50 minutach jazdy zatrzymał się na Dworcu Głównym we Lwowie.
 
? O cholera ? pomyślałem sobie wtedy w duchu ? gdyby nie ta cudowna granica przyjaźni, to z Wrocławia do Lwowa można by dojechać w 9 godzin, no, góra 11.
 
Wysiedliśmy na Dworcu Głównym we Lwowie gdzieś około 9 wieczorem czasu warszawskiego. Tu jednak obowiązywał już czas moskiewski, więc było dwie godziny później. Właściwie poczułem się tutaj tak, jakbym już kiedyś był w tym miejscu. Hale przykrywające perony dworcowe wydały mi się łudząco podobne do wrocławskich. Nie wiedziałem dlaczego. Dopiero w roku 2000, będąc w Paryżu, poczytałem sobie trochę o pracowni pana Eiffela, który stworzył słynna paryską wieżę, ale także wiele konstrukcji stalowych w całej Europie. Właśnie z jego pracowni wyszły projekty hal dworcowych Wrocławia i Lwowa. Ja to pokrewieństwo wyczułem już podczas mojego pierwszego krótkiego pobytu w tym magicznym miejscu, gdzie wschód styka się z zachodem, i to całkowicie realnie, a nie mistycznie, jak pisze większość poetów.
 
Dworzec Główny we Lwowie jest budowlą nieco późniejszą od dworca wrocławskiego. Powstał w latach 1899-1903 według projektu architekta Władysława Sadłowskiego w stylu neorenesansowym. Przytłaczające wrażenie sprawiły na mnie socrealistyczne freski z początku lat pięćdziesiątych, w stylu stalinowskiego empiru w głównej poczekalni dworcowej. Ich monumentalizm był przytłaczający, zwłaszcza w porównaniu z kłębowiskiem ludzi, którzy się tu bez przerwy przetaczali. Reszta detali architektonicznych wydawała mi się wtedy bardzo gustowna i dalej tak twierdzę. Po raz pierwszy w życiu właśnie w hali lwowskiego Dworca Głównego zobaczyłem zwykłych ludzi mieszkających za wschodnią granicą. Najbardziej uderzające były ich czapki uszatki wykonane z przeróżnych futer ? od króliczego po sobolowe, albo i jeszcze inne. Później moi ukraińscy kuzyni wytłumaczyli, jak po rodzaju futra, z którego wykonano czapkę uszatkę, można poznać, z kim się ma do czynienia. Hołota nosiła czapki królicze (zresztą bardzo tanie), bogatsi nosili lisiury, tchórzofretki, andatrie (szczury wodne, chyba chodziło tu o piżmaki) i tak hierarchia rosła aż do czap sobolowych, których wartość była wtedy porównywalna do żiguli (czyli sowieckiej wersji fiata 124).
 
(?)
Wyświetlony 3691 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.