wtorek, 16 luty 2010 17:09

Feminizm: paranauka i sekciarstwo

Napisał
Trudność ze zrozumieniem pewnych zjawisk wynika często z rozpatrywania ich w niewłaściwej perspektywie i opisywania za pomocą źle dobranych pojęć. Historia idei obfituje w przykłady tego rodzaju nieporozumień. Na gruncie geocentrycznej wizji świata powstawał problem tzw. wstecznego ruchu planet, który dało się wyjaśnić dopiero dzięki przyjęciu perspektywy heliocentrycznej. Alchemiczne spekulacje, traktujące minerały jako organizmy żywe, rodziły jałowe spory dotyczące ich płciowości i rozmnażania się. W bliższych nam czasach zwolennicy dialektycznych praw przyrody, wierzący w nagłą zmianę ilości w jakość, nie byli w stanie uporać się z tak prostym zjawiskiem, jak parowanie wody, teoretycy medycyny zaś nie potrafili znaleźć przyczyn gorączki połogowej, gdyż nie dopuszczali istnienia mikroorganizmów.

 

Tego typu nieporozumienie dotyczy rzeczy dużo bardziej błahej niż wspomniane powyżej kwestie, ale interesującej, zwłaszcza dla badacza współczesnej kultury: chodzi o zjawisko feminizmu. Coś takiego, jak feminizm, niewątpliwie istnieje, niezależnie od tego, czy się to komuś podoba, czy nie. Działają feministki, funkcjonują organizacje feministyczne, tworzone są kierunki feministyczne na uczelniach, politycy domagają się realizowania feministycznych postulatów itd. Feminizm niewątpliwie jest jednym z charakterystycznych elementów kultury naszych czasów, nieobecnym w dawniejszych epokach, czymś takim, jak, powiedzmy, piractwo komputerowe, muzyka grindcore, segregacja śmieci, piercing, programy typu talk show i reality show czy obowiązek zapinania pasów w samochodzie.
 
Mimo powszechności tego zjawiska, toczące się wokół niego dyskusje sprawiają wrażenie pewnej jałowości, zazwyczaj sprowadzając się do wymiany deklaracji bycia za lub przeciw, opartych na emocjonalnej akceptacji bądź odrzuceniu. W tych postawach nie ma oczywiście nic złego ? ludzie mogą przecież akceptować bądź odrzucać pewne zjawiska, nie zadając sobie trudu ich zrozumienia, można być np. wrogiem maltretowania dzieci bez wnikania w intencje maltretujących. Jeśli wszakże chcemy lepiej zrozumieć epokę, w której żyjemy, wówczas pytania o to, czym jest to czy inne zjawisko, są w pełni uzasadnione. W tym wypadku należałoby zapytać całkiem poważnie ? niezależnie od tego, jak bardzo niepoważny wydawałby się obiekt dociekań ? czym właściwie jest feminizm, jakie są zasadnicze cechy tego zjawiska, do jakiej kategorii je przyporządkować, za pomocą jakich pojęć najlepiej opisać.
 
Chcę tu postawić tezę, że problemy ze zrozumieniem tego zjawiska wynikają przede wszystkim z przyjmowania błędnej perspektywy i traktowania feminizmu jako czegoś, czym nie jest i co zaledwie przypomina. Powszechnie bowiem uważa się feminizm albo za rodzaj doktryny politycznej w szerokim sensie, albo za jakiś rodzaj wiedzy czy nauki o rzeczywistości, albo za jedno i drugie. Przeciwnicy widzą w nim zazwyczaj szkodliwą doktrynę i jako taką próbują ją zwalczać, przywołując rozmaite argumenty: logiczne, empiryczne, pragmatyczne i odwołujące się do tradycji. Zwolennicy również traktują feminizm jako rodzaj politycznej doktryny, twierdząc, że oparta jest ona na jakiejś refleksji nad rzeczywistością, która ujawnia niedostrzegane wcześniej aspekty tej ostatniej. W tej wersji feminizm uważa się za program polityczny oparty o pewne odkrycia naukowe w podobny sposób, w jaki marksistowski komunizm ufundowany był na odkryciach materializmu historycznego. Oczywiście, termin ?nauka? traktowany jest tu dość swobodnie, a często nawet opozycyjnie wobec jego tradycyjnego znaczenia, powiada się bowiem, że feministyczna ?nauka? jest czymś bardziej postępowym i nowocześniejszym niż nauka dotychczasowa, którą określa się czasem jako patriarchalną.
 
Mniejsza jednak o szczegóły. Istotne jest to, że w powszechnym mniemaniu feminizm to polityczna doktryna bądź nauka (albo też jedno i drugie) i w takim właśnie jego traktowaniu leży podstawowa przyczyna jego niezrozumienia. Albowiem ? jak postaram się pokazać ? feminizm ani nie jest typową doktryną polityczną, ani też tym bardziej nauką, nawet przy bardzo tolerancyjnym i szerokim stosowaniu tego słowa. Feminizm w całym swoim zasięgu stanie się zrozumiały dopiero wówczas, kiedy potraktujemy go z perspektywy takiego zjawiska, jakim jest sekta oraz mentalność czy postawa sekciarska.
 
Feminizm jako społeczna astrologia
Dlaczego feminizm nie jest i nie może być uznany ani za zwykłą doktrynę polityczną, ani za rodzaj nauki czy wiedzy? Zacznijmy od tej ostatniej kwestii, gdyż ? jak wspomniałem ? polityczny program feminizmu zazwyczaj prezentuje się jako nieuchronną konsekwencję pewnych ?naukowych? odkryć. Oczywiście, trzeba pamiętać, że samo pojęcie ?nauka? oraz kryterium naukowości to kwestie filozoficznie problematyczne, wciąż budzące spory. Te ostatnie mają wszakże za punkt wyjścia empiryczny fakt istnienia nauki jako zjawiska jakoś różniącego się od magii, religii czy sztuki, choćbyśmy nawet nie byli w stanie powiedzieć, na czym dokładnie ta różnica polega. Wzorem postępowania naukowego są zwykle zmatematyzowane nauki przyrodnicze formułujące wiedzę o naturze w postaci praw, mające rozwinięte mechanizmy testowania hipotez itd. Wszystko to rzecz jasna budzi rozmaite zastrzeżenia filozofów ? nie uczonych, gdyż oni, na szczęście, filozofią, a zwłaszcza filozofią własnej dyscypliny naukowej zwykle w ogóle się nie interesują. Do tych zastrzeżeń zawsze można odwołać się w trakcie dyskusji nad tym, co jest, a co nie jest nauką, jednak problem feminizmu z naukowością ma zupełnie inny charakter niż ten, który dotyczy fizyki, biologii czy nawet socjologii, i bliski jest raczej pytaniu o naukowość astrologii czy alchemii.
 
Należy zaznaczyć, że spotykane czasem, zwłaszcza w literaturze popularnonaukowej, traktowanie astrologii jako historycznej poprzedniczki astronomii czy kosmologii jest błędne. Astrologia nie jest pierwotną wersją astronomii, alchemia zaś nie może być uważana za niedorozwiniętą chemię: są to podejścia do rzeczywistości oparte na całkiem odmiennych zasadach niż podejście naukowe, tak samo odeń różne, jak, na przykład, perspektywa proponowana przez poezję czy religię. Astrologia nie dlatego nie jest nauką, że popełnia błędy. Przeciwnie. Jest skonstruowana w taki sposób, że żadnych błędów popełnić nie może. I to właśnie sprawia, że nie ma ona nic wspólnego z nauką. Twierdzenia naukowe to takie, które można zmienić bądź odrzucić, czy to z powodu trudności teoretycznych tkwiących w nich samych, czy też empirycznych, wynikających z niezgodności z obserwacjami. W wypadku astrologii ani jedne, ani drugie nie mają i nie mogą mieć żadnego wpływu na charakter doktryny. Nie lęka się ona wewnętrznych niekonsekwencji czy nawet sprzeczności, gdyż jej twierdzenia mają postać alternatyw obejmujących całe spektrum możliwości w rodzaju: ?w najbliższym tygodniu odniesiesz sukces, chyba że go nie odniesiesz?. Takiej ?dialektycznej? spekulacji żadna sprzeczność nie może zaszkodzić, gdyż odrzucenie zasady sprzeczności stanowi jej podstawowe prawo rozumowania.
 
Nie może też zaszkodzić jej konfrontacja z rzeczywistością, albowiem spekulacja ta jest całkowicie odporna na fakty, dopasowując się do każdego stanu rzeczy. Wiadomo, na przykład, że interpretacje astrologiczne oparte są na schematach wypracowanych w starożytności, a więc nie tylko przyjmujących system geocentryczny, ale uwzględniających jedynie sześć planet, ewentualnie siedem, z Księżycem traktowanym jako planeta. Czy kiedy w ostatnich dwustu latach odkryto kolejne trzy planety ? Urana, Neptuna i Plutona ? astrolodzy wprowadzili jakieś modyfikacje do swojej doktryny? W żadnym razie. Również nic się w niej nie zmieniło, kiedy w 2006 roku odmówiono Plutonowi statusu planety. Żadna z tych zmian nie naruszyła trwałości astrologicznej doktryny, a to dlatego, że ? jak wyjaśnił jeden z astrologów ? planety, o których mówi astrologia, nie są tymi samymi planetami, którymi zajmuje się astronomia. Są to raczej pewne symbole, podobnie jak znaki zodiaku, które faktycznie łączą ze sobą gwiazdy odległe o miliony lat świetlnych, jedynie z naszej perspektywy układające się w różne wzorki na niebie. Zgodnie ze starodawną ideą sympatii, w jakiś tajemniczy sposób wszystkie te elementy wpływają wzajemnie na siebie oraz na ludzkie losy, jednak ów ?wpływ? nie jest żadnym astrologicznym odpowiednikiem grawitacji. Jest czymś nadnaturalnym i nieuchwytnym, a jedynym dowodem jego istnienia jest to, że pisze się o nim w astrologicznych wróżbach.
 
Feminizm z metodologicznego punktu widzenia niewiele różni się od astrologii. Jego główna teza zakłada istnienie powszechnej ?dyskryminacji? kobiet przez mężczyzn. Co potwierdza taką tezę? Wszystko. Każde zjawisko dowolnej kultury może być zinterpretowane na jej korzyść. Co więcej, nawet brak dyskryminacji może być potraktowany jako dowód na jej istnienie. Jak to zrobić? Bardzo prosto. Feminizm wykorzystuje klasyczne schematy zaczerpnięte od swojego intelektualnego przodka, jakim jest materializm dialektyczny. Po pierwsze, chodzi o opisany wcześniej mechanizm dialektyczny, pozwalający w ramach jednej teorii wypowiedzieć dowolne twierdzenie (teza) oraz jego zaprzeczenie (antyteza), a następnie wyprowadzić z ich koniunkcji cokolwiek (synteza jako przechodzenie ilości w nową jakość). Po drugie, stosuje się tzw. teorię fałszywej świadomości, która mówi z grubsza tyle, że jeśli ktoś coś sądzi czy czegoś chce, to tak naprawdę wcale tak nie sądzi i absolutnie tego nie chce, gdyż jego sądy i chcenia są jedynie wyrazem narzuconej mu przez opresyjne stosunki społeczne fałszywej wizji świata. Ponieważ jedynym kryterium fałszywości jest tu arbitralna decyzja głoszącego taką tezę, nietrudno dostrzec, że w ten sposób może on odrzucić każde niewygodne dlań twierdzenie, co czyni dyskusję z nim niemożliwą. Jeśli, na przykład, spróbujemy wykazać marksiście ? racjonalnie czy empirycznie ? że jego teoria jest błędna, odpowie nam, że fakt, iż się z nim nie zgadza my, dowodzi tego, że mamy fałszywą świadomość, gdybyśmy bowiem nie mieli zafałszowanego obrazu świata, musielibyśmy przyznać mu rację. W ten sam sposób feministka może z łatwością stwierdzić, że każdy, kto się nie zgadza z feminizmem, daje tym samym dowód, że tkwi w niewoli Matrixa fałszywej, patriarchalnej świadomości. Jedynym sposobem na udowodnienie, że nie ma się zafałszowanej świadomości, jest zgodzić się z feminizmem.
 
Jak widać, tego rodzaju spekulacja jest teoretycznie nie do naruszenia, nawet jeśli wykażemy jej wewnętrzną sprzeczność. Można, co prawda, stwierdzić, że skoro każda świadomość zdeterminowana jest przez zewnętrzne stosunki produkcji czy relacje między płciami, to również samo to twierdzenie jest przez nie zdeterminowane, a zatem nie może być traktowane jako opis obiektywnego stanu rzeczy. Jednak łatwo sobie z tym ?dialektycznie? poradzić, stwierdzając ? wzorem Marksa czy Lenina ? że wszyscy mają fałszywą świadomość oprócz tych, którzy głoszą, że wszyscy mają fałszywą świadomość, na pytanie zaś, jak udaje im się wymknąć żelaznym prawom społecznym, można odpowiedzieć, że same owe ?prawa? dopuszczają już takie wyjątki.
 
Spekulacji tej nie da się również podważyć empirycznie, nie tylko z tego względu, że każdy kontrprzykład zostaje przemielony przez maszynkę fałszywej świadomości, która skutecznie go neutralizuje, ale też dlatego, że pojęcia wykorzystywane przez feminizm tylko pozornie odnoszą się do otaczającej nas rzeczywistości społecznej. Jak widzieliśmy, na pewnym poziomie ogólności astrologia wydaje się mówić o tych samych przedmiotach, co zdrowy rozsądek i astronomia ? planetach, gwiazdach, konstelacjach, działających na nie siłach itd. ? jednak faktycznie w jej dyskursie pojęcia te mają czysto symboliczny charakter, są elementami onirycznej wyobraźni, niemającymi nic wspólnego z bytami wypełniającymi świat zewnętrzny. Również feminizm niby mówi o codziennych zjawiskach: mężczyznach, kobietach, relacjach między płciami, wpływie płci na zachowanie i postrzeganie świata, stosunkach zależności itd. Jednak w feministycznej spekulacji wszystkie te terminy tyle mają wspólnego z przedmiotami realnego świata społecznego, ile astrologiczne ?planety? ze zwykłymi ciałami niebieskimi.
 
Najlepszym tego przykładem jest eksploatowany przez feministyczną ?naukę? termin gender. W tradycyjnej angielszczyźnie uważany był on za synonim słowa sex, czyli ?płeć?, jednak dziś definiuje się go jako ?płeć kulturowo-społeczną?. Ma to sugerować nie tylko, że istnieje jakaś dodatkowa, specjalna płeć, oprócz tej, którą znaliśmy dotychczas, ale również, że płeć człowieka jest wytworem określonych stosunków społecznych. Prowadzi to, co prawda, do dziwacznego wniosku, że gdyby owe stosunki były inne, to również inne byłyby płcie, ale akurat tego rodzaju dziwactwa są tu pożądane, feminizm bowiem, wychodząc od marksistowskiego hasła ?byt kształtuje świadomość?, głosi potrzebę rewolucji społecznej, dzięki której gendery zostałyby wyzwolone.
 
Jeśli jednak bliżej przyjrzeć się użyciu terminu gender, okaże się, że faktycznie wyrażać on ma jedynie fakt kulturowej zależności wyobrażeń dotyczących płci i ról im przypisywanych. Zjawisko to nie jest niczym dziwnym, a wskazanie na nie ? niczym odkrywczym, co więcej, stanowi element szerszego truizmu, w myśl którego w różnych kulturach te same rzeczy czy zjawiska postrzegane są różnie i mają różne zastosowanie. Na przykład różne kultury przypisują odmienne role społeczne krowom: u nas je się doi albo zjada, a w kulturze hinduizmu czci. Podobnie jest z psami: my się z nimi zaprzyjaźniamy, a Chińczycy robią z nich gulasz. Nie znaczy to jednak, że krowa czy pies są społecznymi konstrukcjami, a jedynie, że różne kultury wiążą z nimi różne zapatrywania i przypisują im różne funkcje (które rzeczywiście są społecznie konstruowane). Nie ma więc, obok krów i psów biologicznych, psów i krów kulturowych: są po prostu krowy i psy oraz ich kulturowe interpretacje. Tak samo nie istnieje, obok płci biologicznej, jakaś dodatkowa ?płeć kulturowa?: istnieje po prostu płeć oraz jej kulturowe wyobrażenia i wiązane z nią funkcje. A zatem, termin gender, rozumiany jako ?płeć społeczno-kulturowa?, do niczego się nie odnosi, chyba że będziemy oznaczać nim kulturowe role czy wyobrażenia na temat płci, ale wówczas błędem byłoby je same nazywać płcią, podobnie jak czymś dziwacznym byłoby fakt postrzegania krowy przez pryzmat steku nazywać ?krową?.
 
Tego rodzaju przykładów można by mnożyć, a skrupulatna analiza porównawcza astrologii i feminizmu ukazałaby, że w obu wypadkach mamy do czynienia ze swawolnym bajdurzeniem, z których jedno urosło do statusu nauki akademickiej. Prawdopodobnie przyszłe pokolenia będą traktować współczesne gender studies z takim samym pobłażliwym lekceważeniem, z jakim my podchodzimy dziś do okultystycznych spekulacji Kelleya o kamieniu filozoficznym czy Mesmerowskiej teorii magnetyzmu zwierzęcego.
 
(...)
Wyświetlony 5703 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.