czwartek, 18 luty 2010 22:17

Termometr a kwestia wolności

Napisał
Od pierwszego kwietnia przyszłego roku, zgodnie z dyrektywą Unii Europejskiej, wprowadzony zostanie w Polsce zakaz sprzedaży termometrów rtęciowych. Oznacza to, że jeśli ktoś zechce zmierzyć temperaturę "ciała, powietrza, wody, czegokolwiek" zmuszony będzie kupić droższy termometr elektroniczny.

Powodem jest ponoć to, że termometry rtęciowe są niebezpieczne. Ale noże też są. Czy w związku tym zakażemy sprzedaży noży stalowych i zamiast nich wprowadzimy do obrotu tekturowe, co prawda mniej sprawne w krojeniu, ale z pewnością bezpieczniejsze? Zresztą niebezpieczne są wszystkie sztućce. Niebezpieczne są narzędzia: młotki, piły i śrubokręty. Czy, aby chronić ludzkość, zaczniemy sprzedawać gwoździe z plasteliny? Niebezpieczne są miejsca, w których mieszkamy, a zwłaszcza schody, po których można się stoczyć. Są zresztą tacy, którzy potrafią stoczyć się bez pomocy schodów. Niebezpieczne są wszelkie pojazdy, gdyż nawet człowiek potrącony przez hulajnogę może w wyniku niefortunnego upadku dostać wylewu krwi do mózgu. Niebezpiecznie jest wychodzić z domu, ale siedzenie w nim to też wielkie ryzyko, zwłaszcza przy otwartym oknie, przez które wpaść może piorun kulisty. A nawet jeśli zamkniemy okna, to istnieje olbrzymie zagrożenie związane z samym podtrzymywaniem organizmu przy życiu. Każdy pokarm niesie za sobą śmiertelne zagrożenie: salmonella, ptasia grypa, choroba wściekłych krów... Ryzykiem jest cokolwiek jeść, choć nie jeść również jest ryzykownie. Niebezpiecznie jest też oddychać. Wiemy przecież, że powietrze pełne jest spalin, trujących związków, metali ciężkich i tak dalej. W ogóle życie jest wyjątkowo niebezpieczne, gdyż niemal w stu procentach kończy się śmiercią.

 
Irracjonalne fobie i masowe histerie to typowe zjawisko w naszych oświeconych czasach. Pod względem zabobonów już dawno przebiliśmy średniowiecze, choćby dlatego że jest nas więcej i jesteśmy bardziej pewni siebie. Świadczy o tym to, że nikt nie zadał prostego pytania: czy w ostatnich dziesięciu latach ktoś zginął wskutek używania termometru? Albo przynajmniej zachorował? Nie ? takich wypadków nie było i nie mogło być. Stłuczenie termometru rtęciowego nikomu nie jest w stanie zaszkodzić, choćby nawet wyssał z niego całą rtęć (natomiast sporo osób zginęło z nożem między żebrami). Skąd więc całe to zamieszanie? Otóż pomysł ów w żadnym razie nie zmierza do ochrony życia i zdrowia obywateli, a jeśli nawet, to negatywne koszty, jakie za sobą pociąga, są nieporównywalnie wyższe od rzekomych zysków. Chodzi tu raczej o wykorzystanie ludzkich lęków w celu poddania kolejnego, dotąd prywatnego obszaru życia instytucjonalnej kontroli. Ten drobny przykład doskonale obrazuje mechanizm działania współczesnego państwa, którego istota sprowadza się do dwóch punktów: utrudniania ludziom życia i pobierania z tego tytułu wysokiego haraczu.
 
Aby zrozumieć, co to znaczy, że państwo utrudnia życie, trzeba postawić sobie pytanie, po co w ogóle istnieje państwo. W tej kwestii mamy do czynienia w zasadzie z dwiema opiniami: pierwsza mówi, że państwo istnieje dla obywateli i pełni wobec nich rolę służebną, druga zaś, że jest dobrem samym w sobie, obywatele zaś istnieją dla państwa i dzięki niemu. Takie rozróżnienie teoretycznie może być ciekawe, w praktyce jednak na niewiele się zdaje, albowiem dziś właściwie wszyscy politycy, niezależnie od opcji, w deklaracjach podkreślają pierwszą funkcję państwa, w rzeczywistości zaś zachowują się tak, jakby byli wyznawcami drugiej. Wynika to stąd, że w zaawansowanych demokracjach ? czasem uważanych za objaw cywilizacyjnego rozkładu ? państwo faktycznie pełni rolę służebną, ale jedynie wobec klasy politycznej oraz żerujących na niej stad rozmaitych urzędników, zarządców, feudałów i ekonomów, których jedynym źródłem dochodu jest podtrzymywanie rozrośniętego molocha państwa przy życiu i pobieranie z tego tytułu opłat. Podobnie jak w monarchii państwo i jego obywatele mogą stanowić własność absolutnego władcy, tak też w demokracji ? która niemal zawsze ma charakter oligarchiczny ? są własnością tych, którzy machinę demokratyczną obsługują, a których za Sołżenicynem można nazwać nomenklaturą. Pod tym względem naprawdę nie odeszliśmy wcale tak daleko od realnego socjalizmu.
 
Jak doszło do takiej sytuacji? Jak wspomniałem, niemal wszyscy dziś twierdzą, że państwo istnieje dla obywateli i pełni wobec nich funkcję służebną. Nie ma powodu, aby wątpić w szczerość tych deklaracji, nawet jeśli składają je skrajni etatyści, albowiem istota sprawy tkwi w tym, jak się ową funkcję służebną rozumie. Jeśli się temu uważniej przyjrzymy, okaże się, że totalitarne systemy nie rodzą się wcale z nienawiści do rodzaju ludzkiego, lecz, przeciwnie, z ambitnych prób ulepszenia i uporządkowania życia bliźnich. Pomaganie innym to niewątpliwie zacna rzecz, o ile się to robi na własny koszt i za ich zgodą. Niestety, typową cechą współczesnego państwa demokratycznego jest to, że pragnie pomagać obywatelom wbrew ich woli, inkasując za to olbrzymie wynagrodzenie.
 
Wyobraźmy sobie prostą sytuację. Chcemy zrobić stół. Potrzebujemy do tego kilku desek, gwoździ i narzędzi. Jeśli mamy pieniądze, kupujemy niezbędne materiały i przystępujemy do pracy, jeśli nie, zatrudniamy się u kogoś choćby w zamian za deski, gwoździe i narzędzia. Kiedy mamy już wszystko, czego potrzeba, zaczynamy robić stół. Możemy się na tym znać bądź nie. Jeśli się znamy, istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że w krótkim czasie stół będzie gotów, jeśli nie, możemy popełnić rozmaite błędy i zniszczyć materiały albo samemu się pokaleczyć. W takim wypadku musimy powtórzyć całą procedurę od nowa, być może, ponosząc dodatkowe koszty związane z leczeniem skaleczeń. Ostatecznie jednak ? metodą prób i błędów ? robimy ten nasz stół i stawiamy go w kącie pokoju albo odsprzedajemy komuś z zyskiem. Jeśli zajęcie nam się spodoba i znajdą się klienci, możemy zacząć robić stoły nie dla siebie, ale dla innych, możemy też zacząć innych uczyć robienia stołów ? i tak dalej.
 
Nie ma potrzeby rozwijać tej historyjki, zasadnicze pytanie polega bowiem na tym, w którym momencie opisane zdarzenia nie mogłyby zajść bez ingerencji osób trzecich. Sposób odpowiedzi na to pytanie ukaże nam możliwie najprecyzyjniej różnice w rozumieniu służebnej roli państwa. Jeśli zastosujemy tu tzw. zasadę ekonomii, zwaną też brzytwą Ockhama, mówiącą, iż non sunt multiplicanda entia sine necessitate ? co można też rozumieć jako postulat poszukiwania najprostszych rozwiązań ? ingerencja niezbędna byłaby jedynie w momencie zawierania dwustronnych umów. Wydaje się ważne, aby miały one zewnętrzną gwarancję ? podobnie jak zakład, który obowiązuje jedynie wtedy, gdy trzecia osoba go ?przetnie? ? choć przecież nie jest to absolutnie konieczne i w praktyce bardzo wiele umów (np. pożyczanie książek) ma całkowicie nieformalny charakter. Z punktu widzenia zdrowego rozsądku nie widać jednak powodu, aby w jakimkolwiek z pozostałych momentów potrzebne było czy nawet konieczne dla realizacji zamierzonych celów wprowadzanie jakichś zewnętrznych czynników. Jeśli naszym celem jest najefektywniejsze rozwiązanie problemu, wszystkie dodatkowe interwencje z zewnątrz traktowane będą jako przeszkody i utrudnienia.
 
(?)
Wyświetlony 3071 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.