piątek, 19 luty 2010 13:26

Kokon (IV): Urzędnik

Napisane przez

Franciszek Midlewicz, szef Urzędu Obrony Wolności, jechał służbową lancią w kierunku centrum miasta.

Nienawidził prowadzić samochodu. Mógłby wprawdzie jeździć z kierowcą, ale w kierowcach było za dużo głupkowatych ruchów. Kręcili kółkiem, macali łapą grzdyla sterczącego z podłogi i ciągle przebierali nogami. Gdyby do tego dodać ich paniczne strzelanie oczkami, można by pomyśleć, że powodem tej nadaktywności jest pilna potrzeba znalezienia jakiegoś ustronnego miejsca. Midlewicz nie potrafił na to spokojnie patrzeć, prowadził sam. Lewą ręką z obrzydzeniem trzymał kierownicę, prawą, z obrzydzeniem opierał na drążku zmiany biegów. Co jakiś czas popychał palcem przełącznik radia. Nie szukał muzyki. Wszędzie grali to samo. Może traktował to jak oganianie się od much, a może po prostu lubił dźgać palcem w pokornego palanta. Może.

 
Jechał powoli, zgodnie z przepisami. Wierzył w znaki. Monotonne obrazy brzydkiego miasta ocierały się o szyby samochodu. Ulica wiodła przez spuchniętą od słońca betonową dzielnicę.
 
? Podły kurwidołek. ? mruknął i zakasłał. ? Ehe! Ehe! ? nie służyło mu powietrze z klimatyzacji. ? Pełno tu hołoty i prostaków. Dawno bym stąd wyjechał, żył wygodnie gdzieś w prawdziwej... Ehe! Ehe! Europie, ale ciągle jakieś sprawy... Zresztą, jestem tu z litości. Co wy byście zrobili bez burdelmamy? Co? ? uderzył palcem w klawisz. Zamiast muzyki usłyszał sygnał telefonu.
 
? Noo! ? burknął odbierając połączenie.
 
? Dzień dobry, panie dyrektorze ? zabrzmiał grzecznie głos dzwoniącego. ? Przeszukaliśmy ponownie wszystkie pomieszczenia. Niestety, bez rezultatu ? z głośnika dochodziło sapanie. ? Może prezesa nie było w instytucie podczas zdarzenia. Może wyszedł niezauważony.
 
Midlewicz spojrzał na zegarek.
 
? Z kim rozmawiam? ? warknął. Wiedział, z kim mówi.
 
? Łaski, Antoni. Przepraszam, przepraszam ? głos w telefonie był coraz bardziej uniżony. ? Panie dyrektorze, jeśli mógłbym, ja rozumiem, że teraz co innego jest ważne, ale co z tym filmem, czy na pewno pójdzie?
 
? Zajrzyj w program! Ja u was ramówkę ustalam!? ? Midlewicz zasygnalizował, że kończy mu się cierpliwość.
 
? Dziękuję, panie dyrektorze. I jeszcze, bo tu media, bo tu czekamy z mediami. Panie dyrektorze???
 
? Nie będzie żadnego komunikatu. O zniknięciu Niewidzialnego nikt nie wie. Jakakolwiek informacja pojawi się dopiero, gdy powiem. To wszystko ? wycedził wolno i rozłączył się.
 
To menda ? myślał o Łaskim ? Zresztą, jak wszyscy. Tyle że to mój człowiek i pilnuje interesu. Dobrze pilnuje. Większość tematów przechodzi przez jego łapy. Temu durniowi z ?Informacji? podłożył materiał jak na tacy. No i dzisiaj mamy sensację! Zawieszony w obowiązkach, znany dziennikarz telewizyjnych Informacji, wraca w glorii ze swoim szokującym filmem. Prawda zwyciężyła! He, he!I chwała Bogu. Ludziom, należy się w końcu trochę szczęścia ? zaśmiał się.
 
Na razie jednak co innego jest ważne. Niech wszyscy szukają prezesa. Nawet mi trochę przykro, że nie znajdziecie.
 
Ale szukajcie. Szukajcie! ? kpił dalej. ? Bo on zniknął. Zniknął na dobre. I tak ma być. Ochrona przysięgnie, że nie wychodził. A wy nie możecie uwierzyć. I pytacie samych siebie. ? Gdyby był w środku, to byśmy go przecież namacali. Rośnie wasze zdumienie. Wzbierają wątpliwości.
 
Był pewien, że te barany podczas przeszukania macały podłogę miejsce przy miejscu, bo a nuż niewidzialność prezesa to prawda. Ale czy mogli myśleć inaczej? Ba, przecież nawet najwyższe autorytety pochylały głowy przed tym fenomenem. Europa ciągle gratulowała posiadania takiej znakomitości. Nauka stwierdzała jednoznacznie: Niewidzialny był niewidzialnym, gdyż w innym wypadku z pewnością byłoby go widać.
 
Na jego twarzy pojawił się pogardliwy uśmieszek. ? Błogosławieni cisi, którzy widzieli, a uwierzyli, że nie widzieli ? zamruczał. ? I tak ma być! ? zakręcił się w fotelu. Teraz, gdy ten dureń zniknął, specjalna komisja orzeknie, że już od lat, im bardziej przechodził do historii, tym bardziej był nie tylko niewidzialnym, ale w ogóle przestawał docześnie istnieć.
 
? Mamy świętego ? pokiwał głową. ? Ale jazda! Jak ja to lubię! A te obrzydliwości z filmu? Ee! Do wesela się zagoi. Przełkną. Sami nie są lepsi.
 
Samochód zbliżył się do skrzyżowania i stanął przed czerwonym światłem. Midlewicz sięgnął do schowka, wydobył stamtąd garść płyt i rzucił je na siedzenie pasażera. Otworzył jedno z pudełek, wyjął krążek, wcisnął go w szparę odtwarzacza. Zadudniło ?Whole Lotta Love? Zeppelinów. Rozgłośnił radio. Zasłuchał się w rytmie muzyki.
 
Początek siedemdziesiątych. ? Ech! Miał dwadzieścia pięć lat. Paryż. Ostatnie takie wakacje. Trzy miechy we Francji. W kieszeni dyplom psychologii, po powrocie zaklepana praca w resorcie. Luz. Tanie wino, byle jakie żarcie, dyskusje o wolności. Dziewczyny... Dziewczyna. Julia! ? otworzył szeroko usta zaskoczony tym słowem.
 
? Julio ? szepnął. ? Jesteś? ? poczuł przejmujący strach. Nerwowo obejrzał się do tyłu. ? Nie to nie możliwe. To tylko imaginacja.
 
Dlaczego to radio tak się drze! Zrobiło mu się duszno. Nagle przeszył go gwałtowny ból w okolicach mostka.
 
? Serce? ? syknął. ? Cholera! ? załomotało mu w piersiach. Skulił się i z całej siły dźgnął palcem w klawisz odtwarzacza. Muzyka ucichła. Mechanizm powinien wypluć płytkę. Szumiało mu w głowie.
 
? Nie bije? To zawał? ? dotknął ręką ust. ? Dlaczego teraz. Dlaczego? ? Pod palcami czuł drżenie warg. Jeszcze raz dźgnął w przycisk. Czekał. Huk powietrza z klimatyzacji robił coś dziwnego z czasem. Mylił kolejność sekund, zawracał przestrzeń. Ten chłód był jak dotyk wiatru ze snu o spadaniu.
 
? Zdechnę?! ? rozpaczliwie i błagalnie patrzył na szczelinę odtwarzacza. ? Już nic się nie stanie? ? był bliski płaczu. ? Proszę ? zakwilił.
 
Z wnętrza urządzenia powoli wysunął się fragment srebrnego krążka. Wydarł go ze środka i cisnął na podłogę. Płytka, zanim spadła, zdążyła błysnąć w słońcu. Serce uderzyło. Wpompowało krew do tętnic, a stamtąd już dalej i dalej. Wziął głęboki oddech. Wszystko wróciło do normy. Spojrzał na leżący przed siedzeniem pasażera lśniący krążek.
 
? Ty ciągle nic nie rozumiesz, Julio ? jęknął cicho. ? Naprawdę chcesz mnie zabić? ? sięgnął do kieszeni marynarki po chusteczki. Wytarł starannie twarz.
 
Julia była jego żoną. Od piętnastu lat nie żyła. Popełniła samobójstwo. I chociaż stało się to już tak dawno, ciągle czuł jej obecność. Widział ją w przedmiotach, w geście poprawianej firany, w śladzie pasty na umywalce. Julia? Zbuntowana, bezkompromisowa. Idealistka. Zbyt gwałtowna, nieostrożna. Piękna. Pewnego dnia ktoś przyniósł jej do domu komplet ubeckich dokumentów z przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. To one ją zabiły. Były tam raporty z jej działalności w opozycji. Dotyczyły całego środowiska Niewidzialnego. Z dokumentów wynikało jednoznacznie, że na wszystko miał wpływ i wszystkim manipulował oficer tajnej policji o nazwisku Franciszek Midlewicz. Gdy wrócił do domu rzuciła się na niego z nożem. Potem sama podcięła sobie żyły. Nie ratował jej. Tego gnoja od dokumentów dopadł jeszcze w tym samym dniu. Był nim dawny pracownik resortu. Zatłukł go kolbą pistoletu. Walił w łeb, nawet gdy już wiedział, że nie żyje. Nie zdążył dowiedzieć się, skąd skurwysyn wziął materiały i kto go przysłał. Wściekłość była szybsza. Został sam z dziesięcioletnią córką. Spojrzał na telefon komórkowy. Wyjął go z uchwytu, odczytał informację z wyświetlacza: sześć nie przeczytanych wiadomości od Julki. Ich córka nosiła to samo imię. Nacisnął klawisz. Znał treść. Od roku Julka pisała ciągle to samo: ?Nienawidzę cię!!!?.
 
Nacisnął ponownie ? ?Nienawidzę cię!!!?. Jeszcze raz i jeszcze raz ? ?Nienawidzę cię!!!? ?Nienawidzę cię!!!?.
 
Dosyć! Dosyć! ? pomyślał. ? Ty gówniaro! Skończyłaś za moje pieniądze najdroższą uczelnię w Stanach. Przez rok robiłaś sobie wakacje z jakimś dupkiem, a ja cierpliwie płaciłem. Wreszcie, gdy wróciłaś do kraju, kupiłem ci mieszkanie w stolicy. Marzyłem, że kiedyś przejmiesz ode mnie media. A ty, kretynko, konspirujesz w Zgromadzeniu przeciwko mnie? I to też za moje pieniądze? Naiwna i głupia jak matka! ? wcisnął komórkę z powrotem w uchwyt. Nagle usłyszał przeraźliwie głośny klakson samochodu ? Ti! Tii!!! ? wystraszył się. Opuścił szybę, żeby zbluzgać natręta. Za jego lancią stała ogromna dwudziestotonowa ciężarówka. Prawdziwy potwór, wywrotka wielkości domu, załadowana górą kamieni i gruzu. Z wysoko umieszczonej szoferki wystawił łysą głowę jakiś typ.
 
? Jedziemy, jedziemy synu! ? krzyknął. ? Bo się zielone kończy!!! Tii!Tii! ? ponownie ogłuszył go ryk klaksonu.
 
? Spadaj łysolu! ? wrzasnął wychylając się z okna.
 
Wtem ciężarówka zawyła tysiąckonnym silnikiem, zjechała na lewy pas i z rumorem stada bawołów ruszyła do przodu. Zasunął szybę i wrzucił bieg. Chciał ją wyprzedzić. Jednak potwór, nie sygnalizując wcześniej niczego, wepchał się swoim cielskiem tuż przed maskę jego samochodu tak, że musiał wdusić hamulec.
 
                (?)
Wyświetlony 2907 razy
Więcej w tej kategorii: « Czas racjonalnego myślenia 2
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.