piątek, 19 luty 2010 14:06

Jak się robi kryzys

Napisał
Obecną sytuację na świecie doskonale oddaje anegdota, której bohaterem jest Ronald Reagan. Otóż amerykański prezydent, podróżując po Ameryce Południowej, zapytał: o co tu chodzi? Każdy kraj jest inny, a we wszystkich mamy taki sam kryzys? Pytanie to dobrze obrazuje istotę globalnego kryzysu, który obecnie również dotyka wszystkie kraje, niezależnie od różnic między nimi.
 
Jeśli spojrzymy na dzieje światowych kryzysów finansowych, zobaczymy, że zawsze zaczynały się one od tego samego: ktoś zrobił tzw. przekręt, ktoś wyprowadził pieniądze, ktoś na tym zarobił, ktoś inny zaś musiał za to zapłacić. Z taką sytuacją mieliśmy do czynienia na początku lat 90. w państwach azjatyckich i Ameryce Łacińskiej. W podobnym położeniu znalazła się Wielka Brytania w 1992 roku, kiedy George Soros przeznaczył 15 miliardów dolarów na dewaluację funta, zarabiając na tym krocie. Zbliżoną sytuację mieliśmy też w Polsce ponad dziesięć lat temu ? i na tym ostatnim przykładzie chciałbym się skupić.
 
Kryzys lat 90.
 
Aby unaocznić czytelnikom podstawowe mechanizmy ?robienia? kryzysu, spróbuję pokazać od strony praktycznej, jak funkcjonuje rynek walutowy. Jak zapewne niektórzy pamiętają, pod koniec lat 90. dolar amerykański doszedł do ceny niemal 5 złotych. Miałem wówczas konto w Banku Handlowym i obserwowałem wahania kursu dolara, który rósł od 4,20 przez 4,40 i tak dalej. Wówczas bank zaczął namawiać mnie, abym kupował tzw. forwardy. Polegało to na tym, żeby w danym momencie, w którym dolar kosztuje np. 4,40, zamówić dajmy na to 500 tysięcy dolarów po aktualnej cenie, jednak z terminem kupna za trzy miesiące. W owym czasie cena dolara zaczynała rosnąć, wytwarzała się wokół tego specyficzna atmosfera, którą podtrzymywały media oraz rozmaici dyżurni ekonomiści, twierdzący, że według wszelkich profesjonalnych prognoz już niedługo dolar będzie kosztował nawet 6 złotych. W takiej sytuacji, opierając się na tych rzekomo rzetelnych i profesjonalnych informacjach, skorzystałem z owego forwardu i kupiłem pół miliona dolarów po 4,60, które miałem wykupić za dwa-trzy miesiące, kiedy, zgodnie z wszelkimi zapewnieniami, dolar kosztować będzie 4,90. Cóż się dzieje? Oto mijają trzy miesiące i kiedy przychodzi moment wykupu, dolar kosztuje 4,30, co oznacza, że do każdego dolara muszę dołożyć 30 groszy.
 
Na transakcji tej straciłem około 60 tysięcy złotych. Ktoś powiedziałby ? nic dziwnego, byłeś chciwy. Również dziś o ludziach, którzy skorzystali z tzw. opcji walutowych, mówi się, że byli chciwi i dlatego ponieśli straty. Należy jednak pamiętać, że w takich okolicznościach ? biorąc pod uwagę informacje o dewaluującej się złotówce ? myśli się nie o tym, aby zarobić, ale aby nie stracić. Podobnie było ze mną: chodziło mi o to, aby towar, który importuję, kupić za dolary po jak najniższej cenie, aby nie splajtować. Jak się jednak okazało ? straciłem i podobnie też wielu innych importerów.
 
Zauważmy, że w tamtym okresie oprocentowanie złotówki wynosiło 20 procent, dolara ? 5. Cóż zrobiono? Wywindowano dolara do 4,80, a następnie ? za sprawą pewnej grupy ?wtajemniczonych? ludzi ? wpuszczono na polski rynek z zagranicy kilka miliardów dolarów, sprzedając je po 4,80, a następnie umieszczając na polskich dwudziestoprocentowych lokatach na rok czasu. Po roku wyciągnięto złotówki, oczywiście już o 20 procent powiększone, następnie odkupiono dolary, który wcześniej były po 4,80, w tym momencie płacąc za nie tylko 3,80. W sumie, ludzie, którzy przeprowadzili takie transakcje, w ciągu roku zarobili, lekko licząc, około 40 procent początkowego wkładu.
 
Wówczas nikt na takie sytuacje nie reagował. Ja sam naiwnie wierzyłem, że mamy jakiś wpływ na polskie banki, jednak okazało się, że żadnego wpływu nie mamy. Ani na banki, ani na zagadkowe ruchy walut. Jeśli dolar ? czy inna waluta ? nie jest oparty o parytet złota, staje się takim samym towarem, jak np. piwo, i można nim grać, wykorzystując typowe rynkowe mechanizmy popytu i podaży, czyli, można wmawiać ludziom, że jest to bardzo dobre piwo, nawet jeśli jest to tylko zabarwiona woda, ale też można zrobić propagandę, że jest do niczego, nawet jeśli nie jest to zgodne z prawdą.
 
Źródła obecnego kryzysu
 
Przejdźmy teraz do czasów współczesnych. Skąd się wziął kryzys? Zwróćmy uwagę, że jeśli chodzi o polską gospodarkę, nie było żadnych przesłanek do tego, aby dolar kosztował 2 złote, tak jak latem ubiegłego roku. Mimo to wytworzono pewną atmosferę, twierdzono, że dolar niedługo będzie kosztował 1,5, jak gdyby nasza gospodarka była nie wiadomo jak silna, podczas gdy gołym okiem widać, że jest ona zbiurokratyzowana, skrępowana nadmiarem przepisów. Nie powstawały żadne nowe gałęzie produkcji, nie budowano fabryk czy portów ? nie było żadnych powodów sądzić, że gospodarka ma się świetnie, jak nas cały czas zapewniano.
 
Po raz pierwszy zwrócono mi na to uwagę w czerwcu ubiegłego roku. W tamtym okresie w Bangkoku odbyła się międzynarodowa konferencja Lion Club, paramasońskiej organizacji grupującej menadżerów z całego świata, rozpracowujących na użytek możnych tego świata różne lokalne rynki. Jeden z moich znajomych, wróciwszy z tej konferencji, powiedział mi, że, z tego co wie, ropa w ciągu najbliższych kilku miesięcy będzie kosztowała poniżej 100 dolarów za baryłkę ? a pamiętajmy, że ropa wówczas kosztowała niemal 150 dolarów. Nie byłem w to w stanie uwierzyć, posprzeczałem się z nim, mówiąc, że raczej będzie kosztowała 200 dolarów, na co on dodał tylko: kupuj dolary, póki są po 2 złote.
 
W tym samym okresie, pod koniec czerwca i na początku lipca, banki, takie jak JP Morgan, Goldman Sachs, zatrudniały dodatkowych pracowników po to, aby starali się przekonać klientów do tzw. opcji. Chodziło przede wszystkim o polskie firmy eksportowe, które były przerażone spadkiem ceny euro. Tworzono wówczas atmosferę, że euro kosztować będzie 3,30 albo 3,20 i w tej sytuacji nasi eksporterzy, nie z chciwości, ale trosce o przetrwanie własnych firm, podpisywali opcje, wnioskując z wciąż pojawiających się w mediach informacji, że jeśli tego nie zrobią, wkrótce będę dopłacać do eksportu. Dziś okazuje się, że opcje podpisało ponad 80 procent polskich eksporterów, co oznacza że dokładnie tyle firm znajduje się na skraju bankructwa.
 
Powstaje teraz pytanie. Dlaczego media, ekonomiści i część polityków sugerowała eksporterom wchodzenie w opcje, a nie proponowano importerom, żeby kupowali dolara po 2 złote? Tej kwestii w naszym kraju nikt nie chce jasno postawić. Mając informację z konferencji Lion Club, na początku sierpnia poszedłem do banku z zamiarem kupna miliona dolarów w systemie forward po 2 złote. Wówczas natychmiast zjawił się doradca finansowy banku, gwałtownie odwodząc mnie od tej decyzji, zapewniając, że to błąd, że wszelkie istniejące poważne prognozy wskazują, że pod koniec sierpnia dolar będzie kosztował 1,95. Zachowałem się wówczas tak, jak pewnie zachowałaby się większość, to znaczy zaufałem opinii eksperta i wycofałem się z transakcji. Powstaje pytanie: dlaczego w ten sposób mi doradzał? Rozmawiałem z nim później i powiedział mi, że głęboko w to wierzył, dostał bowiem z góry takie informacje i niemal nakaz, że tak właśnie ma mówić. Gdyby zasugerował coś innego, mogłoby się okazać, że nagle sporo osób kupi dolara wówczas, kiedy jest on najtańszy.
 
Byli jednak tacy, którzy dostali właściwe informacje i kupili duże sumy wówczas, kiedy dolar kosztował 2 złote, jednak były to wyjątki. Rozmawiając z innymi importerami uzyskałem informacje, że również ich odwodzono od transakcji, zapewniając, iż profesjonalne prognozy wskazują na przyszły spadek cen dolara. Oczywiście, można było nie ufać doradcom i działać wbrew ich opiniom, jednak mało kto na takie działanie się odważał.
 
Początek katastrofy
 
W ten sposób z jednej strony stracili eksporterzy, którzy, sugerując się opiniami fachowców, weszli w tzw. opcje, z drugiej zaś importerzy, którzy z takich samych powodów wstrzymali się z zakupem dolara wówczas, kiedy jego kurs był najniższy. W październiku JP Morgan stwierdza, że Polska jest bankrutem. Mało kto traktuje to poważnie, ale JP Morgan ma pełne podstawy, aby tak twierdzić, wie bowiem, że niemal wszyscy polscy eksporterzy podpisali opcje i w ten sposób przegrali.
 
Zresztą nie tylko oni ? przegrał cały kraj, którego rząd jest kompletnie bezradny i nie ma pojęcia, co robić w zaistniałej sytuacji. A przecież wystarczyło błyskawicznie wprowadzić choćby ustawę mówiącą, że pieniądze wyprowadzane z kraju będą oprocentowane na 20 procent, tak jak np. zrobił to Izrael. Niestety, nie podjęto ani działań prewencyjnych, ani działań minimalizujących skutki kryzysu finansowego. Wynikać to może z tego, że kraj nasz jest w bezprzykładny sposób infiltrowany przez obce służby, a nasi czołowi politycy faktycznie działają na korzyść innych państw czy organizacji. Weźmy choćby byłego premiera Marcinkiewicza, człowieka mającego informację o najważniejszych tajemnicach państwowych, który jest doradcą banku Goldman Sachs. Jest to element dużo szerszego procesu polegającego na tym, że myślenie w kategoriach gospodarki narodowej wypierane jest przez myślenie czysto ekonomiczne.
 
(...)
Wyświetlony 5006 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.