sobota, 20 luty 2010 17:51

O rozsądnym korzystaniu z historii

Napisał
Jeśli prawdą jest, że dzieci i zwierzęta żyją w ciągłej teraźniejszości, to zwracanie się ku przeszłości jest niewątpliwą oznaką starzenia się. Człowiek stary znajduje jedną z nielicznych perwersyjnych namiętności w przeżywaniu i przeżuwaniu na nowo zdarzeń, które jako minione dają bezpieczną gwarancję tego, że już się nie powtórzą. Dlatego też ktoś, kogo jedyną pasją jest pływanie w nurcie dokonanej historii, niezależnie od wieku metrykalnego, jest już duchowo stary. Są dwa rodzaje tęsknoty: tęsknota za nieznanym, które dopiero się wydarzy, właściwa komuś, kto idzie w stronę szczytu, oraz tęsknota za dobrze znajomymi chwilami, które już były i na zawsze przepadły (jak łzy w deszczu - jak powiedziałby bohater Ridleya Scotta), typowa dla kogoś, komu został już tylko rzut oka z góry na przebytą drogę, nim będzie musiał zacząć schodzić.

Starość jest cechą ludzi. Czy może być cechą całych społeczeństw lub narodów? Z punktu widzenia politycznego nominalizmu istnieją tylko konkretne jednostki, narody zaś to jedynie ich zbiorowości spajane pewnymi cechami wspólnymi. Z tej perspektywy naród będzie stary wówczas, kiedy większość składających się nań osób wykazywać będzie objawy typowe dla starości. Stanowisko przeciwne głosić będzie, że całość nie jest sumą swoich części, a w związku z tym starość może cechować wspólnotę złożoną z indywiduów nie przejawiających cech schyłkowych. Tak czy owak, narody mogą się starzeć, a pasja, z jaką celebrują swoją przeszłość, jest prawdopodobnie tego najlepszym dowodem.

 
W jednym ze swoich Niewczesnych rozważań Nietzsche zastanawiał się nad pożytkami i szkodliwością historii dla życia, to znaczy nad tym, na ile pokarm oparty głównie na trawieniu tego, co było, zapewnić może jednostce czy wspólnocie trwanie i regenerację. Obserwując współczesnych sobie Niemców, doszedł do wniosku, że istnieje pewna granica, po przekroczeniu której nieustannie odnawiana i przeżywana przeszłość staje się zabójcza dla teraźniejszości. Zwierzę, którego aktywność w poszukiwaniu pożywienia sprowadzałaby się do rozpamiętywania niegdysiejszych żerowisk i żalu po ich stracie, niechybnie padłoby. Być może właśnie dlatego historiozofia nie cieszy się wzięciem wśród krów, a kury nie piszą pamiętników, roniąc łzy tęsknoty za pierwszym jajkiem. Człowiek, rzecz jasna, różni się od zwierzęcia, być może nawet istotnie, jednak mimo wysiłków inżynierów i ideologów nie udało mu się na razie całkowicie pozbyć balastu zwierzęcości, tak więc w przerwach między kontemplowaniem czystego Dasein musi sobie pozwolić na chwilę doraźnego Existenz. Oznacza to, że musi umieć odpocząć od przeszłości.
 
Jednak nie wynika z tego, że powinien całkowicie zrezygnować ze spoglądania wstecz. Pomiędzy zamkniętym w wiecznej teraźniejszości zwierzęciem a wiecznie pogrążonym w przeszłości melancholikiem istnieje jeszcze wiele stanów pośrednich. Nietzsche wspomina o trzech sposobach korzystania z historii: monumentalnym, antykwarycznym i krytycznym. Pierwszy skupia się na wielkich momentach i postaciach przeszłości, drugi gloryfikuje to, co należy do historii, tylko dlatego, że jest stare, trzeci zaś polega na osądzeniu dziejów z punktu widzenia teraźniejszości i ? jeśli trzeba ? odrzuceniu ich. Typologia ta, co prawda, sporządzona została na użytek dziewiętnastowiecznych Prus, które dopiero budowały sobie przyczółki w Europie, ale nie zaszkodzi dzisiaj, po stu pięćdziesięciu latach, przyjrzeć jej się bliżej, zwłaszcza że owe Prusy po dwóch przegranych wojnach i kilku mutacjach ustrojowych okazują się mieć lepiej niż kiedykolwiek.
 
Historia monumentalna jakiegoś narodu czy państwa sprowadza się zatem do sporządzania katalogu odcedzonych z gąszczu pomniejszych wydarzeń i odpowiednio nadmuchanych sukcesów ? wygranych bitew, udanych reform, korzystnych traktatów ? uzupełnionych galerią ich autorów. Tak przedstawiona historia, oczywiście, nie w pełni odpowiada faktom, albo w ogóle im nie odpowiada, niemniej jednak pełni użyteczną funkcję: podnosi morale i wzmacnia poczucie dumy. To, czy jednostki owo poczucie przekują na kolejne sukcesy, czy też będą gnuśnieć w jego cieniu, żyjąc na kredyt przodków, to już inna sprawa, jednak naród pozbawiony pomników, z których mógłby być dumny, nie jest w stanie normalnie funkcjonować.
 
Cóż jednak mają uczynić narody, w których historii brak spektakularnych sukcesów, albo takie, których dzieje są jednym wielkim pasmem porażek? Weźmy na przykład Polaków. Gdyby przyjrzeć się temu, jak opowiadają swoją przeszłość, można by dojść do wniosku, że sprawia im zagadkową satysfakcję wznoszenie pomników klęskom. Lwia część tego, co występuje u nas jako namiastka historii monumentalnej, sprowadza się do kolektywnego użalania się nad sobą i rozdrapywania starych ran, jakbyśmy byli narodem wdów, których jedynym zajęciem jest na wpół przytomne błąkanie się po pobojowiskach. Ten historyczny masochizm tak nam wszedł w krew, że nawet nieliczne sukcesy świętujemy na smutno, wśród ćmiących się kadzideł i ociężałych marszów (być może jednym z naszych największych przekleństw jest to, że jako narodowego kompozytora czcimy Chopina, którego napompowane patosem etiudy nadają się jedynie jako podkład muzyczny pod końcowe napisy serialu o klęsce). Wystarczy zresztą zajrzeć do kalendarza: świętujemy przede wszystkim rocznice ponurych porażek ? wybuchu II wojny światowej, powstania warszawskiego, wprowadzenia stanu wojennego, zapominając, że śmierć, która nie była ceną za sukces, nie działa mobilizująco, lecz przytłacza i zniechęca. Trudno w takiej sytuacji oczekiwać dumy czy pewności siebie. Dla nas to dziwactwo stało się normą, ale wyobraźmy sobie, że Amerykanie świętują atak na Pearl Harbor, Hiszpanie klęskę pod Trafalgarem, a Francuzi utworzenie rządu Vichy. Czy może być coś bardziej demobilizującego niż coroczne celebrowanie porażek? Mimo to, w ciągu dwudziestu lat istnienia III RP nikt nie dostrzegł potrzeby uzupełnienia tych narodowych styp przynajmniej jedną okazją do świętowania zwycięstwa nad sąsiadami: czy to z okazji bitwy pod Grunwaldem, czy też zajęcia Kremla.
 
Z tej perspektywy można stwierdzić, że ? przynajmniej u nas ? monumentalne ujęcie historii zostało niemal całkowicie wyparte przez antykwaryczne, które każe pochylać się nad pewnymi rzeczami tylko dlatego, że są stare. Archetypami współczesnych antykwariuszy są Bouvarda i Pécuchet, obłąkani bohaterowie Flauberta, wykazujący niekontrolowaną skłonność do oddawania nabożnej czci wszystkiemu, co na odległość czuć naftaliną i stęchlizną. Gromadzą i pielęgnują śmieci minionych pokoleń, czcząc w nich to, co minione, i nie dostrzegając, że ostatecznie są to jednak śmieci. Zmysł antykwaryczny w swoim uwielbieniu dla przeszłości ma coś wspólnego z podejściem monumentalnym, z tym że o ile pierwsze dzięki stylizacji przeszłości i częściowemu jej zakłamaniu jest w stanie wykorzystać ją dla aktualnych celów, to antykwariusz broni jej przed wszelką oceną i niczym zasuszony muzealnik ze swojego taboretu powtarza monotonnie ?Nie dotykać eksponatów?.
 
Objawem antykwarycznej troski o kurz zalegający na zabytkach jest obecna sytuacja, w której próba krytycznego spojrzenia na niektóre zdarzenia z dziejów Polski napotyka na ostry sprzeciw. Antykwariusz przypomina nieco ekologicznego bojownika o środowisko naturalne: tak jak ekolog, powołując się na dobro pewnego gatunku komarów, będzie sprzeciwiał się budowaniu autostrady przez bagna, tak też historyczny antykwariusz zabraniał będzie nowych badań w tym czy innym obszarze dziejów, twierdząc, że chroni zabytki. Co więcej, uważał będzie, że chroniąc zabytek, chroni prawdę o przeszłości, nie dostrzegając, iż to zabytek właśnie nie mówi nam żadnej prawdy o swojej epoce, albowiem w niej nigdy nie był zabytkiem. To my go nim uczyniliśmy, zamrażając perspektywę, wyrywając go z kontekstu i wkładając do gabloty. Ruina nie jest nam w stanie niczego powiedzieć o czasach swojej świetności, tak samo jak spróchniały szkielet niewiele nam mówi o człowieku, do którego należał. Antykwaryczna troska o nienaruszalność ruin, mająca swoje korzenie w romantycznej fascynacji gotykiem, podobnie jak ta ostatnia skutkuje nie tylko sprzeciwem wobec rekonstrukcji, ale także tworzeniem ruin sztucznych. Dlatego też każda próba potraktowania pewnych postaci z naszej historii jako ludzi, nie zaś zabytków czy pomników, wywołuje tak ostre protesty. Widać to było przy okazji publikacji pierwszej badawczej, nie zaś hagiograficznej książki o Lechu Wałęsie, kiedy obrońcy historycznego środowiska naturalnego i muzealnicy zaprotestowali przeciwko uzupełnieniu ruiny kilkoma cegłami, aby dać widzowi lepszy obraz całości. Objawem tego niezdrowego stanu jest także fakt, że do tej pory nie doczekaliśmy się rzetelnych biografii czołowych graczy sceny politycznej ostatnich lat: Michnika, Kuronia, Kiszczaka, Jaruzelskiego, Geremka czy Kaczyńskiego. Również kluczowe wydarzenia, takie jak stan wojenny, układ przy okrągłym stole czy prezydentura Wałęsy nie doczekały się wnikliwego i zdystansowanego opisu. Dodać zresztą należy, że obszar objęty antykwaryczną ochroną jest dużo szerszy i dotyczy też takich wydarzeń, jak powstanie warszawskie, kampania wrześniowa, walka z sowiecką okupacją po 1945. r., dwudziestolecie międzywojenne czy stosunki księży z bezpieką. Dla wielu są to eksponaty, których nie wolno dotykać.
 
(?)
Wyświetlony 2531 razy
Więcej w tej kategorii: « Amerykańska Mamuśka (XI): Szkoła
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.