sobota, 20 luty 2010 17:54

Amerykańska Mamuśka (XI): Szkoła

Napisane przez
Gdy wybieraliśmy się do Ameryki, pamiętając swoje wcześniejsze doświadczenia i pokutujące w Polsce stereotypy, jednego byłam pewna: po szkolnictwie podstawowym, zwłaszcza publicznym, niczego dobrego spodziewać się nie można. Wręcz przeciwnie: z amerykańską szkołą kojarzyły mi się agresja, niski poziom, masakry z bronią palną i oczywiście olbrzymi odsetek dzieci na środkach uspokajających. Zanim tu przyjechałam, zwykłam żartować, że gdybyśmy żyli w USA, jedna z moich córeczek dawno byłaby na lekach na nadpobudliwość. A jak dzieci były szczególnie nieznośne, mówiłam: "to nie Ameryka!".

Mieszkamy tu od dwóch lat i czasami te same słowa cisną mi się na usta. Bo właściwie Utah to nie Ameryka. To jakiś dziwny i egzotyczny wycinek tego kraju. Ale też zarówno w Polsce, jak i w Stanach, wiele się zmieniło w edukacji, wychowaniu dzieci czy wręcz modelu rodziny. Niestety, dla Polski te zmiany zachodzą w przeciwnych kierunkach.

 
Klasyczna mormońska rodzina ma kilkoro dzieci, matkę zajmującą się domem i ciężko pracującego ojca. Starsze rodzeństwo siłą rzeczy opiekuje się młodszym, dzieci same chodzą do szkoły (co jest niedopuszczalne, a wręcz sprzeczne z prawem w wielu innych stanach) i są wychowywane w atmosferze kompletnego posłuszeństwa.
 
To wychowanie czasami przybiera karykaturalną postać. Odwiedzili nas kiedyś znajomi z dwójką dzieci w wieku trzech lat oraz roku. Ponieważ nasze starsze córki nie chciały się bawić z ich synkiem, ten przybiegł do rodziców z płaczem. Ich reakcja była natychmiastowa: ?Idź i przeproś!?. Z kolei pewien znajomy skarżył się nam, że przeciw jego córce ? bystrej i bardzo miłej, ale równocześnie energicznej dziewczynce ? sprzysięgła się cała mormońska parafia, stwierdzając, że tak żywe dziecko ma zły wpływ na rozwój duchowy rówieśników. Od tej pory cała rodzina pomijana jest w zaproszeniach na wspólnotowe imprezy.
 
Z drugiej strony, nauczyciele na pewno nie mają tak dużo problemów wychowawczych, jak ich koledzy po fachu w jakimkolwiek dużym polskim mieście. Gdy zdarza mi się przechodzić szkolnym korytarzem w czasie lekcji, drzwi do klas są pootwierane, a hałasu nie słychać. Inną kwestią jest fakt, że nawet, jak problemy się zdarzają, to ich rozwiązanie nie należy do nauczyciela: on ma dzieci uczyć, od wychowywania są przecież rodzice. Jeśli ktoś za bardzo rozrabia, jest wypraszany do dyrekcji, a ta kontaktuje się z rodzicami. Dyrektor szkoły jest bowiem od zarządzania, a nie od uczenia.
 
Szkoła publiczna finansowana jest z podatków i z zasady nie ma rodziców kosztować nic ponad to. Jak to się przekłada na rzeczywistość? Nie musimy dzieciom kupować nie tylko podręczników (nauczyciele przeważnie kopiują i rozdają pojedyncze strony, co absolutnie nie stoi w sprzeczności z prawami autorskimi), ale też zeszytów, ołówków, przyborów plastycznych. Zarówno dla naszych kieszeni, jak i dla ich kręgosłupów jest to zbawienne. Z drugiej strony, wycieczki ? jeśli się w ogóle zdarzają ? to tylko na pół dnia w najbliższą okolicę, a wyjścia do kina czy teatru mają miejsce najwyżej raz w semestrze. Od pokazywania dzieciom świata są wszak rodzice.
 
(?)
Wyświetlony 2596 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.