sobota, 20 luty 2010 17:59

Przeciw polityce chowania głowy w piasek

Napisane przez

Jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych niemal wszystkie drukowane w RFN mapy Europy przedstawiały Polskę jako kadłubek bez Szczecina, Olsztyna, Wrocławia, Gdańska, Opola. Do dziś większość map, jakie znajdziemy w Niemczech, utrzymuje, że Polska zaczyna się w okolicach Bydgoszczy, Poznania i Katowic. Pomorze, Ziemia Lubuska, Dolny Śląsk, Opolszczyzna, Warmia i Mazury to według obowiązującej do niedawna kartografii ? terytoria pod tymczasową administracją polską. Jeśli ktoś łudzi się, że jest to jedynie wyraz całkowitej niezgody na jałtańsko-poczdamski bieg granic, zawiedzie się, gdyż Polska wedle tej wizji kończy się mniej więcej na linii wyznaczonej układem Ribbentrop-Mołotow. Przekonanie, że nasz kraj jest do zniesienia co najwyżej w terytorialnym kształcie z okresu międzywojennego, tyle że bez swojej wschodniej połowy, jeszcze kilkanaście lat temu imponowało swą zgodnością.

 
?Eksperci? od spraw niemieckich, zatrudnieni przez wiele ?polskich? redakcji (choć żyjący głównie ze stypendiów niemieckich fundacji) oczywiście utrzymują, że takie nauczanie geografii we wszystkich szkołach RFN przez 40 lat jest całkowicie bez znaczenia. Wielka mapa Niemiec, zawierających w swoich granicach trzecią część naszego dzisiejszego terytorium, jeszcze w połowie lat siedemdziesiątych zdobiła jedną z głównych sal Bundestagu. Dla ?polskich niemcoznawców? przytaczanie takiego faktu jest objawem histerii, bo przecież mapa ta już około roku 1975 przeniesiona została do nieco mniej eksponowanego pomieszczenia. Jakiś rok temu cieszący się podobno wielką atencją ?pogromca dyplomatołków? ? Władysław Bartoszewski ? zwrócił się z oficjalnym wnioskiem do rządu Angeli Merkel o to, by państwo niemieckie wzięło na siebie ciężar roszczeń, kierowanych przez tzw. wypędzonych. Precedens dla aktu takiego już jest ? o wiele uboższa Polska, w imię dobrych stosunków z sąsiadami, wypłaca zabużanom odszkodowania wyłącznie z własnej kasy. Odpowiedzią na wniosek naszego ?superdyplomaty? jest nie tylko cisza. Równolegle z wygłaszanymi przez panią kanclerz frazesami o pojednaniu podlegli jej urzędnicy doradzają zgłaszającym roszczenia, by kierowali je do strony polskiej. Najliczniejsza i otrzymująca największe państwowe subwencje pozarządowa organizacja RFN służy instrukcjami, wskazując szlaki przecierane w polskich sądach, potrafiących pozbawiać mienia polskich obywateli. Dla ?orędowników niemiecko-polskiego pojednania? to jednak znów tylko temat do kpin oraz dowód na to, że wskazujący takie fakty są oszołomami, nienawistnikami, cierpiącymi na antyniemieckie fobie wyznawcami anachronicznych wizji. Nie inaczej tzw. wiodące media III RP traktują orzekane przez niemieckie sądy zakazy rozmawiania po polsku z dziećmi Polaków, którzy rozwiedli się z niemieckimi żonami. Według tego samego ?myślenia? utrzymywanie przez kilka dziesięcioleci, że pocztowcy z Gdańska zostali w 1939 roku ?rozstrzelani legalnie?, nie było niczym innym, jak przejawem działania państwa prawa.
 
Janusz Dobrosz przez większość minionego dwudziestolecia był posłem na Sejm. Skupiając swą uwagę głównie na sprawach międzynarodowych, już od 1989 dostrzegał obecność w polskim parlamencie zwartej, choć rekrutującej się z różnych klubów Partii Pruskiej. Ujawnia ona swą niezawodną obecność zawsze, gdy z korzyścią dla Niemiec powinna być przegłosowana odpowiednia ustawa lub oddalona interpelacja. Kiedy najwygodniejsze dla Berlina jest wyśmianie z sejmowej mównicy czyichś niepokojów ? zawsze znajdzie się poseł gotów odegrać tę rolę. Nigdy też nie zabraknie wsparcia mediów, dyżurnych ?niemcoznawczych autorytetów? czy pismaków specjalizujących się w wyszydzaniu nonsensownych lęków i tych, co myślą nieaktualnymi kategoriami.
 
Zachodni sąsiad jest naszym głównym partnerem gospodarczym. Znad Renu w latach osiemdziesiątych płynęła znacząca pomoc dla solidarnościowego podziemia. Mamy za Odrą licznych przyjaciół, na wielu obszarach rozwija się bardzo wartościowa współpraca. Mamy też jednak do czynienia z poważnymi zgrzytami, licznymi niedomówieniami i tematami tabu. Skala tych zjawisk sugeruje raczej większą rezerwę, niż ufność, tak uparcie lansowaną przez politykę zagraniczną naszej strony.
 
Książce Dobrosza można zarzucić nadmierną emocjonalność. Przynajmniej niektórzy znawcy archeologii pradziejowej polemizowaliby też z jednym z wątków Decydującego starcia, w którym starożytną kulturę łużycką autor jednoznacznie utożsamił z prasłowiańszczyzną. Publikację wypełniają jednak przede wszystkim polityczne fakty z ostatniego dwudziestolecia ? mające często znaczenie fundamentalne a w mediach III RP całkowicie przeinaczone, zepchnięte na margines, lub zupełnie utajnione.
 
J. Dobrosz, Polska-Niemcy. Decydujące Starcie, Fundacja ?Idzie Jezus?, Wrocław- Kiełczów 2008
Wyświetlony 2994 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.