Wydrukuj tę stronę
sobota, 20 luty 2010 18:38

Naród katów wystawia rachunki

Napisane przez
Żyją jeszcze Polacy, którzy każdy, nawet najbardziej przyjacielski gest ze strony Niemca natychmiast zaliczą do kategorii zachowań "niebezpiecznie przyjaznych", po czym zaczną gorączkowo rozglądać się za czymś, co strzela. Całej reszcie nie zaszkodzi, gdy staranniej niż dotąd monitorować będzie postępowanie i realizację strategii politycznej naszego zachodniego sąsiada. Powodów do przezorności mamy bez liku.

 

Kiedy przy okazji spotkania Związku Wypędzonych (BdV), odbywającego się pod hasłem: Prawo do stron ojczystych jest prawem człowieka, dziennik ?Rzeczpospolita? zapytał przewodniczącego Związku Wschodnich i Środkowych Niemiec Helmuta Sauera, czy prawo do stron ojczystych oznacza, że niemieccy wysiedleńcy mają prawo do powrotu na swe byłe tereny oraz do zwrotu znajdujących się tam nieruchomości, Sauer odparł: Tego nie można wykluczyć. Po czym wyraził przekonanie, że jeśli zwrot w naturze jest niemożliwy, za utracone mienie Polska powinna zapłacić Niemcom odszkodowania. Dlaczego płacić ma Polska? A dlaczego miałby to uczynić niemiecki rząd? Zgodnie z prawem międzynarodowym każde wypędzenie jest bezprawne. Sprzeczne z prawem było także wypędzenie Niemców z terenów będących dzisiaj częścią Polski. Polska brała w tym udział i z tego wynikają określone konsekwencje ? wyłożył kawę na ławę Sauer, wyjaśniając, że ta sprawa nie może pozostać nieuregulowana i wyłączona z polsko-niemieckich traktatów, jak to jest obecnie. Jeżeli tak będzie nadal, problemem zajmie się Parlament Europejski ? zagroził.
 
Podobnie uważa przewodnicząca Związku Wypędzonych Erika Steinbach, twierdząc, że za wykonanie stalinowskiego planu przesiedleń niemieckich obywateli podczas II wojny światowej odpowiadają kraje ów plan realizujące. Wypędzenie Niemców jest częścią niemieckiej tożsamości i nie może ulec zapomnieniu ? podkreślała szefowa BdV w wywiadzie dla dziennika ?Passauer Neue Presse?.
 
Chcą w nas zabić tę pamięć
 
Świtało. Był pierwszy września 1939 roku. Siedemnaście kilometrów od wschodniej granicy Niemiec spało polskie miasto Wieluń. Tutaj, dwadzieścia minut przed piątą rano, mieszkańców okolic Rynku wyrwał ze snu przerażający huk. To eksplodowała bomba zrzucona z samolotu Luftwaffe. Osiem minut później, gdy pierwszy pocisk z okrętu Szlezwig-Holsztyn przeorał piaski Westerplatte, w Wieluniu bomby dziurawiły oznaczony czerwonym krzyżem dach szpitala Wszystkich Świętych.
 
Generał lotnictwa Wolfram Freiherr von Richthofen wiedział, że niemający znaczenia militarnego Wieluń nie jest w żaden sposób chroniony. Lecz atak miał być testem dla nowej wersji bombowca JU-87 ? i Junkersy zdały ten egzamin celująco. Trzy czwarte miasteczka legło w gruzach. Śmierć zebrała obfite żniwo: zginęło prawie 1200 osób. Mężczyzn, kobiet i dzieci.
 
Tak zaczęła się niemiecka inwazja na niewinny kraj, która nie tylko niemal doszczętnie Polskę zniszczyła, ale i na dziesięciolecia wykluczyła z orbity demokratycznego świata. Kosztowała nas ona miliony istnień. Krew, łzy i rozpacz. Ruiny zbombardowanych miast, zrównaną z ziemią stolicę, zgliszcza spacyfikowanych wiosek. Degrengoladę gospodarczą. I tak dalej, i tak dalej. A wszystko to akcentowane dymami krematoriów ?ostatecznie rozwiązujących kwestię żydowską? i szarpiącym serce krzykiem dzieci. Jak choćby tego czteroletniego malca, wpychanego do komory gazowej w Bełżcu: Mamusiu! Przecież ja byłem grzeczny! Ciemno! Ciemno!
 
Histeria antyniemiecka
 
70 lat po tamtych wydarzeniach państwo niemieckie znowu zdaje się tracić kontakt z rzeczywistością. W dwustronnych kontaktach wieje chłodem, nieudolnie maskowanym ?polityką miłości? w wykonaniu rządu Donalda Tuska. Niemcy mają w nosie nasz stosunek do II wojny światowej i jej skutków. Coraz częściej mówienie o Polakach jako ofiarach wywołanej przez Niemców wojny poczytuje się nam za nietakt. Nie zależy im na naszej sympatii, nie przejmują się krytyką, przeciwnie ? najdrobniejszy jej objaw prezentują w kategoriach germanofobii.
 
Prawda jest taka, że Niemcom nie zależy na pojednaniu. Natomiast bardzo chcą odzyskać to, co utracili w wyniku wojny. Nie pogodzili się z przegraną i bez specjalnego ryzyka popełnienia błędu można przewidzieć, że nie pogodzą się. Trzeba wyjątkowej ślepoty, by nie chcieć zauważyć niemieckich dążeń do zrewidowania prawdy historycznej oraz wykreowania nowej wersji przebiegu II wojny światowej. Takiej, w której Niemcy przejmują rolę ofiar, a niemieckie ofiary stają się katami. W myśl tej logiki, jak to ładnie podsumował Piotr Semka: Muzeum Powstania Warszawskiego przestaje być wyrzutem niemieckiego sumienia, a staje się miejscem nacjonalistycznej polityki budzenia antyniemieckiej histerii.
 
Nasz związek nigdy nie zrzeknie się prawa do własności i odszkodowań, a rząd Polski dla wyrównania krzywd może oddać wypędzonym jakieś tereny państwowe ? mówi tymczasem Erika Steinbach i to jest dokładnie to, o czym Niemcy myślą, choć znaczna ich część póki co obawia się głośno to wypowiedzieć (Steinbach jeszcze w 2004 roku domagała się, by Berlin uzależnił przyjęcie Polski do UE od spełnienia tych żądań).
 
Precz z Poczdamem
 
Po 1989 roku Polakom starano się wmówić, że problem rozliczeń wojennych z Niemcami został definitywnie przesądzony i ostatecznie zamknięty. Polski minister spraw zagranicznych, Władysław Bartoszewski, grzmiał z trybuny sejmowej, że czarne scenariusze nie maja racji bytu. A przecież w kwestiach własnościowych całe niemieckie prawo wewnętrzne, konstytucja, orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego wyraźnie zmierzają do tego, aby roszczenia zachowały aktualność.
 
Co prawda, Berlin oficjalnie się od nich dystansuje, ale do dziś nie zrobił tego jednoznacznie, nie zamierzając brać sobie na barki ewentualnych ? kto wie, czy nie idących w miliardy euro ? zobowiązań wobec własnych obywateli. Przyjazne oświadczenia Angeli Merkel niczego nie załatwiają w sensie prawnym. Rząd niemiecki powinien zadeklarować wprost, że przejmuje na siebie ewentualne wypłaty odszkodowań za mienie pozostawione przez wysiedlonych ? a tego zrobić nie chce.
 
W 1953 roku, pod naciskiem Moskwy, PRL zrzekła się reparacji wojennych. Mimo to do 1970 roku RFN protestowała przeciwko granicy na Odrze i Nysie. Jeden z artykułów niemieckiej ustawy zasadniczej gwarantuje dziedziczenie statusu ?wypędzonych?, a inny nadaje niemieckie obywatelstwo tym, którzy mieszkają na należących dziś do Polski terenach byłej III Rzeszy. Mało kto zdaje sobie też sprawę, że do dziś dnia niemiecki rząd nie uznał formalnie postanowień Konferencji Poczdamskiej.
 
Spraw własnościowych nigdy nie uregulowano, nawet gdy była po temu okazja, to znaczy w traktacie z 1991 roku. Dołączony do traktatu list intencyjny ministra Genschera stwierdzał wręcz, że tych zagadnień traktat nie dotyczy. Polacy utrzymywali, że oznacza to ostateczne ich zamknięcie, a Niemcy przeciwnie, że sprawa pozostaje otwarta. Trzeba też pamiętać, że w tym samym traktacie proponowaliśmy zapis raz na zawsze rozstrzygający problem restytucji dóbr kultury. Niemieccy negocjatorzy optowali za zostawieniem tej sprawy do przyszłych negocjacji ? i strona polska nieopatrznie na to rozwiązanie przystała.
 
(?)
Wyświetlony 5059 razy
Rafał Dawidowski

Najnowsze od Rafał Dawidowski

Artykuły powiązane

Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.