czwartek, 25 luty 2010 11:14

Prawdziwe oblicze pomarańczowego ludka

Napisał

Afera gwiazd pop-kultury dzieli się na tych ludzi, którzy są znani z tego, że są znani, oraz tych, którzy są znani z jakichś innych powodów. Te inne powody zazwyczaj pojawiają się jedynie na początku kariery, kiedy człowiek musi choćby na moment zwrócić uwagę znudzonej publiczności, potem zaś jest już znany z tego, że jest znany.

 

Gwiazdy popkultury zazwyczaj rekrutują się z dziedziny przemysłu rozrywkowego, który rozrósł się na Zachodzie do olbrzymich rozmiarów, prawdopodobnie wskutek postępu technicznego, pozwalającego tanio i szybko zaspokoić niezbędne potrzeby (dzięki czemu pozostaje masa niewykorzystanego czasu do realizacji najbardziej wyszukanych pragnień) oraz braku wojen. Kiedy bowiem rozpoczyna się wojna, wszystkie inne rozrywki stają się nieistotne i idą w kąt, skoro zamiast zabijać czas, można sobie pozabijać bliźnich.

 

 
 
Natomiast w czasie dłużącego się pokoju przemysł rozrywkowy funkcjonuje na podobieństwo multimedialnego cyrku, tym różniącego się od tradycyjnego, że nie trzeba doń specjalnie chodzić, lecz można go sobie zamontować w domu. Pracownicy tego przemysłu to po prostu cyrkowcy, którzy za odpowiednią opłatą starają się nas rozbawić, wzruszyć bądź wprawić w osłupienie, odgrywając różne role, skacząc i śpiewając, wykonując sportowe akrobacje i plotąc głupoty. Nasza epoka pod tym względem nie różni się więc specjalnie od minionych, a jedyną odmianą jest chyba to, że dziś traktuje się cyrkowców przesadnie poważnie. Być może, wskutek wzmożonego popytu na coraz to nowe rozrywki, publiczności nie wystarcza już ekscytowanie się tym, co wykonują cyrkowcy zawodowo, skacząc przez płonące obręcze czy fikając nóżkami. Publiczność chce również wiedzieć, co robią oni w życiu prywatnym, a że w nim zazwyczaj nie wyrastają ponad przeciętną, dlatego też wszyscy ekscytują się tą przeciętnością. Prowadzi to do sytuacji opisanej na początku: wystarczy fiknąć raz a dobrze, aby być znanym, a potem jest się już znanym z tego, że jest się znanym.
 
Inną nowością naszych czasów jest również to, że do gwiazd popkultury oprócz cyrkowców zaliczają się również uczeni, politycy i duchowni. O ile w wypadku pospolitych cyrkowców znakiem czasu jest to, że traktowani są poważnie, o tyle dla wymienionych branż kluczem do sukcesu okazuje się umiejętność zachowywania się w sposób niepoważny i cudownej przemiany dowolnych idei w watę cukrową. Ponieważ zwykli cyrkowcy – w prywatnym życiu mający notoryczną skłonność od wypowiadania bzdur – ustanowili pewną intelektualną normę w świecie popkultury, dlatego też wszyscy inni doń aspirujący muszą się do normy tej dostosować. Od tancerki na rurze nikt nie wymaga, aby przy okazji miała zadatki na mędrca czy kaznodzieję, jednak mędrzec albo kaznodzieja, aby zostać zauważonym, musi zatańczyć na rurze. Niektórym przychodzi to względnie łatwo, gdyż tak w nauce, jak i w polityce czy religii nie brakuje błaznów, dla których znalazłoby się miejsce w niejednym cyrku czy galerii osobliwości. Inni z początku muszą się nieco wysilać, ale później fikanie i plecenie bzdur wchodzi im w krew i czynią to tak, jakby się z tym urodzili. Najważniejsze zresztą, że publiczność jest zadowolona, gdyż to ona ostatecznie za to wszystko płaci. Bez małp, co prawda, nie byłoby cyrku, ale też małpy trzeba czymś karmić, a banany kosztują.
 
Jak wspomniałem, pewnym dziwactwem, powszechnym w naszych czasach do tego stopnia, że zaczyna uchodzić za normę, jest poważne traktowanie gwiazd popkultury. Nie ma to większego znaczenia w wypadku zwykłych cyrkowców, natomiast prowadzi do pewnych nieporozumień kiedy idzie o cyrkowców-uczonych, cyrkowców-polityków i cyrkowców-duchownych. Wynika to przede wszystkim stąd, że nie tylko zwykli ludzie poszukujący taniej rozrywki, lecz również wysoko postawieni obywatele, podejmujący istotne dla nas wszystkich decyzje, całkiem serio traktują ich małpie fikołki. W takiej sytuacji, kiedy zarówno lud, jak i jego elity o życiu uczą się z cyrku, samo życie w końcu zaczyna przypominać cyrk. A przed tym już nie ma ucieczki, chyba że w schizofrenię bezobjawową.
 
W dziedzinie nauki dobrym przykładem cyrkowca jest pan Jan Tomasz Gross. Stał się on najpierw sławny dzięki odkryciu, że grupka Polaków zamordowała grupkę Żydów w pewnym małym miasteczku, a potem, kiedy już to uogólnił na wszystkich Polaków, wszystkich Żydów i wszystkie miasteczka, stał się gwiazdą popkultury, której do sławy wystarcza to, że jest znana. Problem polegał na tym, że choć pan Gross stosował w swoich badaniach historycznych czysto cyrkowe sztuczki, z konieczności dostosowując charakter swoich wypowiedzi do poziomu osiąganego po wielkich wysiłkach przez przeciętną szansonistkę, cała masa zgoła nierozrywkowych intelektualistów traktowała jego występy poważnie, powtarzając, na zasadzie głuchego telefonu, jego historyczne rewelacje. Rezultat jest taki, że wielu ludzi uważa dziś, iż zostało „naukowo udowodnione”, że wszystkich Żydów w dziejach wymordowali pijani Polacy.
 
Jeśli chodzi o świat polityki, sztandarowym modelem cyrkowca-polityka mógłby być Al Gore, którego książka „Niewygodna prawda” (oraz nakręcony na jej podstawie film) zawiera taką liczbę nonsensów, że prawdopodobnie cały sztab cyrkowych małp klepiących w maszyny do pisania nie byłby w stanie w skończonym czasie tego dokonać, prędzej wystukując dzieła Szekspira. Bajdurzenia niedoszłego prezydenta USA na temat globalnego ocieplenia faktycznie mają wymiar intelektualnego gore, podobnie jak przemyślenia Ozzy’ego Osbourne’a czy scjentologiczne rewelacje Toma Cruise’a, mimo to jednak traktowane są przez ludzi skądinąd rozsądnych nie tylko jako wyraz troski o naszą planetę, ale wręcz jako podstawa jakiegoś realnego politycznego planu. Fakt, że jest to plan, który co najwyżej mógłby spłodzić w swojej włochatej głowie Chewbaccy, nikomu specjalnie nie przeszkadza.
 
Natomiast przykładem cyrkowca-duchownego jest Dalajlama XIV, któremu, z racji jego niedawnego tournée po naszym kraju, warto poświęcić nieco uwagi. Dalajlama XIV przedstawiany jest jako duchowy przywódca Tybetańczyków, czego nikt jak na razie nie potrafił jasno objaśnić, a co z pewnością wymagałoby objaśnienia, gdyż sugeruje to, że Dalajlama w jakiś sposób reprezentuje naród tybetański, podczas gdy faktycznie, jako buddysta, reprezentuje co najwyżej tych Tybetańczyków, którzy są buddystami, ewentualnie również tych buddystów, którzy Tybetańczykami nie są. Być może, wszyscy istniejący Tybetańczycy są buddystami, i to akceptującymi tę wersję buddyzmu, w której akurat Dalajlama XIV jest dalajlamą, ale to wpierw należałoby sprawdzić, aby nie popełnić jakiejś gafy. Józef Smith, znany prorok mormoński, z pewnością był Amerykaninem, a niemal wszyscy mormoni to rodowici Amerykanie, jednak nadużyciem byłoby stwierdzenie „Prorok Józef Smith, duchowy przywódca Amerykanów”.
 
(…)
Wyświetlony 2486 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.