Wydrukuj tę stronę
czwartek, 25 luty 2010 11:23

Szaman Gulbinowicz

Napisane przez

W pogodny, prawie że letni, australijski dzień, wziąłem do ręki książkę Krzysztofa Gulbinowicza ?Pocztówki z Workuty?.

 

 

Słońce, jak zwykle, świeciło za oknem papugi darły się, jak zwykle o tej porze dnia, i niedługo, jak zwykle, kukabarry miały zacząć swój koncert, śmiejąc się nie wiadomo z czego. Kiedy powoli zagłębiałem się w słowa książki, słońce, papugi, kukabarry i w ogóle otaczająca mnie rzeczywistość przestawały mieć jakiekolwiek znaczenie. Pozostało jedynie chwytające za gardło poczucie osaczenia, obrazy ludzkich krzywd i nieludzkiego systemu, który wszak został zgotowany nam przez ludzi.

 
Na okładce książki dziewięciu mężczyzn zgromadziło się nad dwoma grobami i jeśli przyjrzeć się dokładniej, można dostrzec, że nazwiska na tabliczkach są polskie. Pewnie dopiero co pochowali rodaków. Na tej starej fotografii mężczyźni ubrani są w syberyjskie ?mundurki? ? watowane kurtki, i takież portki, na głowach nieodłączna czapka-uszatka. Zawsze się zastanawiałem, czy to było fasowane odzienie, czy też jedyne, jakie można było kupić w lokalnym ?magazynie?? I czy mieli różne rozmiary, czy też jeden, który musiał wystarczyć wszystkim?
 
Najbardziej jednak na tym zdjęciu rzucają się w oczy twarze mężczyzn. Wszyscy patrzą w dół, na groby, ale ich twarze nie wyrażają jakieś wielkiej rozpaczy. Być może nie znali dobrze zmarłych, byli im obcy albo może byli to jacyś ludzie ?nieużytki?, żyjący tylko dla siebie nawet kosztem innych? Tylko dlaczego w takim razie grób został wykuty w wiecznej zmarzlinie, co niewątpliwie kosztowało wiele energii i czasu? Jak sądzę, ci zmarli byli częścią rodziny grupy mężczyzn albo ich dobrymi przyjaciółmi. Tylko dla nich bowiem mogli rąbać skamieniałą ziemię, zamiast odpoczywać po pracy, oszczędzając siły, tak potrzebne do przetrwania. Twarze zaś mężczyzn są prawdopodobnie odbiciem tamtejszej rzeczywistości ? śmierć jest wszechobecna, tylko młodzi i silni są w stanie przeżyć kolejne dni piekła. Być może w twarzach tych jest jeszcze i zrozumienie, że ci pogrzebani w lodzie już niczego się nie boją, że już nigdy nie będą głodni i jutro rano nie będą musieli wstawać w ciemności i iść do ciężkiej pracy ponad siły. I już nie muszą się martwić, co dać dzieciom do jedzenia tak, by przestały wreszcie płakać z głodu.
 
Książka ta jest zbiorem krótkich opowiadań z Syberii. Pan Krzysztof Gulbinowicz pozbierał je jak paciorki różańca ludzkich krzywd, nanizanych na sznur beznadziejnych dni, wypełnionych nieludzką pracą ponad siły, głodem, cierpieniem i wiecznym mrozem. Dni, które były udane, jeśli udawało się przeżyć. Czytając te prawdziwe opowiadania, nie chce się wierzyć, by coś takiego mogło w ogóle się zdarzyć. Jak to jest możliwe, żeby matka zbierała muchomory w lesie, by nakarmić nimi swe opuchnięte z głodu dzieci? Jak to możliwe, by inna matka przez okno swego domu patrzyła, jak sowiecki żołnierz morduje jej syna, po prostu dźgając go bagnetem, przytrzymując go przy tym, leżącego na wznak, swym buciorem? I ten okrutny mord, niemieszczący się w głowie cywilizowanego człowieka, odbywa się tak naturalnie, bez emocji, jakby chodziło tu o wepchnięcie kilku szpilek w brezent a nie bagnetu w żywe ciało. Czy to możliwe, by alkohol był w stanie aż tak zdeformować ludzkie umysły i to na taką skalę?
 
Myślę, że ten wszechobecny samogon w opowiadaniach pana Gulbinowicza jest niesłychanie ważny. To nie wódka zdeformowała im umysły, zrobił to system komunistyczny, bolszewicki. A upijanie się było ostatnią rzeczą, jaką jeszcze mogli zrobić ci, co zatracili już ludzkie cechy, co nie mogli być ludźmi. Bo gdyby znów zaczęli nimi być, zamieniliby się miejscami z ofiarami i ktoś inny by ich mordował pchnięciami bagnetu.
 
W tym sensie cała książka pana Gulbinowicza jest jednym wielkim oskarżeniem komunizmu. Przypomina czas bezduszny, zgotowany nam przez tzw. ludzi. System ten działał w ten sposób, że potrafił wydobyć na zewnątrz wszystko to, co najgorsze, najpodlejsze w człowieku. Wynosił na wyżyny egzystencji robactwo, które zwykle żyje w szambach, a spychał w dół tych, co upierali się przy czystości, sprawiedliwości i dobrej woli. I tylko jak echo wraca wciąż pytanie: czy to możliwe, by ci, co trudzili się nad wbijaniem komunizmu w żywą tkankę narodu, mogli zwać się ludźmi? Moim zdaniem nie, jeśli istnieje czyste ZŁO, to właśnie ONI je reprezentowali. I stąd nie mają prawa nazywać się ludźmi ? utracili to prawo w oceanie ludzkiej krwi, łez i cierpienia. Zastanawiające jest tylko, dlaczego do dziś nie było komunistycznej Norymbergi. Jakie potężne siły chronią to paskudztwo przed sprawiedliwością?
 
I jest jeszcze specjalny styl pisania pana Gulbinowicza. Posiadł on bowiem niesamowitą zdolność zaglądania w ludzką duszę. Jak parapsychologiczny szaman, widzi to, co dla nas jest nieczytelne, schowane w głębi serca, utajone pod pokładami obojętności, strachu, cierpienia albo alkoholowego zamroczenia. I potrafi to przelać na papier tak, że człowiekowi dusza się rwie na kawałki i nic już nie jest takie samo, jak było.
 
I jak ja mam teraz żyć, Panie Gulbinowicz?
 
Krzysztof Gulbinowicz, Pocztówki z Workuty, ?Profil?, Wrocław 2008.
 
Wyświetlony 2301 razy
Zbigniew Koreywo

Artykuły powiązane

Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.