sobota, 01 maj 2010 11:25

Postępowa wolność słowa

Napisane przez

Czy istnieją granice wolności słowa? John Stuart Mill, uważany przez niektórych za jednego z ostatnich prawdziwych liberałów, twierdził, że nie ma. To znaczy, nie potrafimy podać spójnych i przekonujących argumentów za tym, aby zabraniać dorosłej osobie wypowiadania jakichkolwiek opinii, choćby były one głupie, fałszywe czy obraźliwe. Możemy osobę tę napominać, krytykować, możemy unikać jej towarzystwa, ostrzegać przed nią innych i stosować ostracyzm towarzyski, jednak nie powinniśmy jej zakazywać mówienia tego czy owego.

 

Tak rozumowano w XIX wieku, który ? jeśli spojrzeć z dzisiejszej perspektywy ? był epoką zacofaną, pełną szalejących represji i ukrytego prześladowania. Ukrytego, dlatego, że nikt nie zdawał sobie z niego sprawy. Nie znano rasizmu, seksizmu, męskiego szowinizmu, homofobii i wielu innych poważnych schorzeń. Nie znaczy to, że nie było rasistów czy seksistów w dzisiejszym tego słowa znaczeniu. Owszem, byli. Całe stada. Tylko nikt o tym nie wiedział. Co ciekawe, właśnie w tych ponurych wiktoriańskich czasach, które z taką finezją opisał Engels w epokowym dziele Położenie klasy robotniczej w Anglii, ludzie doszli do wniosku, że wolność jest dla człowieka czymś niezmiernie istotnym. Nikomu specjalnie nie przeszkadzało niewolnictwo, brak praw wyborczych dla kobiet, posyłanie homoseksualistów do kamieniołomów ? albo może nawet przeszkadzało, ale nie tak bardzo jak brak możliwości wyrażenia własnej opinii. Oczywiście, możemy uznać to za dowód ignorancji i zacofania naszych przodków, możemy jednak przyjąć bardziej przychylną postawę i zastanowić się, cóż takiego istotnego jest w wolności słowa, skoro uznano ją za rzecz dużo ważniejszą niż, na przykład, możliwość chadzania kobiet do urn. Na czym opierano przekonanie, że swoboda wyrażania własnej, nawet najbardziej kontrowersyjnej opinii jest zasadniczym warunkiem wolności jako takiej? Tak postawione pytanie każe nam od razu zastanowić się nad tym, jakie w takim razie można sformułować argumenty, pozwalające ową swobodę ograniczać.

A zastanawiać się warto, gdyż czasy i wartości nieco się zmieniły. Duch dziejów dzielnie kroczy przez wieki ku świetlanej przeszłości nie zważając na nasze tradycyjne przyzwyczajenia i nawyki. Z jego perspektywy jednostka jest niczym, kolektyw zaś, czyli ludzkość ? wszystkim. I tylko dobro tej ostatniej się liczy w ostatecznym rozrachunku, a zgodnie z dialektycznym prawem przechodzenia ilości w jakość, szczęście ogółu osiąga się dzięki syntezie niedogodności dotykających szczegółów, czyli ? każdego z nas. XIX stulecie minęło, a wraz z nim niskie podatki i niska samoświadomość klasowa mas. Nadszedł wiek XXI i nastąpił ogólny wzrost: świadomość klasowa, płciowa, seksualna i kulinarna rosną wprost proporcjonalnie do podatków, wszystko zaś jest wynikiem postępu w wiedzy o społeczeństwie. Nasi praszczurzy z wiktoriańskiej Anglii uważali, że społeczeństwo jest samoregulującym się systemem, w który nie należy ingerować, lecz pozostawić swobodę działania jednostkom w myśl zasady ?chcącemu nie dzieje się krzywda?. Kiedy jednak w wyniku wielkiego wysiłku umysłowego powołano do życia obok nauk przyrodniczych również nauki społeczne, okazało się, że naturalna regulacja jest takim samym mitem, jak naturalna dystrybucja i naturalne metody leczenia. Wielu przedstawicieli tych nauk, w myśl zasady ?wiedza was wyzwoli?, dało upust swej trosce o dobro ludzkości, konstruując rozmaite schematy odgórnej organizacji tego, co dotąd jakoś organizowało się samo. Co prawda, eksperymentalne próby wcielania projektów w życie zazwyczaj kończyły się fiaskiem, ale tego rodzaju opór rzeczywistości nikogo nie powinien zniechęcać. Skoro związek między szczęściem świadomej ludzkości a stopniem regulacji został uznany za powszechne prawo przyrody, nie można się już cofnąć. A jeśli chcemy naszemu szczęściu nadać głębszy wymiar, to i regulacje sięgać muszą coraz głębiej i dotyczyć nie tylko tego, co kto robi, ale też tego, co myśli i ? co najważniejsze ? co mówi. Z tej perspektywy widać, że przekonanie naszych przodków o dobrodziejstwach płynących z wolności słowa jest takim samym mitem, jak pokutujące jeszcze gdzieniegdzie przekonanie o tym, że najlepszym lekiem na kurzajki jest maść ze skrzeku ropuchy i zroszonej pajęczyny.
Wolność słowa nie może więc być nieograniczona, jak myślał naiwny Mill, i nie wystarczy, aby kwestię akceptacji bądź odrzucania pewnych opinii pozostawić w gestii obywateli. Tutaj konieczne są radykalne środki: niektórych twierdzeń po prostu wypowiadać nie wolno i nikt nie ma prawa ich słuchać, gdyż grozi to umysłową infekcją. W trosce o nasze dobro i prawidłowy rozwój miłosiernie nami zarządzający mędrcy ustalili, że pewne wypowiedzi będą tabu. Znaczy to, że będą traktowane jako nieczyste, niekoszerne, a ich autorzy będą w rytualny sposób potępiani, mniej więcej tak, jak zaleca Księga powtórzonego prawa, w której czytamy: Przeklęty będziesz w mieście i przeklęty na polu. Przeklęty twój kosz i twoja dzieża. Przeklęty owoc twego łona, plon twej roli, przyrost twego większego bydła i pomiot bydła mniejszego... Pan dotknie cię wrzodem egipskim, hemoroidami, świerzbem i parchami, których nie zdołasz wyleczyć. Rzecz jasna, dzisiejsze kary nie są tak malownicze, ale też inne są społeczne hierarchie wartości i publiczne napiętnowanie przez media może okazać się dużo gorsze, niż utrata krowy.
Jakie wypowiedzi są dziś nieczyste i uznawane za tabu? Klasyfikację taką nietrudno sporządzić, opierając się na codziennych doniesieniach prasy. Oto niedawno jeden z hiszpańskich polityków wypowiedział się lekceważąco o globalnym ociepleniu. Od razu podniosło się wielkie larum, zagrały bębny i piszczałki czarowników i ogłoszono, że popełniona została zbrodnia mniej więcej tego kalibru, jakim było niegdyś wypowiedzenie słowa ?Jehowa?. Jak pamiętamy z obrazu Żywot Briana, w tym ostatnim wypadku jedyną odpowiednią karą było ukamienowanie, dziś zaś, z uwagi na zasady higieny i pewną zniewieściałość naszej kultury, dokonano kamienowania werbalnego i nierozsądny polityk, który przekroczył święty krąg, został zakwalifikowany jako climate change denier, od czego gorsze jest już tylko bycie holocaust denier. Inny ciekawy przykład wyklęcia wiąże się z wypowiedzią Jamesa Watsona, noblisty, jednego z odkrywców DNA, który zasugerował, że mieszkańcy Afryki ? i murzyni w ogóle ? są mniej inteligentni niż ludzie rasy białej. Reakcja była natychmiastowa. Watsona zwolniono z posady, różne ośrodki naukowe odwołały jego wykłady i, jak podają media, cały naukowy świat rytualnie potępił go, jako rasistę. Watson, co prawda, bronił się, mówiąc, że rasistą nie jest, i że bardzo sobie ceni czarnoskórych kolegów, jednak nikt temu nie dał wiary: ostatecznie broni się ten, kto jest winny.
Zatrzymajmy się na chwilę przy tym przykładzie. Co takiego właściwie powiedział Watson? Czy sformułował ocenę, a więc sąd wartościujący, czy też raczej wypowiedział się o faktach? Czy popełnił błąd, w ogóle dzieląc ludzi według jakiegoś kryterium, czy też naruszył tabu, posługując się kryterium rasowym? Czy błędem było wskazanie na korelację między dwiema cechami czy też w ogóle mówienie o czarnych? Odpowiedź na to pytanie jest ważna choćby po to, aby człek na przyszłość mógł ustrzec się kamienowania, które, co prawda, odbywa się dziś bardziej elegancko niż przed wiekami, lecz do przyjemnych nie należy.
(?)
Damian Leszczyński

Wyświetlony 4746 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.