sobota, 01 maj 2010 11:55

Łatwowierni doradcy Księcia

Napisał

Nie tak dawno temu w pewnym europejskim państwie rządy objął demokratycznie wybrany premier

Stał na czele zwycięskiej partii, która w wyborach uzyskała najlepszy wynik ? nieco ponad trzydzieści procent. Premier wraz ze swą ekipą przystąpił do umacniania zdobytej władzy, podporządkowując sobie krok po kroku aparat państwowy. Jego energiczność oraz wojownicza retoryka przykuły uwagę pewnego radykalnego politycznie środowiska. Tworzyli je elitarystycznie nastawieni konserwatyści i nacjonaliści, zdeklarowani wrogowie panującej w tym kraju od kilkunastu lat liberalnej demokracji. Uczestnicy ówczesnej debaty publicznej (czytaj: międzypartyjnych połajanek) nagminnie szermowali hasłami walki z partyjniactwem i słabością państwa oraz rozliczenia afer, ale wspomniani myśliciele doskonale zdawali sobie sprawę z cynicznej instrumentalności tych sloganów. Wiedzieli, że do uzdrawiania nie da się przystąpić bez obalania reżimu liberalno-demokratycznego. Pragnęli autorytarnego ładu, rządów nowej arystokracji (nie upatrywali jej bynajmniej w sobie samych) i powrotu upokarzanego przez zachodnią ?opinię publiczną? państwa do polityki mocarstwowej. Ponadto domagali się wyrugowania z życia społecznego masowości we wszelkich postaciach: powszechnego przymusu szkolnego, powszechnej służby wojskowej, powszechnych praw wyborczych. Z powodu swej pryncypialnej wrogości do demoliberalnego systemu nie mogli jednak włączyć się ze swymi ideami w jego funkcjonowanie; ba, brzydziła ich sama myśl o przedwyborczym stawaniu na tylne łapki przed motłochem zwanym elektoratem i podlizywaniu mu się w agitacyjnych wystąpieniach.

I wtedy pojawił się ów polityk ze swą popularną partią. Cóż, ideałem z ich punktu widzenia nie był. Pozostawał skończonym produktem demokracji: preferował przemawianie na wiecach gromadzących rozgorączkowane tłumy, a w swych mowach bił rekordy demagogii, wzywając do zwalczania różnych urojonych wrogów (ale rzeczywistych też), w kwestiach zaś gospodarczych i tzw. socjalnych sięgając dna lewicowości (ktoś trafnie scharakteryzował jego styl jako plebejsko-rynsztokowy brud). Lecz konsekwentniej niż inni partyjni liderzy postulował rządy silnej ręki i wyraźnie chciał je zrealizować. Wśród antysystemowych elitarystów zrodził się pomysł podkopania liberalnej demokracji za pomocą niej samej, bez wikłania się w nią osobiście. Niektórzy z nich, zachęceni istnieniem pewnych punktów wspólnych między własną ideą a programem patriotycznego (werbalnie) demagoga, postanowili zostać jego doradcami. Liczyli, że oddając swą inteligencję, wiedzę i zdolności na usługi rządzącej partii, zyskają wpływ na zamiary jej przywódców i zdołają ? przy zachowaniu ich bojowego kolorytu ? oczyścić postulaty partii z akcentów ?plebejsko-rynsztokowych?, a nasycić je choć trochę przeciwstawnymi im treściami, jakie sami głosili...
Demokratycznie wybranym premierem był Adolf Hitler, a elitarystami ? myśliciele z kręgów niemieckiej Rewolucji Konserwatywnej. Ostatecznie wesprzeć go zdecydowali się tylko niektórzy z nich. Herman Ehrhardt (1881-1971), legendarny żołnierz i prawicowy terrorysta, w 1933 r. oddał swoją organizację paramilitarną do dyspozycji SS. Filozof Alfred Baeumler (1887-1968) został oficjalnym ideologiem nowego reżimu. Sławny politolog i konstytucjonalista prof. Carl Schmitt (1888-1895) wstąpił do NSDAP, by za pomocą argumentów prawno-politycznych uzasadniać budowę hitlerowskiego nowego ładu (w tym w głośnym artykule Führer broni prawa ? czystkę, zwaną ?nocą długich noży?). Narodowo-rewolucyjny pisarz Arnolt Bronnen (1895-1959) przyjął posadę szefa programowego niemieckiego radia. Ezoteryczny nacjonalista Friedrich Hielscher (1902-1990) został członkiem towarzystwa Ahnenerbe, działającej przy SS instytucji powołanej do opracowania dla nazistowskiej ideologii uzasadnień naukowych. Polityk i publicysta Werner Best (1903-1989) pełnił w III Rzeszy kolejno funkcje: prezydenta heskiej policji, wiceszefa Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy i szefa wojskowej administracji okupowanej Francji.
Ehrhardt w 1934 r. nie zginął wyłącznie dlatego, że w ostatniej chwili zdążył uciec z Niemiec. Schmitta w 1936 r. wyrzucono z partii za katolicyzm i konserwatyzm, z zakazem pracy naukowej i publikowania, a SS otrzymało rozkaz zbierania nań haków. Jeszcze szybciej stracił posadę Bronnen, po tym, jak wyciągnięto jego żydowskie pochodzenie. Hielscher utrzymywał kontakty z wykonawcami nieudanego zamachu bombowego na Hitlera i na krótko trafił z tego powodu do nazistowskiego więzienia. Besta po wojnie skazano w Danii na karę śmierci, zamienioną na dwanaście lat więzienia; później oskarżono go jeszcze w Niemczech o współodpowiedzialność za zbrodnie Einsatzgruppen w Polsce, lecz proces został umorzony z braku dowodów. Na dłuższą metę żadnemu z nich nie stała się wielka krzywda, ale długo jeszcze musieli dźwigać odium ciążące na tych, którzy stanęli po stronie nazizmu. Kompromitacja kultywowanych idei i własnych osób pozostały jedynym, co przyniosła im ambitna próba zmiany systemu przez jego infiltrację.
A teraz, dlaczego w ogóle przypominam tę starą historię? Otóż naszym państwem od pewnego czasu demokratycznie rządzi parlamentarna partia, uważana powszechnie za prawicową ? i być może (nie zamierzam się tu bawić we wróżkę przedwyborczą) porządzi sobie jeszcze trochę; pomimo ochlokratycznego stylu, a także sporej dawki oportunizmu i kunktatorstwa, części jej haseł nie sposób odmówić słuszności. Od początku swych rządów partia owa z mniejszym lub większym natężeniem absorbuje uwagę części konserwatywnych, a nawet monarchistycznych publicystów i uczonych, skłonnych udzielić jej daleko nieraz idącego, jednak zawsze warunkowego poparcia. Wynika ono, jak mi się wydaje, z dwóch przesłanek. Po pierwsze, dostrzegając powierzchowność jej patriotyczno-antykomunistycznej retoryki, oczekują od niej przynajmniej stworzenia zapory dla prących do władzy ugrupowań, które z pewnością nie zamierzają się silić nawet na udawany patriotyzm czy antykomunizm (na identycznej zasadzie niektórzy rewolucyjni konserwatyści liczyli, że przy wszystkich swoich wadach trybun motłochu Hitler stanie się zaporą dla rządów komunistów i liberalnych demokratów). Po drugie, zdają się szukać sposobu na znalezienie dostępu do uszu liderów tego, co w parlamentarnej optyce uchodzi za prawicę, a tym samym ? na przemycenie do bezideowego systemu choćby minimalnego ładunku idei bez prostytuowania się, jakim byłby zwłaszcza osobisty start w wyborach.
(?)
Adam Danek

Wyświetlony 4856 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.