sobota, 01 maj 2010 12:39

Polskie tropy w Ameryce (IX) Polska osada Panna Maria w Teksasie

Napisane przez

3 grudnia 1854 r. do portu w Galveston nad Zatoką Meksykańską zawinął niemiecki statek "Weser", który przywiózł z Hamburga 96 rodzin śląskich emigrantów z całym ich dobytkiem. Chwilę tę utrwalił dla potomności naoczny świadek, L.B. Russel, w swoich pamiętnikach: Nigdy wcześniej nie widziałem takiego tłumu ludzi, było ich kilkuset, w dziwnych strojach ze swojej ojczyzny. Kobiety nosiły suknie o kilka cali powyżej kostek, co uchodziło wtedy za wyzywające, wielu miało drewniane saboty na nogach, prawie wszyscy byli w płaskich czarnych kapeluszach, jakich nikt nie widywał dotąd w Teksasie. Nosili błękitne kubraki do pasa, z grubej wełny, które nie pasowały zupełnie do upalnego, teksańskiego klimatu. Kolumnę śląskich emigrantów poprzedzał w dodatku wielki krzyż przywieziony ze starej ojczyzny. Emigranci nieśli ze sobą pługi i narzędzia rolnicze, skrzynie i cały swój dobytek. Mieli za sobą długą morską podróż, płynęli z Europy cale dziewięć tygodni i chyba nie wiedzieli, że czeka ich dalsze 200 mil marszu, zanim zdołają dotrzeć do miejsca przeznaczenia. Tam, u zbiegu rzek Cibolo i San Antonio, czekał na nich inicjator całej idei, 28-letni ksiądz franciszkanin, Leopold Moczygemba, pochodzący z ich wsi, Płużnicy Wielkiej, na ziemi opolskiej...

Przybycie dużej, zwartej grupy emigrantów, którzy założyli w Teksasie własną osadę, nazwaną Panna Maria, uchodzi za przełomowy moment w dziejach polskiej emigracji do Ameryki. To już nie pojedynczy Polacy, poszukiwacze lepszego jutra na odległym kontynencie, ani nie zmuszeni do proszenia o azyl polityczni uchodźcy, ale cała, wolna wspólnota podjęła decyzję, aby poszukać chleba gdzie indziej, w kraju ?mlekiem i miodem płynącym?, jak wówczas agenci przedstawiali mityczną Amerykę. Chłopi z Płużnicy Wielkiej ulegli w dodatku argumentacji własnego krajana, który przebywał w Teksasie od jakiegoś czasu, jako jeden z księży, który odpowiedział na wezwanie biskupa Galveston, Jean-Marie Odina, i opisał im w żywych barwach to, co zobaczył tu, w niemieckich osadach Braunfels i w Castroville. Ks. Leopold Moczygemba uległ niewątpliwie aurze entuzjazmu, jaka panowała wówczas w Ameryce z racji oczekiwań, które powszechnie wiązano z przyłączeniem Teksasu do Stanów Zjednoczonych. Słysząc o wielkich możliwościach gospodarczych tych nowych ziem, pomyślał, że i jego czterej bracia, którzy pozostali w Płużnicy mogliby tutaj wydatnie ?poprawić swój los?, wraz z tymi, którzy by do nich dołączyli. Wykupił z góry dla płużniczan 300-akrową działkę na początek, licząc na to, że pracowici Ślązacy szybko się tutaj zadomowią i dorobią. Obietnice dostatniej przyszłości przemówiły do wyobraźni Ślązaków, którzy mieli ostatnio złe lata, suszy i głodu w zbyt świeżej pamięci, aby z szansy przeniesienia się do dostatnio żyjącej Ameryki zrezygnować.
I to do tego stopnia, że po pierwszej grupie, z 1854 r., szacowanej na 900 przybyszy, już w sezonie następnym przybyła dalsza, niemal równie liczna, 700-osobowa fala, a i w ślad za nimi, dalsze 500 osób. Wygląda na to, że poczta szła wtedy bardzo, bardzo długo, a przyjeżdżający w ślad za pierwszymi osadnikami nie mieli sposobności wysłuchać czy przeczytać ich naocznych relacji! Po tym jednak emigracja z Płużnicy definitywnie ustała, co świadczy najwyraźniej o raczej dalekim od oczekiwanego, połowicznym sukcesie eksperymentu ks. Moczygemby. W istocie, od początku pomysł skierowania polskiej emigracji do południowego Teksasu był nieporozumieniem, opartym na naiwnej kalkulacji jej inicjatora, ideą opartą na li tylko młodzieńczym entuzjazmie, za który przyszło potem gorzko płacić jego własnym braciom i krajanom z Opolszczyzny. Jak dziś wiemy, Panna Maria stała się punktem zaczepienia tylko dla cząstki ówczesnych przesiedleńców. Znaczna ich część po zapoznaniu się z tamtejszymi warunkami życia i trzeźwej ocenie perspektyw, szybko ruszyła na północ, docierając z czasem do Kansas City czy St. Louis w Missouri, a reszta zasiliła populacje przynajmniej tuzina bardziej rozwiniętych osad w Teksasie, takich jak Bandera, Cotula, Mayersville czy Yorktown, gdzie z czasem doszła do przyzwoitych warunków egzystencji.
Jak pisze W.S. Kuniczak, powołując się zresztą na źródłową korespondencję z tamtego czasu, jeszcze przed dotarciem na miejsce pierwszego kontyngentu, gniew i rozgoryczenie wielu chłopów doszło do takiego punktu wrzenia, że gotowi byliby powiesić ks. Moczygembę na najbliższym drzewie, ale na teksańskiej prerii, gdzie ich wywieziono, pokrytej tylko wysoką trawą, żadnego drzewa nie było na horyzoncie. Faktem pozostaje, że ich patron oraz pomysłodawca, czyli ks. Leopold Moczygemba nie wykazał się zbytnią wyobraźnią, podejmując się sprowadzenia tysięcy ludzi za Ocean, w dodatku na zupełnie niezagospodarowane tereny. Praktycznie poprzestał na zakupie działki ziemi, nie zabezpieczając ani zakwaterowania, ani dostaw żywności! Na miejscu, w przyszłej osadzie Panna Maria, nie było najzwyczajniej gdzie mieszkać ani co jeść, nawet jeśli ktoś miał na to środki. Zastano natomiast plagę owadów i jadowitych węży, choroby zakaźne, które już podczas wędrówki z Galveston pozostawiły po drodze liczne groby ofiar. Reszty dopełnił gorący klimat, upały, na które przybysze nie byli zupełnie przygotowani. Legenda opowiada do dziś o wzruszającej pierwszej Mszy św. pod starym dębem w nowym miejscu, w noc Bożego Narodzenia, kiedy to wędrowcy, którzy opuścili rodzinne strony przed paroma miesiącami, po raz pierwszy mogli poczuć się, że są znowu u siebie. W rzeczywistości, znajdowali się na prawdziwym odludziu, gdzie czekały ich wszystkie trudy i niewygody rozpoczynania egzystencji od zera, z bardzo odległą perspektywą jakiejkolwiek materialnej stabilizacji. Trzeba było początkowo zamieszkać w prymitywnych, wykopanych w glinie jamach, a potem w parterowych bunkrach z błota i trzciny, na wzór meksykańskiej populacji, która tak samo żyła tu przed nimi. Niemal zupełny brak drewna i surowców budowlanych skazywał Ślązaków na wegetację w tych warunkach przez dłuższy czas.
Próby wyruszenia na niedzielną Mszę Świętą do okolicznych, choć odległych osad ujawniły dalsze przykre niespodzianki. Głównie niemieccy i irlandzcy osadnicy nie kryli swojej wrogości wobec nowych przybyszy ze Śląska, z którymi zresztą nie mogli porozumieć się w żadnym języku. Dochodziło do ostentacyjnych prowokacji i wręcz napadów na nowych emigrantów, co pozostało problemem także na dalsze lata. Konfrontacje z użyciem broni palnej, choć nie w celu zabicia Ślązaków, a głównie ich zastraszenia, opisuje elokwentnie w swoich wspomnieniach ks. Adolf Bakanowski, który objął opiekę duszpasterską po odwołaniu z Panny Marii ks. Leopolda Moczygemby do innych zadań na dalekiej północy Stanów.
Jeszcze wtedy mieszkańcy polskiej osady musieli bronią wymuszać respekt na okolicznych sąsiadach, a wyjazd choćby na wizytę w kościele rzadko kiedy odbywał się bez konfrontacji i incydentów. Chłopi z Płużnicy już na samym początku postanowili wybudować na miejscu, w Pannie Marii własną światynię, zajęło to wszakże sporo czasu i nie przyszło bynajmniej łatwo. W zaadaptowanej zrazu do tego celu, pozostawionej przez Meksykanów szopie, warunki były nadzwyczaj prymitywne. Nie było wtedy nawet ławek, trzeba było stać, w dodatku w lęku, bo ściany pozostawały niestabilne. Cała konstrukcja trzeszczała w szwach, drżała, kiedy jeszcze zawieszono na dzwonnicy, przywieziony w r. 1858 oryginalny dzwon z Płużnicy, praktycznie obawiano się katastrofy.
Po pożarze kaplicy od uderzenia pioruna w 1877 r. zapadła decyzja o budowie własnego kościoła od podstaw, co zajęło pełny rok. Dzisiejsza biała świątynia ze strzelistą wieżą, która służy za symbol osady Panna Maria, zawdzięcza swój wygląd gruntownej przebudowie w r.1937, dziełu bpa Gawliny z Rzymu, który po wizycie w tej osadzie zmobilizował wiernych w wielu miejscach, aby uzyskać środki na ten cel. Kościół pełny jest natomiast urokliwych pamiątek przywiezionych przez wczesnych emigrantów, choćby takich jak historyczny obraz św. Stanisława, Biskupa i Męczennika. Jest tam też rzeźba św. Anny przywieziona ze Śląska Opolskiego, obraz Czarnej Madonny z Częstochowy, wreszcie pamiątkowy tron, specjalnie wyrzeźbiony dla Papieża Jana Pawła II, który złożył tu wizytę w roku 1987. To zresztą główna pamiątka polskości w b. małej dziś osadzie, gdzie stoi zaledwie kilka starszych, pamiątkowych zabudowań, takich jak plebania, polska szkoła z r. 1868 (dziś siedziba tamtejszego Towarzystwa Historycznego), dawny sklep Snogi oraz dom Pilarczyka (dziś pełniący funkcję centrum turystycznego). Praktycznie w Pannie Marii dziś stale mieszka niewiele osób, jeszcze na przełomie wieku XIX i XX rodzin polskich było tu 116. Potem było ich tylko mniej. Osada ożywa jedynie na specjalne zjazdy i święta, kiedy ściągają tu z odległych nawet miejsc w Teksasie, wiedzeni szczególnym lokalnym patriotyzmem, potomkowie wielu znanych rodzin i wręcz rodów z Płużnicy, takich jak Yantowie, Dragonowie, Janyskowie, Pawelkowie, Mikowie, Mankowie, Snogowie i, oczywiście, Moczygembowie!
(?)
Wojciech A. Wierzewski
Wyświetlony 4150 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.