środa, 05 maj 2010 20:10

Tu misjonarz nie jest od nawracania

Napisał

ROZMOWA Z FRANCISZKANINEM (BERNARDYNEM), BRATEM PIOTREM HONORATEM ĆWIKŁĄ JEDYNYM POLSKIM MISJONARZEM W TAJLANDII.

Jak wygląda sytuacja Kościoła katolickiego w Tajlandii?

Kościół w Tajlandii to przede wszystkim kościół emigrantów. Misjonarze nie są tu od nawracania na katolicyzm, ale by zajmować się katolikami-emigrantami. Ponadto realizujemy raczej projekty społeczne, niż propagujemy wiarę. W ciągu czterech lat spotkałem tylko dwóch rdzennych Tajów katolików. Jeśli Taj staje się katolikiem, to najczęściej w wyniku ślubu.

 

Misjonarze pojawili się w Tajlandii już w XVI wieku. Byli to dominikanie i franciszkanie z Portugalii, którzy tu przyjechali wraz z handlarzami z tego kraju i ich posługa była głównie skierowana ku nim. Potem, szczególnie od końca XIX wieku, do Tajlandii zaczęli napływać katolicy z Chin, gdzie byli dyskryminowani i po całej serii prześladowań postanowili osiąść w Tajlandii, gdzie była większa tolerancja. Wtedy populacja katolików wzrosła o kilka tysięcy procent. Wszystkich katolików mamy tu ok. 260 tysięcy, co w 65-milionowym kraju nie jest liczbą znaczącą. Chińczycy żyją głównie w Bangkoku oraz na południu Tajlandii. A należy zdawać sobie sprawę z faktu, że gospodarka Tajlandii, zresztą i całego regionu Azji Południowo-Wschodniej, została zdominowana przez Chińczyków, którzy w znacznej mierze są właśnie katolikami. Z kolei na północnym wschodzie kraju mieszka sporo Wietnamczyków katolików, a na północy katolicyzm przyjęły plemiona górskie, jak np. Kareni. Tak się w sumie składa, że w centrum i na południu kraju katolicy są dość bogaci, a na północy najubożsi.

Czy katolicy w Tajlandii są dyskryminowani, jak np. w Indiach czy Malezji?

Tajowie, szczególnie ci najzwyklejsi ludzie (czyli buddyści), są bardzo tolerancyjni. Przez sam fakt, że się przeżegnam, rozpoczynając wraz z nimi posiłek, w ich oczach zasługuję na szacunek, bo mam jakąś religię, czyli jakieś ściśle określone wartości i zasady życia. Katolicy w Tajlandii nie są dyskryminowani. Należy pamiętać, że buddyzm nie akcentuje, że jest religią sensu stricte, jest raczej etyką i filozofią życia. Mając tego typu podejście, w pewnym sensie można by być chrześcijaninem i buddystą zarazem (oczywiście, chodzi o aspekt etyczny), jednak w praktyce nie jest to takie proste. Problemy jednak są i uważam, że przede wszystkim wtedy, gdy dochodzi do interakcji z polityką. Dwa lata temu zmieniano tajską konstytucję. Były naciski, by buddyzm określić w niej jako religię narodową. Buddyzm raczej nigdy nie ma takich aspiracji, by podkreślać swoją pozycję dominującą, ale w tym przypadku miał i parlament odrzucił ten wniosek. Dość trudne dla nas jest to, że sprzeciwiają się np. używaniu ich terminologii (ogólnie zrozumiałej, bazującej na sanskrycie) religijnej w chrześcijaństwie. Ponadto nie można wykorzystywać architektury buddyjskiej na cele sakralne. Dlatego trudniej nam jest być bliżej tajskiej kultury i bliżej ludzi, a nasze kościoły raczej z konieczności muszą być budowane w stylu europejskim. Ponadto od czasu do czasu pojawiają się pewne teorie spiskowe dotyczące chrześcijan, wyrażane w publikacjach, jakobyśmy mieli bardzo precyzyjny plan niszczenia buddyzmu. W tym punkcie chciałbym być jednak dobrze zrozumiany i podkreślić, że bardzo szanuję buddyzm, szczególnie w jego aspekcie duchowym, jednak gdy górę bierze w nim to, co instytucjonalne (czyli ludzkie), to trudno się czasem z tym zgodzić. Jeśli myślę instytucja, to raczej myślę nie o skali lokalnej, ale państwowej. W zwykłym życiu i posługiwaniu mamy raczej bardzo dobre relacje z buddystami i wielu z nich garnie się do nas, czasem przychodzą na Mszę św. Lubią nasze śpiewy, to, że gromadzimy się regularnie razem. To, że my akcentujemy wspólnotę, bardzo nas w tym samym czasie od nich odróżnia, bo w buddyzmie wszystko jest indywidualne i nie mają wspólnych nabożeństw, mają piękne świątynie, ale raczej puste. Tam się wchodzi pomodlić tylko wtedy, gdy ktoś czuje taką potrzebę. Wiem, że nas lubią i trochę za pewne rzeczy podziwiają (szczególnie nasze projekty społeczne), ale nie chcą zostać katolikami, bo to jednak kosztuje dużo wyrzeczeń, np. formowanie dojrzałej wiary przez konieczność chodzenia do kościoła, regularną modlitwę czy lekturę, a oni nie są do czegoś takiego przyzwyczajeni i prawie nikt ich nie uczy, jak być buddystą. Inna rzecz, że być Tajem to być jednocześnie buddystą; tak wypada i już. Co ciekawe, Budda i św. Franciszek mieli podobne żywoty. Obaj pochodzili z bogatych rodzin i gdy spotkali się z cierpieniem i umieraniem innych ludzi, życie ich obu zmieniło się i wyciągnęli z nich jedynie inne wnioski. Obaj nie wiedzieli, jak sobie poradzić np. z trędowatymi. Św. Franciszka pociągnął Jezus, a Budda szukał rozwiązania w medytacji.

(...)

Wyświetlony 1404 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.