niedziela, 30 maj 2010 09:57

Sabotowanie lustracji

Napisane przez

Przyjęta przez Sejm i zatwierdzona przez Prezydenta ustawa lustracyjna nie jest doskonała. Na łamach "Opcji" wielokrotnie dyskutowaliśmy na ten temat, wskazując, że być może - zarówno z politycznych, jak i czysto technicznych względów - prostszym rozwiązaniem byłoby całkowite udostępnienie archiwów i rezygnacja z pomysłu składania oświadczeń.

Obecny model lustracji stanowi próbę pogodzenia kilku postulatów: po pierwsze, należało jak najszybciej otworzyć archiwa i udostępnić ich dane, aby skończyć z atmosferą wiecznych przecieków i stałej niepewności. Po drugie, o co zabiegał m.in. Zbigniew Romaszewski i Bogdan Borusewicz, chodziło o pozostawienie pewnego elementu sankcji, jeśli nawet nie za współpracę z SB, to przynajmniej za dzisiejsze kłamstwa na ten temat ? stąd podlegające weryfikacji oświadczenia. Po trzecie wreszcie, postanowiono również uczynić zadość postulatom opozycji, która wskazywała, że otwarcie archiwów i opublikowanie przez IPN list współpracowników spowoduje, że obywatele będą zmuszeni dowodzić przed sądem swojej niewinności ? i w tym wypadku również kompromisem okazały się oświadczenia, dzięki którym ciężar poszukiwania dowodów przeniesiony został na historyków z IPN.

 

Nowa ustawa lustracyjna była więc w dużej mierze kontynuacją starej: zachowywała oświadczenia lustracyjne (które od lat składali już politycy czy adwokaci), równocześnie poszerzając zarówno dostęp do dokumentów, jak i liczbę podlegających lustracji osób. Ustawa była kompromisem, z którego ? biorąc pod uwagę toczącą się wokół jej tworzenia dyskusję ? najbardziej zadowoleni powinni być lustracyjni sceptycy, najmniej ? zwolennicy jej wersji radykalnej. Jednak zaraz po wejściu ustawy w życie rozpoczęły się protesty przeciw składaniu oświadczeń lustracyjnych, płynące właśnie ze strony środowisk wcześniej domagających się ich wprowadzenia. Jak to rozumieć? Wydaje się, że odpowiedź jest prosta. Wszelka wcześniejsza argumentacja, w której wskazywano na konieczność przeprowadzenia lustracji z ?ludzką twarzą?, wszelka deklarowana troska o to, aby umożliwić posądzonym o współpracę z SB obronę, miała na celu jedynie odwleczenie momentu podpisania ustawy. Celem bowiem nie było i nie jest ?ucywilizowanie? lustracji (cokolwiek miałoby to znaczyć), lecz jej wstrzymanie. Niezależnie od tego, jaki kształt miałaby ustawa, podniosłyby się protesty. Fakt, że dziś mamy do czynienia ze sprzeciwem wobec oświadczeń, nie ma większego znaczenia. Gdyby oświadczeń nie było, znaleziono by inny pretekst ? na przykład ich brak. Są bowiem w Polsce ludzie ? znani i wpływowi ? którzy zdają sobie sprawę, że pełne otwarcie archiwów doprowadzi do przewartościowań dużo poważniejszych niż te, z którymi mieliśmy do czynienia w wypadku Lesława Maleszki czy księdza Czajkowskiego.
Dlatego jako pierwsi zaprotestowali dziennikarze, i to dokładnie z tych środowisk, które po 1989 roku dawały liczne dowody dość bliskiego związku z PZPR-owską nomenklaturą. Być może, niedługo dowiemy się, że związek ten istniał również przed 1989 rokiem, choć w mniej oficjalnej formie. Do protestu dziennikarzy przyłączyła się spora część środowiska akademickiego, które, jak do tej pory, nie potrafiło uporać się z własną przeszłością. Ludzie, z których duża część nie protestowała przeciw łamaniu prawa w PRL-u i nie reagowała na patologie III RP, nagle ogłosili, że są zaniepokojeni stanem naszej demokracji. Można podejrzewać, że z ich punktu widzenia do tej pory nic złego i groźnego się nie działo, a niepokój wzbudza dopiero perspektywa ujawnienia pewnych faktów z przeszłości. Jeśli tak ? tym bardziej interesujące będzie to, czego niebawem się dowiemy.
O ile protest dziennikarzy przeciw lustracji można zbyć milczeniem ? ostatecznie potwierdza to jedynie dotychczasowe opinie o części tego środowiska ? o tyle zachowanie naukowców jest niepokojące. Można bowiem podejrzewać, że duża część z nich nie kieruje się chęcią ukrycia własnej niechlubnej przeszłości, lecz po prostu daje swój wyraz niechęci do obecnie rządzących, ewentualnie, nie mając orientacji w bieżących sporach politycznych, dla świętego spokoju postępuje tak, jak część środowiskowych autorytetów. Niechęć do rządów ? jakkolwiek motywowana ? jest świętym prawem obywatela, podobnie jak brak rozeznania w aktualnej polityce, problem jednak w tym, aby polityczne emocje czy polityczna ignorancja nie przysłoniły istoty sprawy. Nie chodzi bowiem o to, jacy politycy wprowadzają ustawę lustracyjną, jakie przyświecają im cele, jakie mają wady i jakie popełniają błędy: chodzi o stosunek do pewnego zjawiska, które można określić mianem donosicielstwa. Zmierzenie się z nim ? i to we własnych szeregach, wśród znajomych i przyjaciół ? z pewnością jest wyzwaniem, ale właśnie środowisko akademickie przed wyzwaniami nie powinno uciekać. I nie powinno bagatelizować albo wręcz pochwalać zła, jakim bez wątpienia była współpraca ze służbami totalitarnego państwa. Powtórzmy jeszcze raz: tu nie chodzi o aktualną politykę, o to, z kim sympatyzujemy teraz, a kogo krytykujemy. Tu chodzi o rzecz dużo poważniejszą, której skutki będą odczuwane również wówczas, kiedy o dzisiejszych konfliktach politycznych mało kto będzie pamiętał. Skoro uczeni uważają się za elitę, niech zachowają się, jak na elitę przystało.
Redakcja
Wyświetlony 6172 razy

Więcej w tej kategorii: Dokąd zmierzasz, Akademio? »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.