niedziela, 30 maj 2010 10:31

Taniec w tumanach kurzu

Napisał

Współczesna kultura dotknięta jest pewną skłonnością, polegającą na notorycznym rozdymaniu byle błahostki do rozmiarów sterowca. Staliśmy się specjalistami nie tylko w przekuwaniu mieczy na lemiesze, ale przede wszystkim w przerabianiu igieł na widły.

Zwłaszcza w dramatyzowaniu i histerii doszliśmy do takiego kunsztu, że bledną przy tym dzieła Szekspira czy kino moralnego niepokoju. Wystarczy kilka cieplejszych dni w zimie, a już słychać dramatyczne głosy wieszczące globalne ocieplenie, jeśli jednak wrócą chłody, zaraz dowiadujemy się o nadchodzącym zlodowaceniu. Popada parę dni ? martwimy się powodzią, nie ma deszczu ? drżymy przed suszą; wyskoczy pryszcz na nosie ? od razu mamy raka, zaboli głowa ? udar mózgu. Ciężkie odmiany tej hipochondrii dotykają także nasze obyczaje, kulturę i politykę. Ktoś spojrzy na kogoś krzywo ? dyskryminacja i prześladowanie, ktoś inny powie parę krytycznych słów ? faszyzm i nietolerancja; wybory zwycięży lewica ? wrócą łagry i komunizm, wygra prawica ? zapłoną stosy. Tak bardzo przywykliśmy do tego, aby z byle powodu uderzać w największe dzwony, że kiedy pojawią się prawdziwe problemy nie będzie dość głośnych cymbałów, aby ktoś mógł je usłyszeć. Pozostanie, co najwyżej, puknąć się w czoło.

Tego rodzaju przesada otacza banalne z pozoru zjawisko zwane lustracją. Mamy do czynienia z rytuałem, w którym wykorzystywane są wszystkie dostępne środki służące do zwrócenia uwagi widzów: grzechotki i kołatki, lamenty i zawodzenia, ostrzeżenia i proroctwa, paszkwile i laurki. Słychać wielkie słowa wypowiadane przez małych ludzi i małe bzdury wygłaszane przez wielkie autorytety. Mamy apele podpisywane oboma rękoma i opinie wygłaszane bez głowy. Odkąd w 1992 roku Wisława Szymborska zareagowała na próbę ujawnienia agentów w polskim sejmie utworem o pompatycznym tytule Nienawiść, dolny poziom obowiązkowego patosu został ustalony i pozostało tylko mozolne wspinanie się po stopniach egzaltacji i wspólne wyplatanie łańcuchów tautologii, którymi można by potem wymachiwać niczym cepami. Fakt, że coraz mniej osób rozumie, o co tu w ogóle chodzi, potwierdza diagnozę biskupa Berkeleya: najpierw wznieciliśmy tumany kurzu, a potem uskarżamy się, że nie widzimy.
Należałoby zacząć od sprawy najprostszej, a mianowicie od zdjęcia z terminu ?lustracja? owej złowrogiej aury, która sprawia, że w niektórych środowiskach wypowiadany jest z takim samym lękiem, z jakim niegdyś dzieci wymawiały słowa ?czarna wołga?. Lustracja, jak poucza słownik, to nic innego, jak ?przegląd, oględziny, kontrola?. Można przeprowadzić ?lustrację? mieszkania, które akurat chcemy kupić, można ?zlustrować? stan konta w banku, można dokonać ?lustracji? kolegów, z którymi nasze dziecko spędza czas. Szef firmy ?lustruje? kandydatów na pracowników, pytając ich o dotychczasowe osiągnięcia, lekarze ?lustrują? pacjenta, przeprowadzając podstawowe badania i pytając o przebyte choroby, ktoś ?lustruje? przebieg napraw kupowanego w komisie samochodu, a ktoś inny ?lustruje? przygodnego partnera, sprawdzając, czy ten aby nie jest nosicielem HIV bądź gonokoków. Nie ma w tym nic zdrożnego i wydaje się, że raczej osoba lekceważąca sobie ową lustracyjną dociekliwość uchodzić może za nierozsądną i nieodpowiedzialną.
W wypadku tej lustracji, o której wszyscy wokół rozprawiają, nie chodzi o coś bardziej wzniosłego czy skomplikowanego. Sprawa jest równie prosta i ?zwyczajna? jak te, opisane powyżej, i nie widać powodu, aby nie załatwić jej od ręki, bez zbędnego gadania i wykonywania gestów rodem z greckiej tragedii. Dlatego też fakt, że cała dyskusja i procedury lustracyjne trwają już 17 lat może stanowić objaw pewnej zbiorowej paranoi i obecności w naszym życiu publicznym elementów myślenia magicznego właściwego ludom prymitywnym: oto mamy tabu, którego naruszenie grozi klątwą. Nie pytaj o to, bo będziesz nieczysty... Nie wymawiaj tego słowa, bo porwie cię zły demon... O tym będziemy milczeć, a milczenie przypieczętujemy krwią serdeczną rozlaną na rozstajnych drogach... Tak to mniej więcej wygląda i nie ma w tym opisie żadnej przesady czy drwiny. Wyobraźmy sobie, że majster pyta pracownika: ?Hej, Zenek, kładłeś ty już regipsy, bo klient ma kaprys taki??, a ten na to: ?Nie odpowiem na to pytanie, gdyż sugeruje ono, iż regipsów kłaść nie potrafię, a przy tym uwłacza mi jako osobie ludzkiej?. I leci ze skargą do Rzecznika Praw Obywatelskich, Trybunału Konstytucyjnego, Trybunału w Strasburgu czy innego ONZ. Przyznajmy, że zachowanie takie świadczy o psychozie i zafiksowaniu się na pewnym temacie. Podobnie ocenilibyśmy sprzedawcę, który powołując się na prawa człowieka odmówiłby pokazania oferowanego nam towaru albo kandydata na księdza, twierdzącego, że w imię wolności słowa zatai informację o tym, czy jest żonaty.
Sama procedura lustrowania jest więc czymś zupełnie normalnym i spotykamy się z nią na co dzień, nie przywiązując do tego większej wagi. Można więc zastanawiać się, dlaczego w tym jednym określonym wypadku stała się ona przedmiotem sporów i kłótni, dlaczego doprowadza ludzi do frustracji i histerii, każe odprawiać rozmaite gusła i wykonywać dramatyczne gesty ? krótko mówiąc, skąd bierze się cała ta przesada, której od kilkunastu lat doświadczamy. Skoro sama procedura jest czymś równie normalnym, jak wizyta u dentysty czy zakup używanego sprzętu, może należałoby się przyjrzeć temu, czego dotyczy, gdyż być może, w tym wypadku liczy się nie forma, lecz treść.
Otóż lustracja, o której mówimy, dotyczy bardzo prostej rzeczy. Chodzi mianowicie o sprawdzenie, czy pewne osoby pełniące określone funkcje publiczne i pracujące w określonych branżach, były w pewnym okresie tajnymi współpracownikami służb specjalnych totalitarnego państwa. Bycie takim współpracownikiem wiązało się z koniecznością wykonywania pewnych czynności, takich jak np. udzielanie funkcjonariuszom rozmaitych, często intymnych informacji na temat swoich bliskich, przyjaciół czy znajomych bez ich wiedzy. Informacje te wykorzystywane były potem niejednokrotnie do niszczenia owych osób, szantażowania ich, dyskredytowania bądź ? w drastycznych wypadkach ? służyły ich fizycznej eliminacji. Cała sytuacja była więc z wielu względów ?moralnie? podejrzana: po pierwsze, osoba pełniąca funkcję tajnego współpracownika przekazywała informacje bez wiedzy tych, których dotyczyły; po drugie, zatajając swoją współpracę i korzystając z relacji przyjaźni czy zaufania, uzyskiwała wiedzę, której w normalnych warunkach (a więc w sytuacji przejrzystości co do pełnionej funkcji) nie uzyskałaby; po trzecie wreszcie, przekazywała informacje ze świadomością, że nie ma wpływu na ich późniejsze wykorzystanie, istniała więc możliwość, że nawet najdrobniejsze i z pozoru nieistotne fakty mogą w rękach służb specjalnych okazać się groźną bronią.
Jak widać, relacje między tajnym współpracownikiem, jego otoczeniem oraz funkcjonariuszami służb były dość skomplikowane, jednak komplikacja ta nie przeszkadza stwierdzić, że z punktu widzenia pewnych norm i standardów naszej kultury, bycie owym tajnym współpracownikiem może zostać nazwane czynem moralnie złym, niewłaściwym czy nagannym. A jeśli kogoś nie przekonują do końca rozstrzygnięcia i oceny oparte na odwołaniu do norm moralnych (które też jakoś trzeba uzasadnić), można przedstawić rozwiązanie w duchu pragmatycznym: z punktu widzenia skuteczności naszego systemu politycznego, prawnego czy edukacyjnego dobrze jest wiedzieć, czy osoby pełniące w nim ważne funkcje i mające wpływ na kształtowanie poglądów innych ludzi w pewnych warunkach nie zachowały się w sposób, który pełnienie tych funkcji może uniemożliwiać. Dlaczego uniemożliwiać? Ano dlatego, że funkcje te, tak samo jak kładzenie regipsów czy operowanie wyrostka, wymagają posiadania pewnych kompetencji, predyspozycji czy umiejętności ? choć w tym wypadku mają one charakter ?duchowy?. I nawet jeśli uznamy, że brak owych predyspozycji nie odbiera prawa do pełnienia pewnych funkcji, to przynajmniej chcemy wiedzieć, co kto do tej pory robił, jak się zachowywał, jakie decyzje podejmował. Tak jak zatrudniając murarza pytamy go o referencje (a nawet zasięgamy o nim opinii jego wcześniejszych pracodawców ? czy pracuje solidnie, czy nie pije za dużo, czy nie ma lęku wysokości etc.), tak samo w wypadku osób pełniących ważne i często publiczne ? a więc opłacane z naszych podatków ? funkcje, warto jest po prostu wiedzieć, jakie było ich dotychczasowe ?prowadzenie się?. I podkreślmy, że nie chodzi o sferę prywatną, lecz o czyny mające wymiar publiczny.

 

(?)
Damian Leszczyński
Wyświetlony 4376 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.