poniedziałek, 21 czerwiec 2010 16:31

Bezdomni i głodni

Napisane przez

Nadeszła zima - czas, w którym od paru lat odkrywa się istnienie całkowicie nowych kategorii ludzi, nad którymi należy się litować, np. bezdomnych.

Dzięki sporemu wysiłkowi propagandowemu zwrócono naszą uwagę na problem bezdomnych, błagając nas o działanie, czyli ? oczywiście ? wydanie milionów podatkowych dolarów. Dziś mamy nawet związek zawodowy bezdomnych, który lobbuje za programem pomocy federalnej. Nie tak dawno temu dla innej grupy, czyli "głodujących", gwiazdorzy rocka koncertowali, a widzowie tańczyli i klaskali w takt ich muzyki. Ale co stało się z głodującymi? Czy dziś, gdy wzrusza się nasze sumienia losem bezdomnych, głodni są syci i ukontentowani? A może i oni zorganizowali sobie swoje związki zawodowe?

Co będzie za rok? Czy zostanie nam zaprezentowana nowa klasa ludzi "nieodzianych" czy "nieobutych"? Ale co ze "spragnionymi"? A z "pozbawionymi słodyczy"? Ile milionów czeka na swoje pięć minut w tej kolejce?
Tak przy okazji, to czy socjaldemokraci, którzy biorą udział w tym procesie, naprawdę wierzą, że wszystkie owe kategorie są absolutnie rozłączne? Czy wyobrażają sobie, na przykład, luksusowe domy pełne głodujących ludzi, albo zastępy bezdomnych bawiących co dzień w najlepszych restauracjach Paryża?
Zapewne nie; zapewne nie ma zbyt wielu rozłącznych grup ludzi, którym czegoś brak. Czy przedstawiciele establishmentu nie zdają sobie sprawy z tego, że przyczyną tych wszystkich pozornie niepowiązanych kwestii - mieszkaniowej, żywnościowej, odzieżowej, transportowej itp. ? jest Jeden Wielki Problem: brak pieniędzy? Gdyby uznać ten fakt, kłopot by się wyjaśnił i łatwiej byłoby znaleźć jego przyczyny; ilość dotkniętych nim znacznie by się przerzedziła: obejmowałaby od tej pory tylko biedotę.
Dlaczego fakty te pozostają wciąż równie niedostrzeżone, jak w słynnej wypowiedzi Franklina Delano Roosevelta, twierdzącego, że jedna trzecia narodu mieszka w złych warunkach, jest niedożywiona i źle odziana? Prawdopodobnie, zdaniem Roosevelta, między tymi trzema rodzajami niedostatku stoją jakieś nieprzekraczalne bariery. Ja uważam, że establishment ma sporo powodów, aby podchodzić do tych kwestii osobno ? i żaden z nich nie jest chwalebny. Po pierwsze, za sprawą takiego ujęcia problemu trudności wydają się większe, tak jakby różne grupy ludzi cierpiały z najrozmaitszych, osobnych przyczyn ekonomicznych. Oznacza to, że pieniądze podatników powinny trafić do znacznie większej liczby socjaldemokratycznych pracowników opieki społecznej.
To nie wszystko. Skoro mówi się wyłącznie o konkretnych, specyficznych problemach, to podatnik powinien jak najszybciej oddać swój wkład najróżniejszych dóbr: jedzenia, mieszkań, ubrań, porad etc. Oznacza to jednak znacznie większe daniny dla biurokratów i wielu grup interesu: firm budowlanych, związków zawodowych budowlańców, rolników, kompanii odzieżowych, producentów żywności itd. Kartki spożywcze, bony mieszkaniowe lub budynki komunalne są zaledwie prostą implikacją tej ściśle przestrzeganej logiki.
Znacznie łatwiej jest też wykorzystać te kwestie, aby publicznie opłakując los bezdomnych lub głodnych, wywołać emocje, podnoszące ciśnienie krwi opinii publicznej. Nietrudno jest dzięki temu uzyskać środki na zaspokojenie tych potrzeb ? o wiele łatwiej, niż gdyby się mówiło o osobach "pozbawionych pieniędzy" i apelowało o gotówkę dla biednych. Pieniądze nie mają takiej wartości sentymentalnej jak pojęcia ogniska domowego czy kolacji świątecznej.
Co więcej, poruszanie tematu pieniądza może sprawić, że społeczeństwo zacznie zadawać kłopotliwe pytania. Przykładowo: Dlaczego ci ludzie są pozbawieni pieniędzy? Czy nie grozi nam, że opodatkowanie pieniędzy A na rzecz biednego B sprawi, że u obu zmniejszy się motywacja do ciężkiej pracy, która ma przynosić im pieniądze? Czy pasożytnictwo nie osłabia skłonności do pracy zarówno A, jak i B?
Poza tym, jeśli biedni nie mają pieniędzy dlatego, że nie bardzo chce im się pracować, to czy automatyczny strumień pieniędzy nie będzie ostatnim gwoździem do trumny tejże chęci? Czy nie pojawi się wówczas stale rosnąca grupa ludzi zawsze pozbawionych pracy, czekających tylko biernie na zapomogę? Albo, gdy biedni nie mają pieniędzy ze względu na swoją niepełnosprawność, to czy trwałe zasiłki nie zmniejszą ich skłonności do inwestowania we własną rehabilitację, dzięki której mogliby ponownie stać się produktywnymi członkami społeczeństwa? Powstaje też pytanie, czy w szerszej perspektywie nie jest dla wszystkich zainteresowanych (oczywiście pomijając pracowników opieki społecznej) lepsze, jeśli na dobroczynność przeznaczone będą ograniczone środki prywatne, zamiast nieograniczonego obciążenia nałożonego przymusem na bezbronnego podatnika?
Jeśli skupimy się na pieniądzach, zamiast poszukiwać coraz to nowych grup ludzi, nad którymi można się litować i których można rozpieszczać, oczyścimy atmosferę i umysły, dzięki czemu będziemy zdolni zmierzać do prawdziwych rozwiązań.
Tłumaczył Jan Lewiński
Tytuł oryginalny: The Homeless And The Hungry. Tekst pochodzi z książki Making Economic Sense Murraya N. Rothbarda.

Wyświetlony 2475 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.