poniedziałek, 21 czerwiec 2010 16:36

W gabinecie luster

Napisane przez

Pani Agnieszka Graff jest autorką książki "Świat bez kobiet". Myliłby się ten, kto by sądził, że pani Graff w swej książce wizją świata bez kobiet straszy bądź też światem bez niektórych kobiet kusi. Nic podobnego. Publicystka raczej na świecie kobiet nie dostrzega, w związku z czym włącza się w nurt tzw. narracji kobiet, będącej wykładnią feminizmu, dla niepoznaki żartobliwie nazywanego dyskursem płci.

 

Autorka na początku książki zamieszcza cytat: Od wielu wieków kobiety służą mężczyznom za zwierciadła, posiadające tę magiczną i bardzo użyteczną moc, że odbijają postać męską w co najmniej dwukrotnym powiększeniu. (...) Wyjaśnia to przynajmniej częściowo, dlaczego kobiety są mężczyznom tak bardzo niezbędne. Może jest coś, o czym nie wiem, niemniej zaryzykuję twierdzenie, że kobiety są mężczyznom potrzebne z nieco innych powodów... A teraz poważnie. Z tą magiczną mocą, to oczywiście przesada i kokieteria. Natomiast na samej tezie, mimo wszystko, warto się zatrzymać. Autorka z cytatem tym raczej się utożsamia i ? podobnie jak wiele innych feministek ? wkłada sporo wysiłku w to, aby być dla mężczyzny zwierciadłem. Widocznie taka już kobieca powinność, skoro czynią jej zadość nawet feministki. Biorąc pod uwagę, że panie te w zasadzie odrzucają rolę, jaką kobietom przypisała tradycja, należy uznać to za daleko idące poświęcenie. Poruszony tym poświęceniem, uznałem, że wymaga ono dostrzeżenia i stosownego docenienia. Postanowiłem zatem być "zwierciadłem" dla feministycznych idei i sposobu ich wdrażania. Czynię to bez udziału magii, za to nie bez satysfakcji, płynącej z tego, że na koniec i mnie jest dane uczynić coś dla równości.

Autorka wiele miejsca poświęca feministycznej interpretacji działalności opozycyjnej "Solidarności". Oto przykłady: wielki zryw wolnościowy, jakim była "Solidarność", stanowił na planie symbolicznym akt przywrócenia porządku patriarchalnego, który system totalitarny zaburzył. Czyli co się pojawi trochę wolności, to od razu wraca ten potworny patriarchat. To by znaczyło, że patriarchat jest z tą wolnością jakoś dziwnie związany. Wolnościowe zrywy, to takie momenty, kiedy społeczeństwo spontanicznie się organizuje i wyraża swą wolę, a to prowadzi nas do niebezpiecznego wniosku, że społeczeństwo tego patriarchatu chce. Ale z drugiej strony wiadomo, że patriarchat jest zły. A jak można tolerować coś, co się nam nie podoba, tzn. jest złe. Oczywiście, jest na to sposób: trzeba samemu stać się wyrazicielem woli społeczeństwa po to, by już dokładnie było wiadomo, czego społeczeństwo powinno chcieć. Feministki dążą do: ustawowego wprowadzenia płci jako kryterium zatrudnienia i awansu, posiadania medialnego monopolu na zajmowanie się problematyką równości i dyskryminacji ze względu na płeć oraz cenzury nadawców publicznych pod kątem feministycznej poprawności. Wszystko to jest niszczeniem wolności. Ale czy jest coś, czego nie warto poświęcić, aby wreszcie unicestwić "patriarchalny porządek"? Skoro system totalitarny zburzył patriarchalny porządek, a wolnościowy zryw go przywrócił, to nie pozostaje nic innego, jak zburzyć wolność, na przykład definiując ją w taki sposób, żeby mogły z niej korzystać wyłącznie osoby nam podobne. Oczywiście, podejrzewanie pani Graff, która po prostu dzieli się tym, co tam jej przychodzi do głowy, o tak niecne zamiary byłoby grubą przesadą. Natomiast fakt, że w dyskursie płci zabrakło głosów zarówno mężczyzn, jak i członkiń prawicowo zorientowanego Forum Kobiet Polskich, trudno uznać za przypadek.
Cytowana przez panią Graff Shana Penn, autorka studium o kobietach w "Solidarności", dziwi się, że nie pojawiły się u nich nawet przebłyski świadomości feministycznej, że do końca nie zauważały dyskryminacji płci w ruchu opozycyjnym (...). Dla pani Shany Penn jest całkowicie bez znaczenia, że Solidarność powstała w wielkich zakładach przemysłu ciężkiego, gdzie kobiet było niewiele. Feministka zza oceanu też pewnie nie wie, że działalność opozycyjna w Polsce w latach 80. nie była rodzajem atrakcyjnej kariery, do której wszystkim było pilno, tylko heroicznym igraniem z potężną i zdeterminowaną władzą, która miała paskudny zwyczaj dotkliwego szykanowania opozycjonistów. Arsenał szykan był bardzo bogaty i obejmował od środków „umiarkowanych”, jak: inwigilacja, nękanie, straszenie i rewizje, aż po środki drastyczne: zwolnienia z pracy, areszty, pobicia i kilkuletnie wyroki. Było też około setki mordów politycznych oraz zastrzeleni górnicy w Kopalni "Wujek" i manifestanci w Lubinie. Poza tym pierwsza Solidarność była zbiorowym wyrazem dążenia do wyzwolenia "grupy dyskryminowanej", jaką wówczas byli Polacy. Jej siła wynikała z tego, że grupa ta, kontestując władzę, była zjednoczona wokół wspólnych celów i wartości. Jeśli teraz miałoby się okazać, że wspólnych celów i wartości nie ma, to by oznaczało koniec wspólnoty, czego ubocznym, a chyba niedocenianym skutkiem, byłby fakt, że roszczenia feministek utraciłyby adresata.
Intryguje mnie, czy pani Shana Penn, która w gruncie rzeczy wypowiada się o uczestniczkach polskiej opozycji niepodległościowej z nonszalancją (takie nierozgarnięte, że nawet nie zauważyły, że są dyskryminowane...), miałaby odwagę być na ich miejscu? Ciekawe też, czy w latach 80. jakoś je wspierała, bo jej rodak, Ronald Reagan (którego feministki nie cierpiały) wspierał polską opozycję bez względu na płeć, wzrost, kolor oczu i kształt czaszki. Warto zauważyć, że Shana Penn nie jest w stanie przyjąć, że ktokolwiek może myśleć inaczej niż ona, co wydaje się charakterystyczne dla wyznawców tej ideologii, i to po obu stronach oceanu. Co zaś się tyczy, "zdziwienia" amerykańskiej publicystki, że u kobiet działających w podziemnej "Solidarności" nie pojawiły się (...) nawet przebłyski świadomości feministycznej, spieszę z wyjaśnieniem, że "przebłyski", "rozbłyski" i "refleksy" myśli feministycznej pojawiają się u feministek, a kobiety o takich poglądach w działalności opozycyjnej raczej nie uczestniczyły. Rozumiem, że z manifestowaniem "nonkonformizmu" poczekały do momentu, gdy już można było na tym porządnie zarobić, nie ponosząc żadnego ryzyka. Bo jeśli "za komuny" były takie kobiety, które chciały walczyć z reżimem pod sztandarem feminizmu, to nic nie stało na przeszkodzie, aby zamiar swój zrealizowały. Jeśli zatem były, a pomimo tego pod sztandarem feminizmu nie walczyły, to pewnie dlatego, iż zdawały sobie sprawę, że na feministyczną ideologię nie ma popytu. Bo w takim, dajmy na to, wydawniczym podziemiu działały zasady wolnego rynku. A struktury opozycyjne utrzymywały się z dobrowolnych składek ludzi, którzy, choć bardzo ofiarni, jednak nie byli gotowi dawać pieniędzy na wszystko.
Każda szanująca się feministka musi się odnieść do macierzyństwa. Oto, co na ten temat ma nam do powiedzenia pani Agnieszka Graff: W Polsce uprawomocnił się taki sposób myślenia, mówienia i wartościowania w kwestii aborcji, który ma rację bytu wyłącznie na gruncie religijnym. W ciągu ostatnich kilku lat z języka publicznego praktycznie zniknęły słowa takie jak "płód" i "ciąża". Ich miejsce zajęły "dzieci nienarodzone" i "ochrona życia poczętego". Aborcję nazywa się "zabijaniem", a kobieta w ciąży to dziś po prostu "matka". Tak, to oczywiste, że dzieckiem lub po prostu matką można być wyłącznie na gruncie religijnym, a jedynym prawomocnym sposobem myślenia, mówienia i wartościowania jest „sposób feministyczny”. Kwestię, czym jest aborcja, wyjaśnia ontogeneza każdego z nas. Wiedza o rozwoju płodowym człowieka jest powszechnie dostępna. Z lektury książek jakoś mi nie wynikło, że do chwili urodzenia byłem martwy. A skoro tak, to ktoś, kto by mnie przed urodzeniem abortował, chyba by jednak mnie zabił, czego najlepszym dowodem jest fakt, że dziś z pewnością by mnie nie było. Jeśli zatem dla kogoś podstawą oceny myślenia, mówienia i wartościowania jest poziom zbieżności bądź rozbieżności z religią, to raczej nie dla mnie...
Stosunek feministek do "płodów" jest zresztą pełen niekonsekwencji. Dla nich wszystko jest w porządku, dopóki "płody" są abortowane "jak leci". Jeśli natomiast ktoś wpadłby na upiorny pomysł (tak samo upiorny, jak wszystkie aborcyjne pomysły) abortowania wyłącznie płodów żeńskich, to natychmiast spotkałby się z zarzutem dyskryminacji. Dokument końcowy Konferencji Kairskiej z 1994 r., zawierający liczne postulaty środowisk feministycznych, wzywa władze wszystkich państw do podjęcia zdecydowanej akcji mającej na celu wyeliminowanie wszelkich form dyskryminacji płciowej w teorii i w praktyce. W tym celu m.in.: Rządy są usilnie nakłaniane do podjęcia niezbędnych kroków w celu zapobiegania (...) prenatalnej selekcji płciowej. Ciekawe, jak można nienarodzone dziecko pozbawiać podmiotowości i jednocześnie uznawać, że ma tak ważną cechę, jak płeć? Jak można wobec tego samego "płodu" raz żywić bezduszność, a innym razem troskę, w zależności od kontekstowej interpretacji arbitralnie wybranej cechy. No i jak przejawem dyskryminacji może być selekcja "rzeczy" (bo skoro "płód" nie jest człowiekiem, to chyba jest rzeczą). Chciałbym jednak pocieszyć "ekspertki od równości". Myślę, że jeszcze kilkadziesiąt lat działalności feministek, a problem "płodów" i "ciąż" zniknie definitywnie, i to nie tylko z języka publicznego.
Rozumiem, że status materialny bojowniczek o "parytet", tak dalece odbiega od przeciętnej, że nie muszą się martwić o to, skąd będą się brały pieniądze na ich emerytury. Bo w Niemczech i we Francji, gdzie kobiety z macierzyństwa już niemal wyzwolono, system zabezpieczenia społecznego rozsypuje się. W krajach Europy Zachodniej, spadkowi dzietności wśród rdzennej ludności towarzyszy gwałtowny przyrost naturalny wśród ludności napływowej, przeważnie muzułmańskiej, często mocno przywiązanej do swej narodowej i religijnej tradycji (Przywiązanie do tradycji budzi we mnie sympatię i szacunek, bez względu na grupę narodowościową i religijną, która ją kultywuje. Zdecydowanie wolę to od "urawniłowki" powodującej, że ludzie stają się nijacy, a jedynym posiadanym przez nich poglądem jest tolerancja, rozumiana zgodnie z aktualnymi dyrektywami). Można obliczyć, kiedy np. w takiej Francji muzułmanie staną się większością. Myślę, że francuskie feministki muszą bardzo lubić islam, co w dobie ekumenizmu i wielokulturowości jest postawą najzupełniej naturalną, a nawet chwalebną. Tylko nie jestem pewien, czy akurat w tej religii znajdą wiele inspiracji dla swej działalności i czy immamowie będą sympatię feministek odwzajemniać.
(?)
Jan Stecki

Wyświetlony 4401 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.