poniedziałek, 21 czerwiec 2010 18:09

Łysiak na odtrutkę

Napisał

Przełom z roku 1989 z jednej strony mógł imponować skutecznością społecznej mobilizacji, z drugiej - obnażał niską, pod względem moralnym i intelektualnym, jakość ogromnej części polskich elit.

 

Jeśli nawet można było ówczesny kompromis z reżimem traktować jako posunięcie taktyczne ? mający rozum i elementarne zasady musieli odrzucić ohydne aspekty rzeczywistości, wykwitające w czasach rządów Mazowieckiego.

Jednym ze spektakli, zafundowanych nam przez kreatorów nowego porządku, był cykl Artyści dla Rzeczypospolitej. Popularni aktorzy, na antenie "publicznej" telewizji, apelowali w nim o wpłacanie pieniędzy na fundusz wspierający pierwszy "niekomunistyczny" rząd. W patriotycznym odruchu wielu decydowało się przekazać na ten cel rodowe srebra lub wdowi grosz. Media huczały o niezbędności ustabilizowania rynku, dławienia inflacji zmniejszaniem podaży pieniądza, koniecznością oglądania każdej złotówki. Tych złotówek skąpiono na cele najbardziej palące. Lecz apelom o zaufanie, wyrozumiałość i zaciskanie pasa towarzyszyło permanentne wydatkowanie wielkich sum na utrzymywanie struktur aparatu terroru, urzędów cenzury, sowite wynagradzanie tych, którzy dla Polski zasłużyli się wyłącznie mordowaniem jej najlepszych synów i dławieniem wolności. To, co według moralnych autorytetów u nas było niemożliwe, oczywiste okazało się np. w Czechosłowacji. Pierwszego dnia po "aksamitnej rewolucji" zlikwidowano cenzurę, bezpiekę, emerytury ubeków i komunistycznych notabli zrównano do wysokości świadczeń ustawowo najniższych. Za co w wolnej Polsce płacono siepaczom komunistycznego reżimu? Za palenie teczek i działania operacyjne przeciw "Solidarności Walczącej", na temat której raporty sporządzano jeszcze w maju 1990 r.? Gdzie były polskie elity intelektualne w czasie, gdy wypoczwarzający się porządek raził cynizmem i hipokryzją? Czy ich horyzonty umysłowe były tak wąskie, że nie mieściło się w nich np. uwłaszczanie nomenklatury, czy też zaprowadzany ład moralny odpowiadał jakości ich sumień? Co grało większą rolę ? zamiar budowania wolnego społeczeństwa choćby za cenę jego zdeprawowania czy pragnienie zajęcia uprzywilejowanej pozycji, zagwarantowanej układem z tracącym grunt pod nogami reżimem?
Dominujące media pierwszych lat III Rzeczypospolitej dokonały większych spustoszeń, niż propagandowa furia stanu wojennego. Gadzinowy przekaz powszechnie był przyjmowany jako kłamstwo a zepchnięci do podziemia samą siłą tego faktu cieszyli się często wręcz nadmiernym, społecznym uwiarygodnieniem. Kiedy więc, także mająca podziemną przeszłość, opcja ugodowa została przez reżim obdarowana dostępem do masowych mediów ? poglądy architektów okrągłego stołu miliony chłonęły jako prawdę objawioną. A oponenci transakcji stulecia znaleźli się pod propagandowym ostrzałem już nie tylko Jerzego Urbana, red. Baranowskiego i innych, związanych z SB piewców stanu wojennego. Na opozycję, nazwaną wówczas niekonstruktywną, dyskredytujące ataki zaczęły padać także ze strony wczorajszych druhów z konspiracji, dopuszczonych do telewizji, radia i dysponujących teraz wielkonakładową prasą. Na łamach "Tygodnika Powszechnego" Stefan Bratkowski odsądzał od czci i wiary Kornela Morawieckiego, wtórowali mu m.in. Karol Modzelewski i Władysław Frasyniuk. Na zarzuty miotane przy wielomilionowej widowni przeciwnicy Magdalenki odpowiadać mogli tylko w gazetkach z sitodrukowych ramek. Ci, którzy nie popłynęli z nurtem wskazanym przez Okrągły Stół, przez media zostali skazani w najlepszym razie na zamilczenie. Jak grzyby po deszczu wyrastały za to kariery miernych pismaków, doskonale rozpoznających bieżącą koniunkturę i perfekcyjnie wstrzeliwujących się w oczekiwania uprzywilejowanej formacji. Największe gazety kreowały żenującą twórczość, podnosząc do rangi arcydzieł wypociny Manueli Gretkowskiej, Władysława Łozińskiego czy Roberta Masłonia. Pisarstwo tych, którzy stanowią prawdziwą dumę polskiej literatury ?Zbigniewa Herberta czy Gustawa Herling-Grudzińskiego ? stare i nowe środki masowego przekazu w najlepszym razie traktowały jak nieistniejące. Jednym z tych, którym zgotowano medialny niebyt, był pisarz wyjątkowo poczytny, najwybitniejszy twórca literatury erudycyjnej. Waldemara Łysiaka, być może największego z popularyzatorów wiedzy o kulturze, inicjatora narodowych debat, krzewiciela historycznej świadomości Polaków ? zaczęto wymazywać ze społecznej świadomości. Dominująca prasa zdawała się poszukiwać najwłaściwszego sposobu zadania "ostatecznego ciosu". Na przemian grzmiały więc wypełnione kalumniami tyrady i zapadała długa, głucha cisza. W latach dziewięćdziesiątych wypowiedzi literata, którego publikacje na pniu sprzedawały się w rekordowych nakładach, krążyły w postaci broszurek odbijanych na kserografie. W każdym razie w takiej postaci docierały do wielu, np. wrocławskich czytelników. Zawarte w nich argumenty budziły zastanowienie również tych, którzy swoje poglądy budowali w oparciu o codzienną lekturę "Gazety Wyborczej". Oręż Łysiaka był prosty, wyrastał z fundamentu logiki i moralnych zasad, odwoływał się do tradycyjnych wartości, w III RP spychanych na margines. Przeciwnicy pisarza okazywali się na tyle wpływowi, że w wielu wydawnictwach encyklopedycznych (nawet niektórych poświęconych współczesnej literaturze!) nie umieszczano hasła z nazwiskiem autora Francuskiej ścieżki. Tymi sposobami wyrażany był czytelny przekaz: nie podważaj pozycji "moralnych autorytetów, bo skończysz tak, jak Łysiak. Ostrzeżenie musiało przerażać ? skoro udawało się zaszkodzić autorowi tak wielu bestsellerów, trudno by nie obawiali się inni. Cel ataków był wybrany perfekcyjnie ? przez wiele lat przynosiły one spory efekt. Co tak bardzo drażniło tzw. salon? Wcale nie paszkwile ani też nic, co mogłoby je przypominać. Wystarczyło przymierzenie samozwańczych autorytetów do najbardziej oczywistych, etycznych zasad, wydobycie odrobiny ważnych, a skrzętnie ukrywanych informacji. Wrogość wzbudzało samo upieranie się przy tradycyjnych wartościach: prawdzie, patriotyzmie, bezkompromisowym stanowisku wobec zła. Łysiak wzbudził agresję, obstając przy poglądzie, że małżeństwo to wyłącznie związek mężczyzny z kobietą albo wskazując, że lansowane przez lewactwo tendencje nie stanowią kontynuacji cywilizacji europejskiej, lecz są jej zaprzeczeniem.
Trwające latami dążenia do wyeliminowania twórczości Waldemara Łysiaka ze społecznej świadomości już w latach dziewięćdziesiątych zaczęły się rozbijać o skałę faktów. Książki autora MW ukazywały się bez jakiejkolwiek reklamy, a sprzedawały się w nakładach wyższych, niż tytuły nagłośnione ponad wszelką miarę i uhonorowane nagrodą Nike. O wydaniu kolejnych utworów Łysiaka można było się dowiedzieć tylko w księgarniach. Czasem informacja ta miała brzmienie: już wszystko sprzedaliśmy. Na nic zdawały się mikrorecenzje, złożone z obelg w rodzaju: brednie, nudy, kuriozum. Okazywało się, że tak, jak w przemyśle samochodowym zbędne jest reklamowanie mercedesów, tak bez marketingowych zabiegów i pomimo permanentnego podkładania nogi ? książki Łysiaka świetnie odnajdują drogę do czytelników. Obecnie mamy wręcz do czynienia z prawdziwym renesansem zainteresowania jego twórczością. Choć dałoby się też zauważyć związek recepcji dzieł autora Ostatniej kohorty ze skutecznością społecznego oddziaływania prasy Trzeciej RP. Nowe tuby propagandowe od 1989 roku wyczarowywały nowych bohaterów i kreowały ludzi pióra, wprawdzie niemających niczego ciekawego do przekazania, ale wywodzących się z uprzywilejowanej koterii "różowych". Ich sztucznie rozdmuchana pozycja nie mogła wytrzymać próby czasu. Tym bardziej że te same środowiska w latach, gdy ich opiniotwórcze oddziaływanie było niewspółmiernie większe od obecnego, zasłużyły się udziałem w tym, co stanowi fundament dzisiejszej degrengolady ? zablokowaniem lustracji i dekomunizacji, nobilitowaniem łajdaków na ludzi honoru i np. zainstalowaniem pułkownika Lesiaka w "nowych" służbach specjalnych.
Dużą część kapitału zaufania, jakim Polacy w latach osiemdziesiątych darzyli "Solidarność", architektom kompromisu z reżimem udało się ulokować w gazecie, która jako pierwsza dostąpiła łaski koncesji. Ten wyjątkowy dar posłużył jednemu z nurtów dawnej opozycji do ukształtowania poglądów sporej części obywateli. Zadaniem jeszcze trudniejszym i sukcesem znacznie większym było zyskanie szerokiej akceptacji dla nowego modelu moralności życia publicznego. Jego "zwichrowana poprzeczka" została ustawiona znacznie wyżej, niż postulaty przywódców komunistycznych z końca lat osiemdziesiątych. Przypomnijmy, że ich hasłem było równe dźwiganie ciężarów kryzysu przez wszystkie grupy społeczne. W Trzeciej RP osiągnięto znacznie więcej ? dawnych właścicieli Polski Ludowej, PZPR-owskich bonzów i esbeków uprzywilejowano pod względem prawnym i finansowym. Wszyscy, którzy nie złajdaczyli się w PRL-u, mogą tylko pomarzyć o emeryturach wypłacanych dziś utrwalaczom władzy ludowej i sowieckim namiestnikom różnych szczebli.
Waldemar Łysiak zawsze przypominał, że każda budowla, wznoszona kosztem odrzucenia moralnych zasad, musi się w końcu zawalić. Niczym Herbertowski Pan Cogito konsekwentnie wskazywał wartości coraz bardziej pomiatane, a dla naszej cywilizacji fundamentalne. Jego twórczość stawała się prawdziwym antidotum na fałsz rozpanoszony w dominujących mediach. Salon 2, którego drugi tom ukazał się pod koniec listopada, jest czymś w rodzaju księgi-odtrutki. Nawet dla wielu wytrwałych wyznawców idei konserwatywnych jego lektura może być przeżyciem prawdziwie odkrywczym.

W. Łysiak, Alfabet szulerów. Salon 2, tom 1 i 2, Wydawnictwo Nobilis, Warszawa 2006
Artur Adamski

Wyświetlony 3197 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.