poniedziałek, 21 czerwiec 2010 18:26

Bez złudzeń i niedomówień

Napisał

Pogarszające się w ostatnich latach polsko-niemieckie relacje mają też swoje mało dostrzegalne pozytywne strony dla obu partnerów. Po prostu przestano udawać, jak było to przedtem, że jesteśmy już przyjaciółmi, których po prostu nic nie dzieli. Jak wiadomo, ukrywanie problemów rodzi nowe komplikacje, z reguły gorsze niż poprzednie. I z tego punktu widzenia wyrażenie polskich pretensji i zarzutów oraz negatywnych niemieckich opinii na ten temat uważam za rzecz potrzebną i pozytywną, w dłuższej perspektywie wiodącą jednak do wzajemnego porozumienia. Będzie ono tym trwalsze, im lepiej będą obie strony uwzględniać wzajemne interesy, opinie, doświadczenia i poglądy.

Skazani na siebie

Pomimo tragicznej przeszłości Polska i Niemcy są skazane na współpracę, która wynika zarówno ze wzajemnego sąsiedztwa, jak i z przynależności do UE i NATO. Zdawałoby się, że jest to oczywistość, która nie powinna podlegać nawet dyskusji. Tak jednak nie jest, gdyż nie są to równorzędni partnerzy pod względem gospodarczym, militarnym, a przede wszystkim demograficznym. Różnica ta powodowała, że stosunki te od strony niemieckiej miały charakter mecenatu i protekcji. O ile jedne rządy w Polsce były z takiego stanu zadowolone i uważały je za wzorcowe, to inne, a szczególnie te ostatnie, uznały je za niedopuszczalne. Nasze wyrwanie się na równoprawność, suwerenność i niezależność budzi u naszych zachodnich sąsiadów zaniepokojenie, gdyż zamiast słuchania dobrych rad, stawiamy wymagania, które muszą być w jakimś stopniu uwzględnione. Dotyczy to przede wszystkim zamknięcia wszystkich spraw związanych z zakończeniem drugiej wojny światowej. Wysuwanie ze strony niemieckiej nieoficjalnych pretensji majątkowo-terytorialnych związanych z funkcjonowaniem w niemieckiej konstytucji art. 116 o istnieniu Niemiec w granicach z 1937 roku jest tego namacalnym tylko dowodem. Choć kolejne niemieckie rządy oficjalnie odcinają się od bardzo silnych politycznie organizacji przesiedleńczych, wysuwających tego rodzaju pretensje, to nieoficjalnie finansują ich poczynania. Są też do załatwienia sprawy bieżące, jak uznanie polskiej mniejszości narodowej w Niemczech, otwarcie niemieckiego rynku pracy, czy też sprawa rosyjsko-niemieckiego rurociągu gazowego po dnie Bałtyku omijającego Polskę. Przykładowo tylko te problemy muszą zostać w najbliższej przyszłości rozwiązane i uzgodnione z korzyścią dla obu krajów.

Niemiecki interes
Wszystko wskazuje na to, że Niemcy pragną nadal odgrywać kluczową rolę w UE, ale również mieć bardziej niż dotychczas znaczącą pozycję na świecie. Wszelkie konflikty z Polską nie sprzyjają realizacji tego zamiaru. Ich wyciszeniem, a nawet załatwieniem wielu spornych problemów mogą być oni żywotnie zainteresowani. Warunkiem jest jednak nie tylko twarda polityka w stosunku do naszego zachodniego sąsiada, ale też prowadzenie umiejętnych rozmów dyplomatycznych na ten temat. Nasze szanse w tych rozmowach są bardzo duże pod jednym wszakże warunkiem: że na wszelkie niemieckie prowokacje ze strony niemieckich popłuczyn politycznych, w rodzaju Eriki Steinbach czy Rudiego Pawelki, polski rząd nie podejmie z nimi jakiejkolwiek dyskusji, będzie natomiast rozmawiać wyłącznie z rządem niemieckim, i to za pośrednictwem dyplomacji, a nie publicznych oświadczeń. Te ostatnie są dla prowokatorów najbardziej pożądanym towarem, gdyż stawiają ich w równej płaszczyźnie z naszymi władzami, a dla niemieckiej opinii publicznej stają się partnerami usiłującymi coś ugrać od polskiej strony. Niemcy mają zbyt wielkie apetyty na efektowną politykę międzynarodową, aby strategiczne swoje cele poświęcać na rzecz przesiedleńczych awantur. Niestety, jeżeli rząd polski będzie w tych sprawach ulegał prowokacjom, to Niemcom nie pozostanie nic innego, jak tylko wspierać przesiedleńców i ich szaleńcze pomysły. Bo lepiej chociaż to ugrać od strony polskiej, jeżeli niemożliwe jest porozumienie w dużo ważniejszych dla nich sprawach.

Izrael i Francja
Te właśnie dwa państwa są przykładem możliwości porozumienia się z Niemcami. Morze zbrodni, jakich dopuścili się Niemcy w czasie drugiej wojny światowej wobec społeczności żydowskiej, ulega powoli zatarciu i nie wywołuje żadnych wzajemnych reperkusji w bieżącej polityce pomiędzy tymi państwami. Można powiedzieć, że przykład ten nie jest możliwy do zrealizowania przez Polskę ze względu na nieporównywalną rolę środowisk żydowskich w biznesie i światowej polityce. Francja jest tu bardziej godna naśladowania. W dwóch kolejnych wojnach światowych zrujnowana, pobita i upokorzona, umiała jednak znaleźć sposób na porozumienie się z Niemcami. Nie sądzę, aby i dziś wszystko między tymi krajami układało się idealnie, ale w mediach i w wystąpieniach polityków o wzajemnych pretensjach nie ma ani słowa. Załatwia się je nie na forum publicznym, lecz w ciszy gabinetów dyplomatycznych, gdzie można sobie pozwolić na stanowcze i bezwzględne stawianie spraw, zakończonych z reguły wzajemnymi kompromisami, o których opinia publiczna dowiaduje się już post factum.

Polska opinia publiczna
Jej rola we wzajemnych relacjach polsko-niemieckich jest nie do przecenienia. To ona za pomocą różnego rodzaju stowarzyszeń i innych organizacji pozarządowych powinna reagować na to wszystko, co dzieje się u naszego zachodniego sąsiada. To ona powinna zauważać prowokacje niemieckich przesiedleńców i podobnych ruchów społecznych w Niemczech, żądając od polskiego rządu odpowiednich kroków w stosunku do swoich rządowych partnerów po przeciwnej stronie. Tymczasem istnieje ona w formie szczątkowej. Jedynym opiniotwórczym gremium w tym zakresie jest tylko Polskie Powiernictwo, z jej prezesem senatorem Dorotą Arciszewską-Mielewczyk. Pozostałe organizacje zajmujące się sprawami polsko-niemieckimi są zaledwie dostrzegalne, dotyczy to np. jeszcze przedwojennego Towarzystwa Obrony Kresów Zachodnich czy też "Polski Śląsk", na czele z dwoma senatorami Jadwigą Rudnicką i Bronisławem Korfantym. Faktem jest, że kolejne rządy nie dostrzegają ich roli, a bywa nawet, że wytaczają przeciwko nim najcięższe działa swojej artylerii dyplomatycznej. O tym, że rząd mógłby korzystać ze społecznie zaangażowanego doradztwa, a nawet je wspierać choćby przez prestiżowe spotkania i wspólne dyskusje, nie ma na razie nawet mowy. Rzeczą charakterystyczną jest funkcjonowanie tego rodzaju opinii publicznej u naszego zachodniego sąsiada. Oburzamy się, kiedy Prezydent RFN lub inni dygnitarze biorą udział w tego rodzaju spotkaniach, a sami ani nie chcemy, ani też nie widzimy sensu prowadzenia dyskusji ze środowiskami specjalizującymi się w problematyce polsko-niemieckiej. Działa tu stara zasada, że nie ma powodu do tego rodzaju spotkań, kiedy rządzący i tak wszystko wiedzą lepiej... W ten sposób niemiecka opinia publiczna, która nieporównanie mniej interesuje się sprawami międzynarodowymi i polsko-niemieckimi, jest stale dowartościowywana, wysłuchiwana i szanowana. Tak to pogardzanie własnymi rodakami oddaje przysługę naszym partnerom, aby nie powiedzieć: przeciwnikom. Częścią tej opinii jest wielonakładowa prasa, która prawie w całości opanowana jest przez obcy kapitał realizujący za jej pomocą własne cele polityczne.
(?)
Adam Maksymowicz
Wyświetlony 6674 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.