poniedziałek, 21 czerwiec 2010 19:05

Antypolonizm - oręż polityki

Napisane przez

Kolejna fala antypolskich wystąpień i publikacji skłania do rozważań nad ich przyczynami. Jeśli opinie o nas miałyby związek z rzeczywistymi naszymi wadami lub cieniami przeszłości - mogłyby stanowić przyczynek do autorefleksji. Skoro jednak składają się z oczywistych historycznych fałszerstw, szukać należy odpowiedzi, co jest ich celem.

Psucie reputacji przeciwnika politycznego to metoda stara jak świat. Sami stosowaliśmy ją z niezłym skutkiem, np. zmagając się z zakonem krzyżackim. Kazimierz Wielki zdawał sobie sprawę, że nie jest w stanie skutecznie walczyć z największą potęgą militarną ówczesnej Europy. Wiedział jednak, że do konfrontacji z nią kiedyś, zapewne już w czasach któregoś z następców, dojdzie. Za cel postawił sobie nie tylko wzrost potencjału swojego państwa, ale i konsekwentne rozmiękczanie wroga. Służyła temu, wytrwale kontynuowana przez długie dziesięciolecia, działalność naszej dyplomacji. Psucie opinii Krzyżakom przyniosło skutek. W 1410 r. pod ich sztandary ściągnęło wielokrotnie mniej zagranicznych sympatyków, niż tego oczekiwał Malbork. Zwycięstwo grunwaldzkie w sporej części było także sukcesem, zmarłego 40 lat wcześniej, ostatniego piastowskiego króla. Inna rzecz, że ani Kazimierz Wielki, ani jego następcy, nie musieli fabrykować żadnych dowodów krzyżackich zbrodni. Zakon Najświętszej Marii Panny dostarczał ich w wystarczającej obfitości. Czternastowieczną przeszłość też warto mieć w pamięci, tym bardziej że i ona jest przedmiotem polityki historycznej. Krzyżacy Sienkiewicza to lektura mająca także w Polsce coraz więcej wrogów, podnoszących argumenty o naciąganiu faktów i budowaniu nieuprawnionej z naukowego punktu widzenia "czarnej legendy" zakonu krzyżackiego. Tymczasem żadnej legendy nasz Noblista tworzyć nie musiał. Naszych średniowiecznych wrogów ukazał i tak nader łaskawie. Gdyby akcję swej powieści umieścił w czasach nieco wcześniejszych, np. ok. roku 1308, opierając się wyłącznie na suchych faktach mógł stworzyć epos o eksterminacji mieszkańców Pomorza. Niczego nie trzeba naciągać, by wyłącznie na podstawie najwyższej jakości dokumentów stworzyć obraz ludobójstwa na miarę niemieckich zbrodni z XX w. Warto pamiętać o roku 1308, gdyż ciśnienie w kierunku wybielenia krzyżactwa także w Polsce przybiera rozmiary zdumiewające.
Przed propagandą naszych przeciwników zawsze stało zadanie trudniejsze, niż przed naszą dyplomacją, np. kolportującą wiedzę o Krzyżakach. Szczęśliwie dla naszych wrogów ? także ówczesne moralne autorytety miały swoją cenę, za którą np. u Woltera można było nabyć odpowiednią ilość kalumnii. Sygnowane ręką filozofa z Ferney torowały drogę do tego, by ohydny gwałt rozbiorów odbył się przy aprobującym milczeniu Europy. Bo czyż można było mieć inne zdanie od myśliciela, od którego XVIII wiek zyskał miano stulecia Woltera? To przecież tak, jakby dziś podważać "fakty" głoszone przez Elie Wiesela. Jest on wprawdzie autorem wielu antypolskich oszczerstw, lecz do tego stopnia uchodzi za historyczną i moralną wyrocznię, że próba polemiki nawet z najbardziej bzdurnymi z jego tez może oznaczać kres funkcjonowania w przestrzeni publicznej.
Serie książek o charakterystycznym dla Polaków, wyjątkowo zajadłym antysemityzmie nie są wynalazkiem naszych czasów. Podobne ukazywały się już kilkadziesiąt lat przed pierwszym rozbiorem, upowszechniając nawet w najdalszych zakątkach kontynentu obraz Rzeczpospolitej jako wulkanu prześladowań i nietolerancji. Artykuły i książki zamówione u wielu głośnych intelektualistów oświecenia skutecznie oczerniały Rzeczpospolitą, konsolidowały wokół niej niechęć, upowszechniały pogląd, że kraj taki pośród państw cywilizowanych nie ma racji bytu. Antypolskie nastawienie, stale podsycane taką propagandą, rosło pomimo tego, że owa otchłań antysemityzmu, ciemnoty i gwałtu ciągle była ojczyzną większości Żydów, wcale nie zamierzających opuszczać kraju, który przed wiekami jako jedyny dał im znaczący azyl. Polska uchodziła za wielką jaskinię zacofania, choć miała pierwsze ministerstwo edukacji w Europie i jako jedno z pierwszych państw otwierała szkoły dla dzieci z wszystkich grup społecznych. W masowych, jak na ówczesne czasy, nakładach drukowała dla nich najlepsze podręczniki i dysponowała największą biblioteką publiczną w Europie. W Polsce ukazywały się czasopisma nieustępujące francuskim czy angielskim, świetnie się rozwijała jedna z pierwszych scen narodowych kontynentu, uchwalona została pierwsza po amerykańskiej nowoczesna konstytucja. Panujący o Polsce pogląd był jednak inny. Nie opierał się na faktach, ale na obrazie wytrwale powielanym przez jej wrogów.
Sukcesem niemieckiej i rosyjskiej polityki imperialnej XIX w. jest zaszczepienie przekonania, że Europa bez Polski to Europa bardziej światła i stabilna. Istotnie ? konieczność wspólnego zwalczania polskości skłaniała zaborcze mocarstwa do unikania antagonizmów i współpracy. M.in. skutkiem zgodnego, antypolskiego współdziałania był długi okres bez wielkich wojen. Ówczesna mapa Europy mogła się kojarzyć z ładem, bezpieczeństwem, bell epoque. A najwierniejsi sojusznicy Napoleona mogli uchodzić za burzycieli tego porządku. Przy okazji narodowych powstań wystarczyło sięgnąć do arsenału pracowicie ukutych stereotypów, by zaniepokojonym odradzaniem się polskiej hydry dać ukojenie słowami: Porządek panuje w Warszawie. Taką frazą minister spraw zagranicznych Francji Horacy Sebastiani uspokajał rodaków, że kraj, o którym tyle złego napisali luminarze francuskiego oświecenia, dzięki przyjaciołom Rosjanom prędzej utonie we krwi, niż się odrodzi.
W czasach zaborów Petersburg skutecznie zrzucał na Polaków winę za organizowane przez carat pogromy. Prusacy upowszechniali mit o Polnische Wirtschaft, choć w pewnej mierze była to też reakcja na niepowodzenia w gospodarczej rywalizacji i germanizacji Wielkopolski. W okresie międzywojennym za oceanem udało się Niemcom upowszechnić fatalny obraz naszego kraju jako państwa sezonowego i ksenofobicznego, co odebrało nam szanse na kredyty i inwestycje.
Czasem politykę historyczną buduje się w tempie błyskawicznym. Kiedy w 1938 r. Anglia i Francja postanowiły rzucić Hitlerowi na pożarcie Czechosłowację ? naszym południowym sąsiadom natychmiast przyprawiono gębę dzierżycieli nienależnych im ziem i prześladowców niemieckiej mniejszości. Nie obyło się jednak bez zgrzytów i niesmaku. Bez wątpienia jednym z wniosków z Monachium jest i ten, że przyszłą ofiarę swej polityki oczerniać należy zawczasu, najlepiej z wieloletnim wyprzedzeniem, a nie "za pięć dwunasta". Kiedy więc 20 lat temu w Polsce zaczynał pękać kocioł kryjący prawdę o zbrodni katyńskiej, Gorbaczow polecił gromadzić materiały o bestialstwach Polaków. Radzieccy propagandyści szybko wyczarowali kolportowane dziś na różny sposób relacje o ludobójstwie dokonanym na jeńcach wojny 1920 r., na mniejszościach narodowych czy lewicowcach. A także odwiecznych, realizowanych najpodlejszymi metodami, dążeniach do unicestwienia Rosji. Kłamstwa o kolaboracji z Hitlerem zyskują szeroką akceptację, gdyż służą rozgrzeszeniu naszych wiarołomnych sojuszników oraz sowieckich zaborców. Potwarze o narodzie szmalcowników służą umniejszaniu win Niemców, odciążają sumienia Francuzów.
(?)
Artur Adamski
Wyświetlony 5333 razy
Więcej w tej kategorii: « Sakramenty O władzę nad władzą »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.