wtorek, 29 czerwiec 2010 12:59

Polityka, kłamstwa i kasety wideo

Napisane przez

Po tzw. dziennikarskiej prowokacji dziennikarzy TVN ? Tomasza Sekielskiego i Andrzeja Morozowskiego, nastąpiła stadna eskalacja świętego oburzenia. Zarejestrowane rozmowy pomiędzy posłanką Samoobrony Renatą Beger a ministrami Kancelarii Premiera Adamem Lipińskim i Wojciechem Mojzesowiczem stanowiły asumpt do dziwnej kampanii, w której działania czołowych mediów są ? jak to już nieraz bywało ? zgodne z politycznymi interesami takich, a nie innych środowisk, które określić można jako spadkobierców Magdalenki i Okrągłego Stołu. Co właściwie się stało? Dwaj politycy rządzącego Prawa i Sprawiedliwości podjęli normalne w demokracji działania, obliczone na zbudowanie sejmowej większości dla gabinetu premiera Kaczyńskiego. W tym celu spotkali się z posłanką Beger, która ? jak wobec nich zadeklarowała ? miała stać na czele znaczącej frakcji w Samoobronie, potencjalnie zainteresowanej popieraniem rządu. Jak się wkrótce okazało, żadnej frakcji nie ma, a przynajmniej takie jest oficjalne stanowisko posłanki Beger, była natomiast uzasadniana pobudkami propaństwowymi prowokacja, do której posłanka dała się zaprosić dwójce czołowych polskich dziennikarzy.

 

Pojawia się lawina komentarzy, o skali chyba niespotykanej; nawet afera Rywina nie wywołała tak masowej reakcji i mobilizacji tuzów opiniotwórczości. Inne jest także tempo wydarzeń, bo redakcja "Gazety Wyborczej" zakopała taśmę z korupcyjną propozycją Lwa Rywina pod ziemię i przez pół roku rozsiewała jedynie plotki w warszawce, że coś jest na rzeczy, co niczym nie zaowocowało, zanim sama "Wyborcza" nie wystąpiła w roli jedynego sprawiedliwego. Teraz wszystko przebiegało szybko, bo cała operacja została precyzyjnie zaplanowana i z takąż precyzją wykonana. Najbardziej rozpowszechnionym i błyskawicznie ukutym terminem, który towarzyszy sprawie, jest zbitka "korupcja polityczna". Na podstawie kontekstu można ją zdefiniować jako proponowanie korzyści politycznych lub/i materialnych w zamian za inne korzyści polityczne, w tym przypadku ? poparcie mniejszościowego rządu i zbudowanie tym sposobem większości. Chyba mniej niż bardziej świadomie politycy i komentatorzy lansujący taki termin narażają się na śmieszność, bo przyjmując tę wykładnię, każda próba zbudowania większości sejmowej, w tym również w ramach tworzenia klasycznej koalicji, musi być uznana za akt korupcji ? strona popierająca zawsze otrzymuje jakieś polityczne korzyści, najczęściej określone stanowiska. Renata Beger chciała się znaleźć w Ministerstwie Rolnictwa, a negocjujący parę miesięcy wcześniej z PiS politycy Platformy Obywatelskiej w wielu innych resortach i to jako ich szefowie. W tym zakresie uprawiali zatem "polityczną korupcję" do sześcianu.

Ofukiwanie PiS-u za rozmowy z Beger ma w sobie coś z kabaretu, gdyż krytycy tej próby uzyskania poparcia dla rządu zdają się żyć w innym świecie i nie rozumieć praw, jakimi rządzi się demokracja parlamentarna, zwłaszcza przy tak fatalnie skonstruowanej konstytucji i ordynacji. Brak stabilnej większości dla rządu jest niejako przypisany do tzw. ordynacji proporcjonalnej, co w połączeniu z systemem parlamentarno-gabinetowym i nieprecyzyjnym rozdziałem władzy wykonawczej i ustawodawczej tworzy skomplikowany węzeł gordyjski, który jakoś trzeba rozwiązywać, czasem nawet rozmawiając z posłanką Beger o stanowiskach dla niej.

Koalicja media-opozycja
Niechęć medialnego mainstreamu do PiS jest rzeczą całkowicie jasną, której nie trzeba specjalnie dowodzić. Niechęć ta ? w przypadku mediów prywatnych ? jest zwykle uzasadniana "maksymalnym krytycyzmem wobec każdej władzy", ale w zestawieniu z przeszłymi doświadczeniami, argument ten jest dość bałamutny.
Rządy Sojuszu Lewicy Demokratycznej również nie należały do specjalnie wielbionych choćby przez telewizję TVN, ale ten stan rzeczy miał także swój polityczny kontekst, tj. doskonałe relacje między rodziną Walterów a rodziną Kwaśniewskich, podczas gdy Aleksander Kwaśniewski był z premierem Millerem dość skonfliktowany, co panowie określili nawet mianem "szorstkiej przyjaźni". TVN mogła zatem w swych programach mocno walić w rząd i polityków SLD, co skłoniło nawet postkomunistów do uznania stacji za medium wrogie lewicy. Nigdy jednak dziennikarze TVN nie poszli w biciu Sojuszu tak daleko, jak przy okazji PiS-u. Każdy, kto był parę lat temu świadomym obserwatorem życia politycznego, pamięta, jak gimnastykował się Leszek Miller i jego koledzy, aby zbudować większość dla rządu po dezercji PSL. Z dużym niesmakiem odbierano wówczas konszachty lewicy z grupką posłów skupioną wokół Romana Jagielińskiego. Były tam głównie odpryski z Samoobrony, a nawet posłowie usunięci z samego SLD. Jagieliński był na dobrej drodze, by zostać wicepremierem i przecież to jasne, że lewica z nim się układała. Wtedy jednak redaktorzy Sekielski i Morozowski nie faszerowali toreb kamerami i mikrofonami, by te rozmowy rejestrować i emitować. Pytanie, dlaczego nie wtedy, a raczej: dlaczego akurat teraz?
To pytanie jest niezwykle istotne z punktu widzenia zaufania bądź też braku zaufania, którym Polacy będą mogli obdarzać media. Prawda ? przykra, ale realna ? jest bowiem taka, że w sprawach tego, co dzieje się w życiu publicznym, głównym i nadal wiarygodnym autorytetem są dziennikarze. Sytuacja obecna, gdy czołowe stacje telewizyjne i radiowe angażują się w polityczną nagonkę na partię rządzącą, rodzi poważne niebezpieczeństwo: społeczeństwo, nadal ufając tym dziennikarzom i nie odczytując sytuacji tak, jak czynią to analitycy, mogą podejmować decyzje podyktowane głosem mediów na korzyść określonych sił politycznych, teraz chodzi zwłaszcza o PO, cieszącą się wciąż ewidentnym poparciem czołowych redakcji.
To ustawia polską scenę medialną w wątpliwym i fatalnym z punktu widzenia wiarygodności zawodu dziennikarza położeniu, kiedy media, zamiast informować, będą realizować propagandowe zadania na korzyść danej partii, co zresztą robią już od pewnego czasu. Taki pakt mediów i opozycji da, być może, wymierne zyski drugiej stronie, ale pierwsza może na zawsze ugrzęznąć na mieliźnie wasalizacji.

Służby w tle
Poza gabinetem Jana Olszewskiego, żaden inny rząd nie nadepnął postkomunistycznym strukturom w służbach specjalnych i świecie publicznym na odcisk tak bardzo, jak PiS-owski. Sztandarowa jest tu likwidacja, a przede wszystkim weryfikacja funkcjonariuszy Wojskowych Służb Informacyjnych, której przy niemałym szumie autorytetów moralnych i medialnego mainstreamu dokonał Antoni Macierewicz, będący od lat dyżurnym "czarnym ludem" dla prawomyślnych publicystów i płachtą na byka dla wielu polityków. Gdy piszę te słowa, min. Macierewicz właśnie ujawnił ogólny zarys swego raportu nt. likwidacji WSI, w którym, wiele na to wskazuje, znajdą się informacje o agenturze, którą WSI zainstalowały w mediach. W opinii prof. Andrzeja Zybertowicza z UMK w Toruniu, Służby kaptowały czołowe postacie polskiego dziennikarstwa. Nie wchodząc w żadne personalne spekulacje, nietrudno chyba wskazać komentatorów ewidentnie wrogich samej idei kontrolowania WSI. Czy wrogość ta ma umotywowanie w ich współpracy ze Służbami? Być może, w momencie publikacji tego artykułu sprawa będzie jaśniejsza.
Ponad wszelką wątpliwość znakomita większość rozpoznawalnych dziennikarzy zawsze z wielką rezerwą, a nierzadko z drwiącym lekceważeniem traktowała spekulacje odnośnie do działań służb specjalnych w życiu politycznym i medialnym, zrzucając podobne zdania na karb oszołomstwa, spiskowej teorii dziejów itp. W pewnych przypadkach może to wynikać, i zapewne wynika, ze stadnej reakcji na zasadzie: skoro nasze wzory, w osobach Passenta, Żakowskiego czy Milewicz tak twierdzą, to my im ufamy. Ale są też żurnaliści – jak sądzę – którzy tak mówią w ramach przyjętej strategii obrony pewnego obrazu rzeczywistości, konkretnie mitu III RP, jako państwa w gruncie rzeczy wolnego od poważniejszych, systemowych patologii, gdzie afery ? jeśli już przyznają, że są ? to wypadki przy pracy, a doszukiwanie się negatywów cofa Polskę w rozwoju i psuje jej wizerunek w świecie (psucie wizerunku Polski w świecie to swoją drogą jeszcze jeden straszak, stosowany, gdy ktoś chce się z jakimś problemem stanowczo rozprawić; vide: komisja śledcza ds. banków). Wedle schematu "a co powie świat" postępowano też w obliczu kolejnych "marszów równości", gdy przynależność Polski do rodziny europejskiej uzależniono od pełnej akceptacji dla agitacji homoseksualnej na ulicach.
Gdy w programie "Teraz My!" pokazano negocjacje polityków PiS i Renaty Beger, zostało ledwie kilka dni do formalnego rozwiązania WSI. Na dodatek – co jest również znamienne ? w nocy, w Sejmie, po emisji programu znaleźli się politycy PO i SLD w pełnym rynsztunku, gotowi tokować o "korupcji politycznej" i upadku idei IV RP. Co tyczy się podobieństw pomiędzy "nocną zmianą" gabinetu premiera Olszewskiego a "aferą taśmową", to bez wątpienia je znajdziemy, choć są też wyraźne różnice, konkretnie sekwencja zdarzeń. Wówczas zaczęto od obalenia rządu, następnie zainicjowano potężną medialną kampanię, ukazującą Antoniego Macierewicza i wszystkich stronników rządu jako oszołomów i szkodników. Dzisiaj jest odwrotnie ? najpierw medialny klangor i nadzieja na zmianę sytuacji politycznej, która teraz może jednak przebiegać zupełnie inaczej, a pewna podpowiedź płynie z Węgier. Tu znowu powraca rola mediów w manipulowaniu emocjami tłumu; czy da się ? hipotetycznie zakładając jakąś rolę dogorywającej WSI ? przekonać masy, że nie chcą PiS u władzy i np. doprowadzić do rozruchów? Znamienne, że prestiżowy dziennik "Puls Biznesu", adresowany przede wszystkim do inwestorów i ludzi kreujących gospodarkę, zamieszcza na pierwszej stronie miażdżąco niekorzystne dla PiS sondaże, opatrując to tytułem w stylu "ludzie mają dosyć!". Nie robi tego żaden tabloid ani "Gazeta Wyborcza", tylko pismo o bardzo konkretnej grupie docelowej. Przypadek czy dowód na skalę operacji?
(?)
Tomasz Migdałek

Wyświetlony 6023 razy

Najnowsze od Tomasz Migdałek

Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.