wtorek, 29 czerwiec 2010 16:28

Manifest prowokatora?

Napisał

W koszmarnych czasach komuny co jakiś czas ukazywały się literackie manifesty "młodych". "Młodzi", opisawszy tam najsampierw w czarnych barwach kondycję literatury i nędzę literackiego życia, w drugiej części manifestu przechodzili do tak zwanych wniosków konstruktywnych. Sprowadzały się one właściwie do jednego- żeby, gwoli położenia kresu opisanym wcześniej "bolączkom" i "niedociągnięciom", wreszcie "postawić na młodych", czyli - jak rozumiało się samo przez się – właśnie na nich. Kto miał "stawiać" i co - tego już dyskretnie nie precyzowali, ale ówczesny czytelnik literatury, a więc i literackich manifestów "młodych" bez trudu się domyślał. Autorzy manifestów zwracali się do "Onych", czyli przedstawicieli sfer partyjno-rządowych, żeby tamci "postawili" im stypendia, mieszkania, wysokie nakłady, zagraniczne wyjazdy i inne niezbędne dla literatury dobra, a wtedy życie literackie i kultura od razu zatętnią życiem. Życiem – to znaczy: panegirykami pod adresem dobroczyńców, według schematu opisanego ongiś przez Boya-Żeleńskiego: młody poeta dostał kotleta (...) literaturę dźwiga się w górę - i tak dalej.

 

Dzisiaj oczywiście nie ma już komuny, a nawet ? chociaż to nie jest już takie pewne ? "sfer partyjno-rządowych", ale co z tego, kiedy ? podobnie jak ongiś, za komuny ? cały czas pojawiają się "młodzi"? Rodzi to szereg poważnych problemów, tym bardziej że przez ostatnie 30 lat również medycyna poczyniła postępy. W rezultacie coraz więcej starców-wampirów dopiero rozpoczyna kariery w wieku, w którym Aleksander Wielki, a nawet Napoleon już dawno był umarł, skazując tym samym coraz bardziej zniecierpliwionych "młodych" na bezsilne asystowanie tej bezwstydnej gerontokracji. Nic więc dziwnego, że w końcu doszło do tego, do czego dojść musiało, to znaczy do płomiennego manifestu "młodych". W ich imieniu wystąpił pan red. Szymon Hołownia, pisząc dla "Rzeczpospolitej" (9.09.06.) artykuł zatytułowany "Kościół w Krainie Czarów". Zgodnie z regułami obowiązującymi przy tego rodzaju utworach, najpierw kreśli bardzo czarny obraz polskiego katolicyzmu i Kościoła w szczególności, nie szczędząc gorszących przykładów w rodzaju Radia Maryja, ks. Prałata Jankowskiego, ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego i JE abpa Sławoja Głódzia, by w części konstruktywnej "przejść do konkretów", ale też w sposób praktykowany przez niegdysiejszych "młodych", którzy w międzyczasie zdążyli się już "w służbie narodu" zestarzeć ? to znaczy ? bez wyraźnego sprecyzowania adresata i przedmiotu oczekiwań.

Zanim jednak przejdę do szczegółów ? kilka słów o autorze, gdyż historia jego młodego życia ułatwi zrozumienie zarówno całego manifestu, jak i charakteru postulatów. Pan Szymon Hołownia jest młodzieńcem 30-letnim, który jednak już z niejednego komina wygartywał: dwukrotnie był w nowicjacie u ojców dominikanów, ale widać wokacja mu się nie przyjęła, więc w międzyczasie próbował kolaboracji z "Gazetą Wyborczą", "Newsweekiem" i "Ozonem", no a teraz wylądował w "Rzeczpospolitej", jako autorytet w sprawach kościelnych. To bardzo dobra pozycja, zwłaszcza jako odskocznia do dalszej ewolucji, o której pan red. Hołownia z pewnością myśli, bo w pewnym miejscu swego manifestu pisze tak: George Orwell pisał kiedyś o politykach, że to ludzie, którzy "oddychają kłamstwem". (...) Jaką korzyść odniesie Kościół z paktowania z kimś takim? (...) A może lepiej puścić parę w inny gwizdek ? w stałą, mozolną formację nowych kadr młodych ludzi, uodpornionych na liturgiczno-państwowy bizantynizm? Zamiast chrzcić politykę na siłę, wprowadzać do niej chrześcijan, którzy żyją apelem Jezusa, by nie robić z domu Ojca Jego targowiska?
Widać wyraźnie, że nasz młody "ojczyk" musiał sprzykrzyć sobie gryzipiórstwo po gazetach, poczuł w sercu "wolę mocy" i teraz tylko szuka "pary", która wyniosłaby go na wymarzone przepastne wyżyny. Ideologia jest dość prosta: niech biskupi (bo to chyba oni są dysponentami "pary") machną ręką na "oddychających kłamstwem" i pogrążonych w sprośnych błędach Niebu obrzydłych szubrawców, co to robią z "Domu Ojca" targowisko, posiadaną zaś "parą" najpierw nadmuchają, a następnie "wprowadzą" do polityki "chrześcijan", co to z "Domu Ojca" zrobią prawdziwy Salon, gdzie pianista pierze bieliznę swą w chemicznej pralni, a wszyscy śliczni tacy są i kulturalni.
Pan red. Hołownia, jak wspomniałem, z niejednego komina wygartywał, więc jest na tyle spostrzegawczy, by zdawać sobie sprawę, że machnięcie ręką na "synów kłamstwa", aczkolwiek zasadniczo słuszne, wiąże się z pewnym ryzykiem. Oni też dysponują "parą", więc co będzie, jeśli na takie machnięcie ręką odpowiedzą: "bo pójdę gdzie indziej"? Zdając sobie sprawę z ryzyka, red. Hołownia jednak zdaje się je bagatelizować: Takim ludziom Kościół winien odpowiadać z życzliwym uśmiechem: Możesz odejść, ale pamiętaj, że tego, co masz u nas, nie znajdziesz gdzie indziej. Chodzi ? jak precyzuje red. Hołownia ? o "lekarstwo dla duszy".
Hmmm... Bardzo ciekawy argument, przede wszystkim dlatego, że taki przedsoborowy. Przed Soborem Watykańskim II sprawa była jasna: "poza Kościołem nie ma zbawienia", no a kto nie zostanie zbawiony, to będzie potępiony. Koniec. Kropka. Czy jednak wypada mówić takie rzeczy dzisiaj, skoro Sobór Watykański II położył taki nacisk na ekumenizm? Gdyby tak dzisiaj ktoś powiedział, że poza Kościołem nie ma zbawienia, to nawet "kościoły siostrzane" śmiertelną urazę powziąć by mogły, nie mówiąc już o drugiej stronie przesławnego "dialogu z Judaizmem". W tej sytuacji remedium zaproponowane Kościołowi przez red. Hołownię nosi cechy prowokacji, tym bardziej że ostatnio szaloną konkietę w Salonie robi pogląd głoszony przez ks. prof. Wacława Hryniewicza, że "piekło jest puste", tzn., że chyba w ogóle go nie ma. No dobrze, ale jeśli piekła nie ma, to zbawienie jest? Jeśli piekła nie ma, to każdy, siłą rzeczy, musi dostąpić "zbawienia", cokolwiek by to było. W świetle tej posoborowej teologii lepiej rozumiemy zgorszenie, jakie w postępowych hierarchach budzi działalność ks. Isakowicza-Zaleskiego, dla której zresztą i red. Hołownia, podobnie jak wielu innych konfratres od dominikanów, nie mają najmniejszego zrozumienia. Jeśli jednak każdy, siłą rzeczy, tak czy owak dostąpi zbawienia, to po co mu właściwie ten czy tamten Kościół? Czyż można się dziwić, że ludzie, słysząc od teologów takie mądrości, przestają w ogóle interesować się Kościołem? Cóż bowiem w tej sytuacji znaczą buńczuczne deklaracje, że "tego, co masz u nas, nie znajdziesz gdzie indziej"?
Sprytny ten pan Szymon Hołownia, a jeszcze sprytniejsi ci, co nadymają go na "autorytet w sprawach kościelnych". Już Henryk Heine spenetrował prawdę, że z wełny Baranka Bożego chcieliby "porobić sobie tałesy", a mistyczne Ciało Chrystusa w charakterze rąbanki sprzedać w taniej jatce.
Stanisław Michalkiewicz

Wyświetlony 5301 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.