wtorek, 29 czerwiec 2010 22:42

Fragment niepublikowanego dotąd pamiętnika por. Aleksandra Chełstowskiego, lotnika z lat 1939-1943

Napisał

Wojna zastała mnie w pierwszym plutonie 26 eskadry na przygotowanym uprzednio lotnisku polowym przy majątku Zrębice, ok. 6 km na południowy wschód od Przyrowa (na wschód od Częstochowy). Nasz pluton działa na korzyść 7 dywizji gen. Gąsiorowskiego, broniącej Częstochowy.

 

Dnia 1.09.39 ppor. Męciński i kpr. Kubarski wykonują pierwszy lot bojowy. Zostali oni ostrzelani silnie z ziemi, na skutek czego por. Męciński otrzymał ranę w nogę, a kpr. Kubarskiemu przestrzeliło płuco. Mimo śmiertelnej rany pilot zdołał przeprowadzić samolot za własne linie i tam lądować. Po południu startuje na zadanie bojowe por. Wrzeszcz i sierż. Baran, załoga ta nie wróciła, we Francji dowiedziałem się, że zginęli. Por. Wrzeszcz był dowódcą plutonu I/26, na jego miejsce dowódca eskadry wyznaczył por. Szymika.

Drugiego września 1939 r. przypadło mi wykonać pierwszy lot bojowy. Zadaniem było rozpoznać, czy nie ma Szwabów na drogach prowadzących z południowego zachodu do Częstochowy. Por. Szymik został zestrzelony przez Messerschmitty; jego pilot ? kpr. Ciepiński ? zdołał się uratować, skacząc na spadochronie, on sam zaś zwalił się razem z palącą się maszyną. U mnie pilotem był ppor. Pietrzyk, mieliśmy znacznie więcej szczęścia; myśliwców szwabskich nie spotkaliśmy, ale ostrzelano nas silnie z ziemi. Lecieliśmy bowiem bardzo nisko ? ok. 200 m. Wróciliśmy cało, a nasza biedna maszyna (R13D) miała siedem dziur. Dwie kule utkwiły w mojej własnej amunicji, tuż przy lewej nodze, jedna przeszła między mną a pilotem. Po południu kpt. Rzepa kazał nam cofnąć się na lotnisko w rejonie miejscowości Małachów, ok. 6 km na północny zachód od miejscowości Szczekociny.
Z nowego lotniska zostałem wysłany jako dowódca plutonu (po śp. por. Szymiku) do dowództwa 7 dywizji do Częstochowy dla załatwienia paru spraw. Udałem się samochodem przez Nakło, Lelów, Żarki i dojechałem tak do Janowa, oglądając po drodze niesamowite skutki bombardowania ? zgliszcza i trupy. Dalej już nie miałem po co jechać, gdyż w międzyczasie 7 Dywizja Piechoty została zmuszona do szybkiego odwrotu. Zacząłem szukać dowódcy 7 DP ? popełniłem głupstwo, bo drogi były tak zapchane cofającymi się wojskami, że poruszanie się pieszo było utrudnione, a cóż dopiero przydzielonym mi chevroletem. Niemal całą noc straciłem na poszukiwania ? na próżno. A czas był wyjątkowo drogi. Około trzeciej nad ranem przybyłem do dworu Złoty Potok, z dalszego poszukiwania zrezygnowałem, byłem niewyspany, zmęczony i spragniony, "żeby choć szklankę mleka dostać", myślałem. Tymczasem zabudowania dworskie akurat dogasały, w jednym domu mieszkańcy spalili się jak gdyby we śnie: w czerwonych jeszcze zgliszczach można było wyraźnie odróżnić zwęglone szczątki kobiety (długie włosy) i mężczyzny leżących pod kołdrą, obok dzieci, wszystko karłowato małe. Uciekłem czym prędzej od tego bolesnego widoku i udałem się do pałacu. Piękny to był pałac, ale jeden jego koniec leżał w gruzach, trafiony bombą. Na moje natarczywe pukanie nikt się nie odezwał, widocznie mieszkańcy opuścili go. Z boku stał parterowy domek, więc udałem się do niego. Przed wejściem zapaliłem latarkę: ujrzałem coś niesamowitego: z gruzów przy wejściu patrzył na mnie dzik z wyszczerzonymi zębami. Była to wyprawiona głowa odyńca. Wnętrze również sprawiało niesamowite wrażenie: było szereg pokoi z przygotowanymi do spania łóżkami, w innych stoły nakryte do wieczerzy, na talerzach jajecznica, ale poza tym ? szedłem od pokoju do pokoju ? ani żywej duszy. Tknąłem tej jajecznicy, ale mimo głodu nie szło mi to przez gardło, więc wyszedłem z myślą, by wracać. Tu dopiero zaczęła się moja gehenna.

Między Szwabami
Wszystkie drogi były tak zajęte przez nasze wycofujące się oddziały, że po wielu trudach dostałem się ok. godziny 9 rano do jakiegoś folwarku, ok. 3 km na południe od miejscowości Bystrzanowice. W międzyczasie dowiedziałem się, że Żarki Niemcy już zajęli i że są niedaleko od Bystrzanowic. Tak więc droga na Żarki była już dla mnie odcięta. Wyszedłem na wzgórze, skąd zauważyłem na północ od siebie tyralierę niemieckiej piechoty, ponadto z Lelowa w kierunku na Żarki widać było tumany kurzu niemieckich oddziałów pancernych. Okazało się, że wszystkie drogi odwrotu były już zajęte przez Niemców ? 7 DP przestawała istnieć. Widmo niewoli stanęło przede mną jak na dłoni. Myślałem jednak: za wszelką cenę muszę się wydostać. Początkowo chciałem wyśliznąć się jak kot bocznymi drogami, ale tam drogi są wąskie, z jarami, całkiem nieodpowiednie dla mojego chevroleta ? utknąłem w jarze między Mazurowem a Tomaszowicami. Patrzyłem bezradnie ze wzgórza na tumany kurzu na drodze Żarki?Lelów, wreszcie, sam nie wiedząc, co robię, poszedłem do pobliskiego lasu, gdzie stało parę chat (Mazurów), była godz. 10, może 11 rano (niedziela). Ludzie przyjęli mnie życzliwie, częstując chlebem i kwaśnym mlekiem (strasznie ciepłe!). Jadłem to z apetytem, a myślą przewodnią było jedno: za wszelka cenę wydostać się żywym, za wszelką cenę nie pójść do niewoli. Z chaosu tych myśli wyłonił się następujący plan: przebrać się za cywila, skombinować rower, pozbyć się wszelkich przedmiotów wojskowych i pruć co sił na wschód. Dzięki życzliwości tamtejszych chłopów mogłem to od razu zrealizować. Najgorzej było z rowerem, bo miałem tylko 20 zł. Obiecałem, zdaje się, 80 zł zapłacić przy pierwszej okazji i muszę to zrobić po wojnie. Inny z wieśniaków dał mi swoje odświętne ubranie i lnianą koszulę. Boleśnie przykro było rozstawać się z chevroletem, mundurem, parabellum, ale nie było rady.
Około godz. 12 ruszyłem w dalszą drogę. Wieśniacy odprowadzali mnie nadzwyczaj życzliwie (obserwowali z lasku). Wypadło mi jechać jakiś odcinek szosą Lelów?Żarki. Minęło mnie wtedy parę samochodów niemieckich, ale na szczęście, nikt mnie nie zaczepił. Następnie skręciłem w lewo, na boczną drogę z zamiarem dostania się przez Bliżyce?Sadowie?Irządze?Siedliska do Szczekocin. Marszrutę wybrałem bardzo dobrą, dalej już nie spotykałem Niemców. Gdy jednak zbliżałem się do Siedlisk, właśnie Szwaby wjeżdżały tam z drugiej strony. Zmartwiłem się strasznie o swój pluton, gdyż właśnie w tym rejonie był zakwaterowany. Skierowałem się wprost na południe, przeprawiłem się z trudem przez rzekę i dostałem się na szosę Szczekociny?Pradła, a rowerowa jazda bardzo mnie zmęczyła, gdyż zaraz na początku odpadło siodełko. W dali paliło się Nakło i Szczekociny, z tej ostatniej miejscowości dochodziły również odgłosy walki, a właśnie tam wypadało mi jechać. Co robić? Na szczęście, zauważyłem motocykl wojskowy CWS jadący z rozpoznania spod Szczekocin i Pradła. Zatrzymałem go, wyjaśniłem, kim jestem i tak zostałem zabrany do 10 Brygady Kawalerii gen. Piaseckiego, znacznie już uszczuplonej przez walki. Stała w lasku przy drodze na Rokitno. Gen. Piasecki osobiście mnie wysłuchał, odniósł się, jak zresztą wszyscy oficerowie, bardzo życzliwie. Na noc brygada ruszyła na bój w kierunku na Rokitno, ja zaś ? okropnie zmęczony ? zasnąłem w samochodzie. Nad ranem pożywiłem się trochę sztucznym miodem wyjętym z jednego ze zniszczonych czołgów. W ogóle brygada spisywała się doskonale, mimo poważnych strat i braków zachowała dziarską postawę.
Czwartego września gen. Piasecki wysłał jednego z oficerów do dowództwa armii (samochodem), przy tej okazji i ja zostałem zabrany. Tam po zameldowaniu się dowiedziałem się, że oni nic o I/26 plutonie nie wiedzą, wobec czego uważałem ich za straconych.

Mój drugi lot
Piątego września zostałem odesłany do II/26 plutonu pod dowództwem por. Króla. Tam zmuszono mnie do dwóch dni odpoczynku i dopiero siódmego wykonałem drugi lot bojowy. Zadaniem było zbadać ruch na drogach w rejonie Busko Zdrój?Chmielnik?Kije. Jako pilot leciał ze mną kpr. Pliszke. Nad Chmielnikiem (byłem na 2000 m) stwierdziłem, że czoło niemieckiej kolumny zmotoryzowanej zbliża się do miasteczka, polecieliśmy więc nad tą kolumną, by złapać jej koniec. Tak dolecieliśmy nad miejscowość Kije, gdzie stwierdziłem koniec owej kolumny, gdy wtem napadł na nas znienacka niemiecki Henschel. Walka nad ziemią byłaby dla nas znacznie łatwiejsza, więc krzyknąłem do pilota: "w dół", ale ten nie czekał na mój rozkaz i dał nura na pełnym gazie. Ja z kolei na to nie byłem przygotowany, powinienem się czegoś przytrzymać, tymczasem ręce miałem zajęte mapą, ołówkiem i drogocenną notatką o nieprzyjacielskiej kolumnie. Siła odśrodkowa wyrzuciła mnie z samolotu, całe szczęście, że byłem pasem przywiązany do podłogi, to mnie uratowało. Wlokłem się tylko z pół metra za kabiną, aż się wciągnąłem. Ciekawe, że przy tym nie wypuściłem ani mapy, ani notatki, ani ołówka. Dziś, gdy sobie tę pikę wspominam, przeżywam dużo emocji, bo gdybym przez lenistwo lub zapomnienie nie przywiązał się do podłogi, co praktykowało wielu moich kolegów, to dziś niechybnie trawa by rosła na mym ciele. W parę sekund znaleźliśmy się nad ziemią. Niemiec szedł za nami. Gdy pilot nad ziemią wyrównał, ujrzałem go na 100 m w przedłużeniu ogona. "Teraz będzie strzał", pomyślałem i dałem pilotowi znak, by wykonał lekki skręt. Z kolei Szwab znalazł się wygodnie pod obstrzałem jedynego kaemu, który już w czasie piki ująłem do strzału. Szwab był nie dalej jak 50 m, wycelowałem starannie i pociągnąłem za spust. Tu ? psia krew ? Szwab miał jednak szczęście, po jednym strzale mój kaem się zaciął, byliśmy zupełnie bezbronni, i nie mogę pojąć, dlaczego po pierwszym strzale Niemiec z miejsca zawrócił i czmychnął. Mordowałem się jeszcze jakiś czas, by usunąć zacięcie, byłem wściekły, jak nigdy w życiu. Niestety, zacięcie nie zeszło i zacząłem obserwować ziemię. Drogi były przepełnione tłumami uciekinierów, wszystko to zachowywało się panicznie na widok samolotu, taką już naukę dostali od niemieckich maszyn. Zrobiło mi się ich strasznie żal, opuściliśmy się całkiem nisko i ja machałem ręką na znak, by się nas nie bali, oni to zrozumieli i odpowiedzieli tym samym gestem. I tu wezbrane uczucia ostatnich dni: upokorzenie, żal, wściekłość i łzy ciurkiem mi leciały. Gdyśmy po wylądowaniu obejrzeli maszynę, znaleźliśmy tylko jedną dziurę od kuli w końcu skrzydła. Najwidoczniej unik zrobiliśmy w samą porę.
Tego samego dnia przeprawiliśmy się na drugą stronę Wisły w Nowym Korczynie, gdzie całkiem przypadkiem spotkaliśmy pierwszy pluton. Myślałem, że go Szwaby zafasowały, więc radości mojej nie było końca. Okazało się, że pluton był w niebywałych opałach, w rejonie Szczekocin Niemcy zajęli drogi na północ i na południe od miejsca postoju i parli na wschód. W tych warunkach dowódca eskadry kpt. Rzepa osobiście przeprowadzał rozpoznanie z samolotu i szczęśliwie pluton wyprowadził. Odtąd obydwa plutony działały razem. Cofając się ciągle, eskadra wykonała jeszcze wiele zadań bojowych w bardzo trudnych warunkach. Bardzo dużo zawdzięczaliśmy osobistej energii dowódcy eskadry, który w najcięższych warunkach, nie śpiąc ani nie jedząc, umiał w cudownie szybki sposób zbierać eskadrę do kupy, gotową do nowej akcji. Mechanicy samolotowi z ich szefem, st. sierżantem Kwadransem na czele pracowali bez zarzutu. Specjalne uznanie należy się kierowcom samochodowym. Dla mnie tajemnicą pozostanie, jak oni umieli utrzymać owe stare ursusy, przemęczone ciągłym cofaniem się, w stanie zdatnym do użytku, sami nie dosypiając. W tych warunkach wykonałem jeszcze sześć lotów bojowych, dwa spod Przemyśla, jeden spod Lwowa i trzy spod Stanisławowa.
W niedzielę 17 września zaczęliśmy dramat. Otrzymaliśmy rozkaz przekroczenia granicy w następnym dniu. Nie mogło mi się to pomieścić w głowie. To całe bezustanne cofanie się było wprost tragiczne, ale człowiek wciąż żył nadzieją, że wreszcie nastąpi zmiana, że Szwabi będą zatrzymani. Dużą otuchą napełniły nas sukcesy gen. Sosnkowskiego. Toteż ten rozkaz spadł na nas jak piorun z jasnego nieba. Przyszła również wiadomość, że bolszewicy wkroczyli. Zebraliśmy się wieczorem pełni smutku, w kwaterze dowódcy eskadry, by otrzymać szczegółowe rozkazy. Kpt. Rzepa wysłał z miejsca rzut kołowy na Kuty, reszta miała nazajutrz startować do Czerniowiec. Pozostało również trochę ludzi z obsługi ziemnej, którzy mieli ruszyć samochodami dopiero po wystartowaniu maszyn. Kpt. Rzepa po wydaniu zleceń zasiadł do fortepianu i wszyscy chórem zaśpiewaliśmy: Jeszcze Polska nie zginęła.
Nazajutrz rano była mgła, więc o starcie nie mogło być mowy. Czekaliśmy aż opadnie do godz. 8.30. Gdzieś w pobliżu rozległy się strzały, dalsze czekanie mogło być niebezpieczne. Kpt. Rzepa polecił spalić maszyny. Po chwili wybuchły pożary... Coś za serce chwytało, gdy patrzyliśmy na to, chłopcom zbierało się wprost na płacz, tyle one z nami przeszły, nigdy nie zawiodły, po to by doczekać tragicznego końca. Zaczęliśmy wojnę mając w eskadrze siedem samolotów R13C oraz dwa RWD 7, skończyliśmy mając jeden R13C, dwie Czaple, jedną Mewę i jeden RWD 7. Pod wieczór dołączyliśmy do naszej kolumny koło Kut, gdzie panował nieopisany ścisk. 19 września 1939 roku o godz. 0.30 przekroczyliśmy granicę.
Aleksander Chełstowski
Autor został internowany w Rumunii, skąd przedostał się do polskiego wojska we Francji, był nawigatorem w polskim dywizjonie bombowym w Wielkiej Brytanii. Do Polski nigdy już nie powrócił. Zmarł w latach siedemdziesiątych w USA.

 

Wyświetlony 2278 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.