sobota, 31 lipiec 2010 13:11

Wygibasy na katedrze

Napisane przez

Reinterpretacja świata według tezy, że płeć (...) tłumaczy wszystko, wymaga założenia, że kryteria, według których budujemy własną wizję i ocenę świata, wolno nam narzucać jako stosowne do oceny wszystkich wizji świata (...). Założenie to opiera się na kolejnej (...) relatywistycznej metatezie, iż absolutnych wartości ani kryteriów do oceny świata nie ma, a zatem nasze własne, prywatne obsesje są równie dobrą podstawą do analizy i oceny (...) jak wszystko inne (Agnieszka Kołakowska, "Rzeczpospolita" z dnia 29.01.2000 r.)

Pani Kinga Dunin, z pewnością nieznoszącą sprzeciwu, twierdzi, że kobiety mają gorzej i warto by to zmienić ("Wysokie obcasy" z dnia 06.09.2005 r.). Gdyby teza, że kobiety mają gorzej, była prawdziwa, to pani Dunin powinna mieć możliwość publikacji nie tylko w tej, przecież niemałej części tytułów, gdzie już jest publikowana, ale w ogóle wszędzie, z czego pewnie by skorzystała. Wówczas, jeśliby uznać feminizm za nurt, który sprzeciwia się temu, że kobiety mają gorzej, trzeba by zgodzić się z autorką, gdy powiada: feminizm to (...) pewien niezbędny każdemu rozgarniętemu człowiekowi składnik myślenia ("Wysokie obcasy" z dnia 09.10.2005 r.). Ale tak właściwie to skąd autorka ma tę pewność? Status pani Dunin i innych feministek przeczy przekonaniu, że kobiety mają gorzej. Status męskich adwersarzy "publicystek kobiecych" ? tym bardziej. No ale może przywilej walki o prawa grupy, do której samemu się przynależy i brania za to niemałych pieniędzy ? co jest przywilejem feministek ? to jakiś wyjątek, jedynie potwierdzający dyskryminacyjną regułę? O tym potem... Natomiast ciekawe, czy pani Dunin nie miałaby żadnych oporów przed zaakceptowaniem opinii przeciwnej, głoszącej, że mężczyźni mają gorzej, widząc, że formułują ją wyłącznie mężczyźni, dla których gorliwe głoszenie tej tezy, jest gwarancją medialnego lub urzędniczego, a nade wszystko finansowego, sukcesu. Oczywiście, pytanie to kieruję do Czytelników, ponieważ przekonania, zwłaszcza żarliwe, nie mogą być przedmiotem dyskusji. Potwierdza to jednoznacznie opinia pani Kingi Dunin na temat polemistów: Skopanie feministki nie uchodzi za szowinizm, tylko za wyraz światpoglądowej niezgody. To w istocie atak na kobiety. I nauczka dla nich. Uważaj, bo nazwiemy cię feministką i wtedy możemy już zrobić z tobą wszystko. Zgwałcić po pijanemu. Publicznie rozebrać ("Wysokie obcasy" z dnia 17.04.2005 r.) To bardzo uprzejme, że publicystka ogranicza się do przypisywania przeciwnikom feministek tylko zamiaru gwałtu i publicznego rozebrania, bo przecież pani Umińska, pytając: Czy ja jestem jakąś radykalną feministką amerykańską z lat 70., która nie wie, co patriarchat, a co zagłada?! ("Przegląd" z dnia 4.04.2004 r.), pokazuje, że można pójść znacznie dalej. Ponieważ pani Dunin sugeruje, że dokonywanie drastycznych przestępstw na feministkach za głoszone przez nie poglądy to powszechna praktyka, chciałbym zapytać: ile razy zawiadomiła prokuraturę o zaistnieniu przestępstw tego rodzaju?
Pani Dunin otwartym tekstem podaje instruktaż, jak należy traktować krytyków feminizmu, który to feminizm, akurat jej, z jakichś powodów bardzo się podoba. Trafnie ? choć w polemice z inną feministką, która najwyraźniej czerpie z tej samej krynicy ? postawę taką skomentował pan Bronisław Wildstein: Jest to strategia przećwiczona już przez feministki zachodnie, które zastraszają swoich publicznych oponentów, odwołując się jednocześnie do potrzeby dyskusji i tolerancji ("Rzeczpospolita", 25.03.2002). Zgodnie z rytualnym ciągiem skojarzeń każdy, kto nie zgadza się z feministkami, chciałby kobiety zamknąć w haremie, obcinać im palce za malowanie paznokci i zabijać za próby nauki ("Rzeczpospolita", 10.04.2002). Muszę przyznać, że mnie też to feministyczne furioso wygląda na element przemyślanej strategii i rezultat długich ćwiczeń. A dobrym sposobem uchwycenia treści zawartej w tekstach feministek jest taka technika ich czytania, jakiej nauczył nas Jan Kochanowski w wierszu Raki.
Gdyby pani Dunin pisywała sobie do jakiejś małej gazetki, można by się nie przejmować tym, jak traktuje swoich adwersarzy. Problem polega na tym, że akurat ta pani ma status autorytetu w zakresie równości, na co wskazuje: posiadanie stałej rubryki w "Wysokich Obcasach", możliwość publikacji w wielu innych periodykach oraz nagroda w postaci "okularów równości" przyznana przez Pełnomocnika Rządu ds. Równego Statusu Kobiet i Mężczyzn ? członka rządu w randze ministra. A zaszczyty te oznaczają ? ni mniej, ni więcej ? że ta pani to wzór do naśladowania. Lektura prasy dowodzi, że naśladowczynie szybko się znalazły. To, że jest ich wiele i mają możliwość publikowania swych tekstów w pismach o wielotysięcznym nakładzie, oznacza, że paniom tym dano przywilej kształtowania statusu zarówno płci własnej, jak i płci męskiej. Rola tej drugiej ? zgodnie z feministyczną koncepcją równości ? ma się ograniczyć do grzecznego łożenia na "działaczki kobiece", które za sprawą iluminacji posiadły nadnaturalną zdolność dokonywania obiektywnych ocen. Oczywiście, samo finansowanie przez mężczyzn "organizacji kobiecych" jest tylko pewnym minimum, bo wariant optymalny zakłada ponadto złożenie publicznej samokrytyki. Pewność, z jaką feministki wygłaszają swoje tezy, w połączeniu ze straszeniem oponentów i unikaniem dyskusji, skłania mnie do postawienia dwóch przeciwstawnych hipotez: 1) Feminizm to krynica mądrości, zespół prawd oczywistych i niepodważalnych, z którymi polemizowanie byłoby nieodpowiedzialnością i świętokradztwem. Wówczas nerwowe reakcje "publicystek kobiecych" należałoby traktować jako przejaw uzasadnionego oburzenia i słusznego odporu dawanego profanom. 2) Feminizm to humbug, który musi być wszelkimi sposobami chroniony przed krytyką, bo krytyki takowej nie przetrwa, a desperacja tej ochrony, jest wprost proporcjonalna do rozmiarów blagi. Zaraz zweryfikuję te hipotezy.
"Publicystki kobiece" i "działaczki kobiece" odwołują się do ustaleń feminizmu jako nauki. Skoro ustalenia te są motywem politycznych postulatów, których realizacja wpłynie na status wszystkich, warto przyjrzeć się paradygmatowi, w oparciu o który dokonano tych ustaleń. Pani Kinga Dunin przytacza opinię pana profesora Ślęczki, który: Feministyczne prace akademickie uznaje, za pozostające w zgodzie ze standardami naukowymi ("Wysokie obcasy", 6.09.2005). Trochę to dziwne, że są nauki, których naukowość wymaga specjalnego potwierdzenia. Bo takiej, dajmy na to, matematyce nikt certyfikatu naukowości nie wystawiał, a przecież do jej algorytmów odwołujemy się każdego dnia, choćby robiąc zakupy i płacąc rachunki. Skoro jednak zaręczono, że feministyczne prace akademickie pozostają w zgodzie ze standardami naukowymi, to w tym momencie powinienem moje wątpliwości uznać za definitywnie rozstrzygnięte, usunąć tekst, wyłączyć komputer i w ramach ekspiacji wziąć udział w najbliższej manifie. Kto wie, czy bym tak nie zrobił, gdyby nie fakt, że parę osób, delikatnie mówiąc, nie podziela opinii pana profesora Ślęczki. Atoli pani Elżbieta Pakszys (Płeć a rozwój nauki w: "Humanistyka i płeć", Wydawn. Naukowe, Poznań 1995) pisze: w feminizmie dyskredytuje się, jako obciążony męską stronniczością, cały zespół metod wypracowanych przez naukę nowożytną, zwłaszcza przyrodoznawstwo wraz z jego wylansowaną przez pozytywizm i neopozytywizm metodologią. (...) Dyscypliny fizykalne miałyby zostać podporządkowane feministycznie przekształconym, tj. uwzględniającym kategorię płci, naukom biologicznym i społecznym. (...) Postuluje się to w myśl przeświadczenia, iż wszelka wiedza jako fenomen ludzki i społeczny, winna ów czynnik nie tylko uwzględniać, lecz mu służyć. (...) Projekt nauki feministycznej, jako wiedzy zapośredniczonej ideologicznie, o tyle trudny jest do przyjęcia, o ile sama teoria feministyczna ujawnia brak krytycyzmu, wzbraniając się przed uświadomieniem dających się przewidzieć konsekwencji tego stanu rzeczy, z możliwością ginekocentryzmu włącznie. (...) Co najważniejsze zaś, nie znajduje dostatecznego uzasadnienia sposób operowania dorobkiem poznawczym ludzkości dla zaspokojenia ideologicznych aspiracji pewnej jednak grupy interesu. Z tego by wynikało, że to raczej tradycyjne nauki niedługo będą wymagały potwierdzenia naukowości przez feminizm, choć nie wygląda na to, by autorka entuzjazmowała się taką perspektywą.
(?)
Jan Stecki
Wyświetlony 4400 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.